26.10.2025, 00:30 ✶
Uśmiechnąłem się pod nosem, może trochę za szeroko, trochę zbyt świadomie - trafiła. Wiedziałem, że to celne, ale nie zamierzałem jej dawać tej satysfakcji. Wiedziała, jak celować, zawsze wiedziała, ale jeśli sądziła, że może wbić szpilę i zostawić ją tam bez odpowiedzi, to źle trafiła.
- Czasem publika po prostu się narzuca. - Rzuciłem to sucho, ta rozmowa, jak wszystkie nasze, była grą słów, starciem, które zaczynało mnie kosztować więcej niż powinno. - Bo szczerze, jedyne, czego mi teraz brakowało do pełni tego cudownego dnia, to twoja moralna ocena mojego istnienia. - Słowa wypłynęły z moich ust niemal automatycznie, cicho, z tą samą swobodą, z jaką wcześniej wypuszczałem dym.
Zastanowiłem się przez ułamek sekundy, dlaczego to powiedziałem - nie miało zabrzmieć tak, nie miało zabrzmieć w ogóle.
Oparłem się plecami o mur, dłonią przesunąłem po karku, wciąż spiętym po treningu. Głowa dudniła mi od myśli, które wcale nie miały z nią nic wspólnego, a może właśnie miały, bo to jej pojawienie się sprawiło, że wszystko jeszcze bardziej mnie przytłoczyło. List, słowa, których nie mogłem się pozbyć. Złość, której nie potrafiłem rozładować. A teraz jeszcze ona - z tym tonem, swoją lodowatą manierą, która miała być tarczą, a mnie tylko kłuła w oczy. Wzrok uciekł mi gdzieś w bok, w stronę błoni, gdzie resztki zachodzącego słońca rozlewały się po murawie. Zaciągnąłem się głęboko, w powietrzu wciąż unosił się zapach wilgoci i dymu, coś między chłodem odchodzącej zimy a gniciem.
Uśmiechnąłem się, krzywo, z rozmysłem. W jej oczach był chłód, ten sam, którym próbowała zamaskować gniew. Przez moment miałem ochotę powiedzieć jej, że ta jej maska jest równie cienka, jak moja, ale po co? I tak by zaprzeczyła. Słuchałem dalej, jak wyrzucała ze siebie kolejne słowa, każde z nich odmierzone, wyważone, ale podszyte emocją, której nie chciała zdradzić. Kiedy powiedziała o tym, że nie marnowałaby czasu, uśmiechnąłem się szerzej, tym razem z przekąsem.
- Wiesz, Prudence… To zabawne, jak często ludzie powtarzają, że nie chcą marnować czasu, tuż po tym, jak już to zrobili. - Zaciągnąłem się głęboko, nie odrywając od niej wzroku, była blisko, za blisko, jak na kogoś, kto twierdził, że nie chciał tu być. - No, tak. Ty przecież tylko gasisz pożary, które wywołują inni, na tym polega twoja rola. Nie jesteś nawet statystką. - Strzepnąłem popiół z papierosa, nawet nie patrząc, czy wiatr nie zawieje go w jej stronę. Oczywiście, że zawiał - właśnie o to chodziło.
Wyciągnąłem nogi przed siebie, przesuwając podeszwą buta po kamieniu. Nie odwróciła wzroku, nie tym razem, to ją różniło od reszty. Każdy inny już dawno by się cofnął, zrezygnował, spuścił głowę, ona wciąż patrzyła, z tą swoją zaciętą miną, tym nieustępliwym spokojem, który był bardziej bronią niż cechą. Cisnąłem niedopałkiem w ziemię, tym razem celowo blisko jej buta.
- Czasem publika po prostu się narzuca. - Rzuciłem to sucho, ta rozmowa, jak wszystkie nasze, była grą słów, starciem, które zaczynało mnie kosztować więcej niż powinno. - Bo szczerze, jedyne, czego mi teraz brakowało do pełni tego cudownego dnia, to twoja moralna ocena mojego istnienia. - Słowa wypłynęły z moich ust niemal automatycznie, cicho, z tą samą swobodą, z jaką wcześniej wypuszczałem dym.
Zastanowiłem się przez ułamek sekundy, dlaczego to powiedziałem - nie miało zabrzmieć tak, nie miało zabrzmieć w ogóle.
Oparłem się plecami o mur, dłonią przesunąłem po karku, wciąż spiętym po treningu. Głowa dudniła mi od myśli, które wcale nie miały z nią nic wspólnego, a może właśnie miały, bo to jej pojawienie się sprawiło, że wszystko jeszcze bardziej mnie przytłoczyło. List, słowa, których nie mogłem się pozbyć. Złość, której nie potrafiłem rozładować. A teraz jeszcze ona - z tym tonem, swoją lodowatą manierą, która miała być tarczą, a mnie tylko kłuła w oczy. Wzrok uciekł mi gdzieś w bok, w stronę błoni, gdzie resztki zachodzącego słońca rozlewały się po murawie. Zaciągnąłem się głęboko, w powietrzu wciąż unosił się zapach wilgoci i dymu, coś między chłodem odchodzącej zimy a gniciem.
Uśmiechnąłem się, krzywo, z rozmysłem. W jej oczach był chłód, ten sam, którym próbowała zamaskować gniew. Przez moment miałem ochotę powiedzieć jej, że ta jej maska jest równie cienka, jak moja, ale po co? I tak by zaprzeczyła. Słuchałem dalej, jak wyrzucała ze siebie kolejne słowa, każde z nich odmierzone, wyważone, ale podszyte emocją, której nie chciała zdradzić. Kiedy powiedziała o tym, że nie marnowałaby czasu, uśmiechnąłem się szerzej, tym razem z przekąsem.
- Wiesz, Prudence… To zabawne, jak często ludzie powtarzają, że nie chcą marnować czasu, tuż po tym, jak już to zrobili. - Zaciągnąłem się głęboko, nie odrywając od niej wzroku, była blisko, za blisko, jak na kogoś, kto twierdził, że nie chciał tu być. - No, tak. Ty przecież tylko gasisz pożary, które wywołują inni, na tym polega twoja rola. Nie jesteś nawet statystką. - Strzepnąłem popiół z papierosa, nawet nie patrząc, czy wiatr nie zawieje go w jej stronę. Oczywiście, że zawiał - właśnie o to chodziło.
Wyciągnąłem nogi przed siebie, przesuwając podeszwą buta po kamieniu. Nie odwróciła wzroku, nie tym razem, to ją różniło od reszty. Każdy inny już dawno by się cofnął, zrezygnował, spuścił głowę, ona wciąż patrzyła, z tą swoją zaciętą miną, tym nieustępliwym spokojem, który był bardziej bronią niż cechą. Cisnąłem niedopałkiem w ziemię, tym razem celowo blisko jej buta.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)