26.10.2025, 01:15 ✶
Przez chwilę nie mówiłem nic. Zamiast tego upiłem łyk ze szklanki przede mną, dopiero teraz orientując się, że powinienem przysunąć do niej jej wodę, pozwalając, by szkło stuknęło cicho o blat. Nie potrzebowałem rozmów o uczuciach, nigdy nie byłem w tym dobry, kiedy ludzie zaczynali się tłumaczyć z emocji, czułem się, jakbym znowu stał w ciasnej chacie na drugim końcu świata i słuchał, jak ktoś próbuje zakląć smutek i desperację w coś logicznego. Z doświadczenia już wiedziałem - nigdy nie działało.
- Czasem nie ma co waszyś słów, Sun, a czasem po plostu nie ma na to czasu. Gdybyś milczała, zamiast odpowiedzieś, czy byłoby lepiej? - Odparłem w końcu spokojnie, obracając zapalniczkę między palcami, zanim ją odłożyłem. Wiedziałem, że to nie do końca to, co chciała usłyszeć, ale nie potrafiłem inaczej. Nie wiedziałem, czy to, co powiedziałem zabrzmiało mądrze, czy po prostu wymijająco, wolałem nie myśleć o tym zbyt głęboko. Prue, za to, potrafiła mówić tak, że każde zdanie brzmiało, jakbyśmy potrzebowali analizować własne decyzje pod mikroskopem. Ja… Ja byłem raczej z tych ludzi, którzy ten mikroskop rozbijali o ścianę i mówili, że świat wyglądał wystarczająco wyraźnie bez szkła powiększającego. To jedno słowo, które jej się wymknęło, może i mnie ukłuło, ale nie na tyle, żebym chciał się nad nim rozwodzić. Nie byłem typem, który rozmawiał o tym, co czuje - może dlatego, że większość rzeczy, które kiedyś czułem, trzeba było zakopać głęboko i już nie ruszać.
Nie zaprzeczyłem ani nie potwierdziłem słów o odpowiedzialności. Wzruszyłem tylko ramionami, tak jak zawsze, gdy nie chciałem, żeby ktoś zbyt głęboko zajrzał pod powierzchnię. Prue, zresztą, na pewno zdążyła już to zauważyć, była spostrzegawcza. Wiedziała, że kiedy milknąłem i pozwałem jej mówić, to nie oznaczało wcale, że nie słucham. Tym razem też słuchałem.
Patrzyłem, jak strzepywała popiół, nerwowo przygryzała filtr, jak odruchowo co chwilę wracała do papierosa - to było aż zbyt znajome. Uśmiechnąłem się ledwie zauważalnie. Przez chwilę pomyślałem, że wyglądaliśmy jak ludzie, którzy wpadli tu tylko po to, żeby na chwilę zapomnieć, że jutro znowu wracają do swojego życia - zresztą, może nie mieliśmy tego zrobić dosłownie jutro, chyba nie, ale poniekąd właśnie tak było. Udawaliśmy normalnych.
- Czasem ludzie muszą tlochę dostaś po głowie, szeby w ogóle móc ze sobą losmawiaś. - Przyznałem bez złośliwości. - Więc mose dobsze, sze świat poczekał, asz oboje tlochę… Złagodniejemy. - Nie powiedziałem „dorośniemy”, bo żadne z nas nigdy nie miało czasu na takie luksusy, jak długie dzieciństwo. Nie spojrzałem na nią od razu, zresztą, dopiero po chwili, kiedy zrozumiałem, że za bardzo odsłoniłem prawdziwą myśl, uniosłem wzrok i znów przybrałem ten półuśmiech - spokojny, trochę ironiczny.
- Nie udawaj zdziwionej, mimo wszystko, znasz mnie na tyle, zawsze muszę byś na samym szczycie podium. - Oparłem się łokciem o blat, uśmiechając się pod nosem, i pozwoliłem, by temat sam się rozluźnił. Nie chciałem wracać do tamtych słów, do wszystkiego, co padło i tego, co nie - to nie był wieczór na szczerość. Wokół nas brzmiała muzyka, ktoś się śmiał, kelner dzwonił kieliszkami o tacę, nie było sensu psuć tej iluzji, której udawało się nam jeszcze trzymać. Zaraz musieliśmy wrócić do stołu. Kiedy wspomniała o profesji Astorii, kiwnąłem głową, wdzięczny za podłapanie zmiany kierunku rozmowy.
- Wiesz, zawsze mnie fascynowali tacy ludzie. Potlafią gosinami gadaś o oblazach, kololach, wymowie całości. - Uśmiechnąłem się krzywo. - Ja zawsze widziałem po plostu ścianę, na któlej coś wisi, nie zawsze nawet za ładne. - Przyznałem. Łatwiej było rozmawiać o jej znajomych niż o tym, że właśnie próbowała się usprawiedliwić za jedno niefortunne słowo.
- Czasem nie ma co waszyś słów, Sun, a czasem po plostu nie ma na to czasu. Gdybyś milczała, zamiast odpowiedzieś, czy byłoby lepiej? - Odparłem w końcu spokojnie, obracając zapalniczkę między palcami, zanim ją odłożyłem. Wiedziałem, że to nie do końca to, co chciała usłyszeć, ale nie potrafiłem inaczej. Nie wiedziałem, czy to, co powiedziałem zabrzmiało mądrze, czy po prostu wymijająco, wolałem nie myśleć o tym zbyt głęboko. Prue, za to, potrafiła mówić tak, że każde zdanie brzmiało, jakbyśmy potrzebowali analizować własne decyzje pod mikroskopem. Ja… Ja byłem raczej z tych ludzi, którzy ten mikroskop rozbijali o ścianę i mówili, że świat wyglądał wystarczająco wyraźnie bez szkła powiększającego. To jedno słowo, które jej się wymknęło, może i mnie ukłuło, ale nie na tyle, żebym chciał się nad nim rozwodzić. Nie byłem typem, który rozmawiał o tym, co czuje - może dlatego, że większość rzeczy, które kiedyś czułem, trzeba było zakopać głęboko i już nie ruszać.
Nie zaprzeczyłem ani nie potwierdziłem słów o odpowiedzialności. Wzruszyłem tylko ramionami, tak jak zawsze, gdy nie chciałem, żeby ktoś zbyt głęboko zajrzał pod powierzchnię. Prue, zresztą, na pewno zdążyła już to zauważyć, była spostrzegawcza. Wiedziała, że kiedy milknąłem i pozwałem jej mówić, to nie oznaczało wcale, że nie słucham. Tym razem też słuchałem.
Patrzyłem, jak strzepywała popiół, nerwowo przygryzała filtr, jak odruchowo co chwilę wracała do papierosa - to było aż zbyt znajome. Uśmiechnąłem się ledwie zauważalnie. Przez chwilę pomyślałem, że wyglądaliśmy jak ludzie, którzy wpadli tu tylko po to, żeby na chwilę zapomnieć, że jutro znowu wracają do swojego życia - zresztą, może nie mieliśmy tego zrobić dosłownie jutro, chyba nie, ale poniekąd właśnie tak było. Udawaliśmy normalnych.
- Czasem ludzie muszą tlochę dostaś po głowie, szeby w ogóle móc ze sobą losmawiaś. - Przyznałem bez złośliwości. - Więc mose dobsze, sze świat poczekał, asz oboje tlochę… Złagodniejemy. - Nie powiedziałem „dorośniemy”, bo żadne z nas nigdy nie miało czasu na takie luksusy, jak długie dzieciństwo. Nie spojrzałem na nią od razu, zresztą, dopiero po chwili, kiedy zrozumiałem, że za bardzo odsłoniłem prawdziwą myśl, uniosłem wzrok i znów przybrałem ten półuśmiech - spokojny, trochę ironiczny.
- Nie udawaj zdziwionej, mimo wszystko, znasz mnie na tyle, zawsze muszę byś na samym szczycie podium. - Oparłem się łokciem o blat, uśmiechając się pod nosem, i pozwoliłem, by temat sam się rozluźnił. Nie chciałem wracać do tamtych słów, do wszystkiego, co padło i tego, co nie - to nie był wieczór na szczerość. Wokół nas brzmiała muzyka, ktoś się śmiał, kelner dzwonił kieliszkami o tacę, nie było sensu psuć tej iluzji, której udawało się nam jeszcze trzymać. Zaraz musieliśmy wrócić do stołu. Kiedy wspomniała o profesji Astorii, kiwnąłem głową, wdzięczny za podłapanie zmiany kierunku rozmowy.
- Wiesz, zawsze mnie fascynowali tacy ludzie. Potlafią gosinami gadaś o oblazach, kololach, wymowie całości. - Uśmiechnąłem się krzywo. - Ja zawsze widziałem po plostu ścianę, na któlej coś wisi, nie zawsze nawet za ładne. - Przyznałem. Łatwiej było rozmawiać o jej znajomych niż o tym, że właśnie próbowała się usprawiedliwić za jedno niefortunne słowo.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)