25.10.2025, 23:01 ✶
Nie wyglądała na przekonaną, więc wzruszyłem ramionami, jakbym naprawdę nie przywiązywał do tego wagi, a przecież coś we mnie drgnęło, nie żal, nie złość, raczej to niebezpieczne uczucie, którego nie powinienem był czuć. To, które mówiło, że gdy to się skończy, a przecież miało się skończyć, na dłuższy czas będzie po mnie. Wziąłem głębszy oddech, by to zignorować, nachylając się, by zapalić jej papieros. Płomień mignął między nami. Krótkie, ciepłe światło rozświetliło twarz Prudence. Skinęła głową, a ja odłożyłem zapalniczkę na blat, obserwując, jak zaciąga się spokojnie. Dym otulił ją jak mgła, a ja przez chwilę miałem wrażenie, że znowu patrzę na kogoś, kto zaraz zniknie, jak wspomnienie, które jeszcze nie wiedziało, że jest wspomnieniem. A może wręcz przeciwnie - wiedziała, oboje wiedzieliśmy, i w tym był nasz problem?
- No, dobsze. - Powiedziałem po chwili. - Powiedzmy, sze słowa zostawiają ślady. I? - Zerknąłem w jej stronę z lekko przekrzywioną głową. Uśmiechnąłem się z tym klasycznym „nic się nie stało” pod postacią odrobinę krzywego uśmiechu - maski, która potrafiła przykryć wszystko. - Co w zwiąsku s tym? - Wzruszyłem ramionami, jakbym nie do końca kupował tę teorię, chociaż może dlatego, że wiedziałem, jak bardzo miała rację. To właśnie było w niej najgorsze - nawet kiedy chciało się z nią nie zgadzać, człowiek kończył z przekonaniem, że to on bredził. - Słowa są tylko słowami, Sunny, nie wszystko, co mówimy, musi byś manifestem. - Uniosłem brew, spoglądając na nią z ukosa, wiedziałem, że zabrzmiało to chłodno, może zbyt chłodno, ale właśnie tego potrzebowałem - dystansu. Nie rozmowy, nie analizowania, nie rozbierania uczuć na części pierwsze. Ona była w tym dobra, aż za dobra, a ja... Ja byłem zmęczony własnym myśleniem.
Zamilkłem, pozwalając jej mówić dalej. Słuchałem, ale nie przerywałem, bo wiedziałem, że jeśli teraz coś powiem, zrobimy z tego rozmowę o nas, na cudzym weselu - a tego właśnie chciałem uniknąć. Nie potrzebowałem wychowawczych dyskusji o uczuciach, o tym, jak się czuję, co myślę i co z tego wynika. Nie byłem stworzony do tego typu rozmów - nigdy nie byłem.
Uśmiechnąłem się krzywo, kiedy powiedziała, że to nie było pocieszające. Oczywiście, że nie było, nie miałem w sobie nic z tych, którzy potrafili pocieszać. Nie po tylu latach w świecie, w którym każdy dzień mógł być ostatni, zresztą, chyba nigdy nie miałem w sobie tej miękkości.
- Nie kaszdy jest ulodzonym optymistą. - Odparłem spokojnie, unosząc brew. - Ale jakbyś mnie poznała tlochę wcześniej, powiedziałabyś, sze to i tak postęp. Cud, sze zajęło to tylko piętnaście lat. - Nie patrzyłem na nią, kiedy to mówiłem, bo wiedziałem, że gdybym to zrobił, wszystko, co przed chwilą z trudem od siebie odepchnąłem, wróciłoby z podwójną siłą - fakt, że, w istocie, przecież mnie wtedy znała, po prostu nie poznała, stąd tamta łatka wkurwiającego przyjaciela brata. Oparłem się wygodniej o blat, stukając knykciem w drewno, dźwięk był twardy, przyziemny, doskonale zwyczajny - dokładnie taki, jakiego potrzebowałem, żeby wrócić na ziemię.
- A ta twoja dluga pszyjaciółka... - Rzuciłem od niechcenia, przenosząc wzrok w stronę stołów, odchrząknąłem, opierając łokcie o bar. Zmienianie tematu zawsze wychodziło mi dobrze. Może nawet za dobrze. - Hm… - Nachyliłem się lekko, przesuwając spojrzeniem w kierunku stolika, który opuściliśmy przed chwilą, jakbym naprawdę był ciekaw. - Co lobi? I skąd ją znasz? - Wolałem, by mówiła o ich relacji, o kimkolwiek innym, byle nie o tym, co padło wcześniej. Wolałem słuchać o cudzych historiach niż o naszej.
- No, dobsze. - Powiedziałem po chwili. - Powiedzmy, sze słowa zostawiają ślady. I? - Zerknąłem w jej stronę z lekko przekrzywioną głową. Uśmiechnąłem się z tym klasycznym „nic się nie stało” pod postacią odrobinę krzywego uśmiechu - maski, która potrafiła przykryć wszystko. - Co w zwiąsku s tym? - Wzruszyłem ramionami, jakbym nie do końca kupował tę teorię, chociaż może dlatego, że wiedziałem, jak bardzo miała rację. To właśnie było w niej najgorsze - nawet kiedy chciało się z nią nie zgadzać, człowiek kończył z przekonaniem, że to on bredził. - Słowa są tylko słowami, Sunny, nie wszystko, co mówimy, musi byś manifestem. - Uniosłem brew, spoglądając na nią z ukosa, wiedziałem, że zabrzmiało to chłodno, może zbyt chłodno, ale właśnie tego potrzebowałem - dystansu. Nie rozmowy, nie analizowania, nie rozbierania uczuć na części pierwsze. Ona była w tym dobra, aż za dobra, a ja... Ja byłem zmęczony własnym myśleniem.
Zamilkłem, pozwalając jej mówić dalej. Słuchałem, ale nie przerywałem, bo wiedziałem, że jeśli teraz coś powiem, zrobimy z tego rozmowę o nas, na cudzym weselu - a tego właśnie chciałem uniknąć. Nie potrzebowałem wychowawczych dyskusji o uczuciach, o tym, jak się czuję, co myślę i co z tego wynika. Nie byłem stworzony do tego typu rozmów - nigdy nie byłem.
Uśmiechnąłem się krzywo, kiedy powiedziała, że to nie było pocieszające. Oczywiście, że nie było, nie miałem w sobie nic z tych, którzy potrafili pocieszać. Nie po tylu latach w świecie, w którym każdy dzień mógł być ostatni, zresztą, chyba nigdy nie miałem w sobie tej miękkości.
- Nie kaszdy jest ulodzonym optymistą. - Odparłem spokojnie, unosząc brew. - Ale jakbyś mnie poznała tlochę wcześniej, powiedziałabyś, sze to i tak postęp. Cud, sze zajęło to tylko piętnaście lat. - Nie patrzyłem na nią, kiedy to mówiłem, bo wiedziałem, że gdybym to zrobił, wszystko, co przed chwilą z trudem od siebie odepchnąłem, wróciłoby z podwójną siłą - fakt, że, w istocie, przecież mnie wtedy znała, po prostu nie poznała, stąd tamta łatka wkurwiającego przyjaciela brata. Oparłem się wygodniej o blat, stukając knykciem w drewno, dźwięk był twardy, przyziemny, doskonale zwyczajny - dokładnie taki, jakiego potrzebowałem, żeby wrócić na ziemię.
- A ta twoja dluga pszyjaciółka... - Rzuciłem od niechcenia, przenosząc wzrok w stronę stołów, odchrząknąłem, opierając łokcie o bar. Zmienianie tematu zawsze wychodziło mi dobrze. Może nawet za dobrze. - Hm… - Nachyliłem się lekko, przesuwając spojrzeniem w kierunku stolika, który opuściliśmy przed chwilą, jakbym naprawdę był ciekaw. - Co lobi? I skąd ją znasz? - Wolałem, by mówiła o ich relacji, o kimkolwiek innym, byle nie o tym, co padło wcześniej. Wolałem słuchać o cudzych historiach niż o naszej.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)