26.10.2025, 00:05 ✶
Powietrze było ciężkie od wilgoci, jak po deszczu, chociaż niebo nie płakało tego dnia. Słońce zawisło nisko, mimo to zaledwie prześwitując przez rozrzedzone korony drzew, jak gdyby samo nie chciało mieć nic wspólnego z Lasem Wisielców. Oj tak - Las Wisielców miał swoją reputację, zresztą nazwę też nieprzypadkową, nie trzeba było wiele, by człowiek poczuł się tu niechciany. Zresztą, gdy się tu pojawiłem, pierwszym dźwiękiem, jaki usłyszałem było skrzypnięcie suchej gałęzi pod butem, które w gęstej, ciężkiej ciszy zarzmiało jak ostrzeżenie. Stąpałem po zeschłych liściach, które przy każdym kroku szeleściły pod butami, gdzieś z daleka odezwała się sowa, a echo rozniosło jej głos nienaturalnie daleko. Wiatr przynosił zapach mokrej ziemi i czegoś, co przypominało rdzę.
Stanąłem przy granicy, na rozstajach - tam, gdzie z polnej drogi robiła się trzy ścieżki, które kilka metrów później znikały w półmroku. Czekałem na resztę, wsłuchując się w skrzypienie gałęzi poruszanych wiatrem i w ten nierówny rytm stukotu mojego własnego serca, który pojawiał się zawsze, gdy znajdowałem się za blisko miejsc, które znałem z dzieciństwa. Nie dlatego, że były szczególnie złe. A może jednak? Dzieciaki z Little Hangleton mówiły o ciałach, które podobno huśtały się w ciemnościach na suchych konarach, o duchach skazańców, o zaklęciach i o klątwach, które ponoć tu przędły własne sieci z ludzkich głosów, mamiąc wędrowców i zsyłając na nich szaleństwo. Dla mnie to miejsce miało inny ciężar. Nie mit, nie plotkę, a wspomnienie.
Znałem tę ziemię lepiej, niż bym chciał.
Ścieżkę na północ, która prowadziła do stawu, kamień, pod którym zawsze gromadziły się salamandry, dąb, który ktoś przed laty spróbował podpalić, a który mimo wszystko przetrwał, pociemniały, z bliznami. Wszystko tu było takie samo jak wtedy, tylko mniejsze, albo to ja urosłem. Dom, który mieliśmy sprawdzić, znajdował się głębiej, chociaż nie w samym Lesie Wisielców, a przynajmniej nie w tej jego oficjalnej części - leśna posiadłość, podobno przed laty należała do jakiegoś zamożnego kolekcjonera artefaktów.
Odwróciłem się w stronę drogi, nasłuchując kroków - jeszcze ich nie było. W kieszeni kurtki obracałem różdżkę między palcami, tak dla zajęcia dłoni, nie z niepokoju, ale coś w tej ciszy miało w sobie napięcie. Westchnąłem, zaciągając się powietrzem, wrzesień w Little Hangleton zawsze miał w sobie coś niepokojąco znajomego, jakby świat co roku odtwarzał ten sam, nie do końca przyjemny zapach dzieciństwa, pachniało mokrą ziemią, zbutwiałymi liśćmi i dymem z dalekich kominów w wiosce. Nie chciałem wspominać, nie chciałem wracać do tamtych dni, do tamtego domu, do krzyków i ciszy po nich, ale każde drgnienie liścia, każde pęknięcie gałęzi gdzieś w głębi lasu zdawało się przypominać, że przeszłość nie potrzebowała zaproszenia, żeby wrócić. Gdzieś w oddali zakrakała wrona, echo poniosło się pośród drzew, niechętnie przyznałem przed sobą, że to miejsce coś we mnie poruszało. Tak - tutaj wszystko się zaczęło, chociaż wolałbym, żeby nigdy nie musiało.
!Strach przed imieniem
Stanąłem przy granicy, na rozstajach - tam, gdzie z polnej drogi robiła się trzy ścieżki, które kilka metrów później znikały w półmroku. Czekałem na resztę, wsłuchując się w skrzypienie gałęzi poruszanych wiatrem i w ten nierówny rytm stukotu mojego własnego serca, który pojawiał się zawsze, gdy znajdowałem się za blisko miejsc, które znałem z dzieciństwa. Nie dlatego, że były szczególnie złe. A może jednak? Dzieciaki z Little Hangleton mówiły o ciałach, które podobno huśtały się w ciemnościach na suchych konarach, o duchach skazańców, o zaklęciach i o klątwach, które ponoć tu przędły własne sieci z ludzkich głosów, mamiąc wędrowców i zsyłając na nich szaleństwo. Dla mnie to miejsce miało inny ciężar. Nie mit, nie plotkę, a wspomnienie.
Znałem tę ziemię lepiej, niż bym chciał.
Ścieżkę na północ, która prowadziła do stawu, kamień, pod którym zawsze gromadziły się salamandry, dąb, który ktoś przed laty spróbował podpalić, a który mimo wszystko przetrwał, pociemniały, z bliznami. Wszystko tu było takie samo jak wtedy, tylko mniejsze, albo to ja urosłem. Dom, który mieliśmy sprawdzić, znajdował się głębiej, chociaż nie w samym Lesie Wisielców, a przynajmniej nie w tej jego oficjalnej części - leśna posiadłość, podobno przed laty należała do jakiegoś zamożnego kolekcjonera artefaktów.
Odwróciłem się w stronę drogi, nasłuchując kroków - jeszcze ich nie było. W kieszeni kurtki obracałem różdżkę między palcami, tak dla zajęcia dłoni, nie z niepokoju, ale coś w tej ciszy miało w sobie napięcie. Westchnąłem, zaciągając się powietrzem, wrzesień w Little Hangleton zawsze miał w sobie coś niepokojąco znajomego, jakby świat co roku odtwarzał ten sam, nie do końca przyjemny zapach dzieciństwa, pachniało mokrą ziemią, zbutwiałymi liśćmi i dymem z dalekich kominów w wiosce. Nie chciałem wspominać, nie chciałem wracać do tamtych dni, do tamtego domu, do krzyków i ciszy po nich, ale każde drgnienie liścia, każde pęknięcie gałęzi gdzieś w głębi lasu zdawało się przypominać, że przeszłość nie potrzebowała zaproszenia, żeby wrócić. Gdzieś w oddali zakrakała wrona, echo poniosło się pośród drzew, niechętnie przyznałem przed sobą, że to miejsce coś we mnie poruszało. Tak - tutaj wszystko się zaczęło, chociaż wolałbym, żeby nigdy nie musiało.
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)