26.10.2025, 14:12 ✶
Nie wiedziałem, kto był większym idiotą - ja, że dałem się w ogóle wciągnąć w ten dzień, czy ona, że tu przyszła. Miałem dosyć - dosyć ludzi, dosyć uśmiechów, dosyć udawania, i tego cholernego listu, który palił mi kieszeń, jakby w środku tlił się żywy ogień. Wolałem się skupić na dymie. Na gorącym popiele. Na niczym. Pewnie bym to zrobił, gdyby nie Bletchley. Nie zamierzała odpuścić. Właściwie mogłem się tego spodziewać, Prue była jak uparty duch - nie straszyła, w dosłownym tego słowa znaczeniu, tylko krążyła wokół, dopóki nie dopięła swego. Może dlatego Marta Warren tak ją lubiła - rozumiały się, te dwie nieustępliwe dusze, tyle że jedna miała ciało, żeby mi wejść w drogę. Patrzyłem, jak unosiła brew, mówiła te swoje mądre słowa, jakby każde z nich było wyważone, przemyślane, wszystko, co wychodziło z jej ust, miało udowodnić, że to ona panuje nad sytuacją. Kłopot w tym, że w jej oczach widać było coś innego - tę iskrę, której nie potrafiła zgasić, a o to właśnie chodziło.
- Publika nie pojawia się, kiedy nie ma czego oglądać, hmm? - Powtórzyłem, bardziej do siebie niż do niej. Nie zamierzałem tłumaczyć, dlaczego byłem sam. Przez chwilę tylko patrzyłem na nią, z tym półuśmiechem, który zwykle wystarczał, żeby ludzie przestali mówić, ale ona nie przestawała. Nigdy nie przestawała.
- Więc jednak przyznajesz - przyszłaś na przedstawienie. - Rzuciłem cicho, bardziej do siebie niż do niej, nie potrzebowałem odpowiedzi. Wypowiedziałem to, odhaczając kolejną pozycję z listy - rzuć kąśliwość, patrz, jak się spina - tak wyglądała nasza gra. Przechyliłem głowę, uśmiechnąłem się krzywo, bardziej do siebie niż do niej. - Cóż, najwyraźniej jestem bardziej interesujący, niż ci się wydaje. Niestety, nie będzie bisów. - Spojrzałem na miotłę, miałem ochotę kopnąć ją jeszcze raz, aż się złamie, aż rozpadnie się w tym samym miejscu, w którym ja się łamałem od miesięcy.
Prudy przeklęła mnie wzrokiem, jak zwykle, spojrzała na mnie jak na śmiecia, co mnie rozbawiło. Wiedziałem też, że nie potrafiła przejść obojętnie, kiedy coś było „niezgodne z regulaminem”. W jej świecie wszystko miało swoje miejsce, z całą swoją reputacją i nazwiskiem, byłem tym, co ten porządek psuło, jak plama na białym obrusie.
Zaciągnąłem się dymem, powoli, celowo, pozwalając, by uniósł się między nami, jak mgła. Wiedziałem, że ją drażnił, wiedziałem też, że nie odejdzie - była zbyt uparta, by odpuścić coś, co uznała za swoje zadanie. Wypuściłem dym w bok, tym razem nie w jej kierunku - nie dlatego, że nagle postanowiłem być uprzejmy. Zrobiłem to z czystej przekory, żeby nie mogła zarzucić mi, że prowokuję, po prostu przestało mnie bawić powtarzanie ruchów, których efekt był przewidywalny. A ja nie znosiłem przewidywalności, zresztą i tak wiedziałem, że czuła, jak bardzo ją testowałem.
- Niemniej przykro mi, że nie płaczę w kącie. Może powinnaś wrócić do swojej patrolowej rundki i poszukać kogoś, kto ci podziękuje. - Skrzywiłem się, zaciągnąłem znowu, tym razem krócej. Papieros był już prawie wypalony, ale mimo to nie chciałem go zgasić, nie chciałem zostać bez czegoś w rękach. A jednak wreszcie musiałem - trafił pod but Prudence. Nie sięgnąłem po następnego, choć paczka wciąż była w kieszeni. Zamiast tego oparłem się o mur, ręce wcisnąłem do kieszeni i spojrzałem na nią z góry.
- Niedocenieni, powiadasz… A może po prostu nudni, nieistniejący, bez polotu, bez żaru. Wygodni, niewidoczni. - wymieniłem powoli, z kpiną, pokręciłem głową. - Widzisz, problem z tymi, których nikt nie zauważa, polega na tym, że w końcu zaczynają wierzyć, że to cnota. - Zamrugałem, wciągając powietrze przez zęby. Nie powinienem był tego mówić, ale wyszło dobrze, lepiej było czuć cokolwiek niż ten paraliżujący wkurw. Wiedziałem, że trafi, chciałem, żeby trafiło, nawet jeśli w tej chwili nie chodziło o nią - tylko o mnie, o ten list, o cholerną rzeczywistość, od której próbowałem uciec, a która znalazła mnie nawet tutaj, na błoniach, w dymie i ciszy. Uśmiechnąłem się znowu - tym razem naprawdę brzydko, takim uśmiechem, którym przykrywa się krew sączącą się z wnętrza.
- Masz rację. Nie każdy potrzebuje splendoru. - Skrzywiłem się lekko. - Niektórzy po prostu zadowalają się tym, że inni w ogóle zauważą, że istnieją.
W jej oczach zobaczyłem tę błyskawicę - taką samą, która zawsze pojawiała się chwilę przed tym, jak straciła cierpliwość. Wypuściłem powietrze z nosem, co zabrzmiało prawie jak szyderczy śmiech. Tylko ona potrafiła wypowiedzieć moje nazwisko tonem, w którym mieszało się obrzydzenie i obowiązek. Wszyscy inni brzmieli, jakby chcieli coś dostać, ona - jakby chciała mnie udusić. Przez chwilę jeszcze wpatrywałem się w jej but, który przydeptał niedopałek.
- No, dalej, Prudy, powiedz to. - Podniosłem wzrok. - Że jestem żałosny, arogancki, że znowu łamię zasady. Zawsze to samo. - Wypowiedziałem te słowa spokojnie, z dziwną rezygnacją, która we mnie uderzyła dopiero, gdy je usłyszałem. Wiedziałem, że widziała we mnie pozera, może sam chciałem usłyszeć, że ktoś to zauważał - grającego chłopca z dobrego domu, który niczym się nie przejmuje. Tak, w dużej mierze miała rację, a jednak, to nie był dzień, w którym ta maska siedziała mi dobrze, była za ciasna. List, wciąż ciężki w kieszeni, przypominał, że pewnych rzeczy nie da się wyćwiczyć, nawet z najlepszym nauczycielem pozorów.
- Więc, kochanie? - Spojrzałem na nią, już z tym swoim wyuczonym półuśmiechem, który mówił „mam cię gdzieś”. - Skoro już postanowiłaś poświęcić mi swój czas, może zrobisz coś pożytecznego. Odnotuj - „Aloysius Rookwood, Gryffindor, palenie tytoniu na błoniach, brak skruchy”. Wiesz, koniecznie podkreśl to twoje ulubione słowo, „skrucha”. - Uśmiechnąłem się szerzej, tym razem naprawdę obrzydliwie. - Ale nie udawaj, że nie lubisz tego, jak brzmi moje nazwisko w twoich raporcikach.
- Publika nie pojawia się, kiedy nie ma czego oglądać, hmm? - Powtórzyłem, bardziej do siebie niż do niej. Nie zamierzałem tłumaczyć, dlaczego byłem sam. Przez chwilę tylko patrzyłem na nią, z tym półuśmiechem, który zwykle wystarczał, żeby ludzie przestali mówić, ale ona nie przestawała. Nigdy nie przestawała.
- Więc jednak przyznajesz - przyszłaś na przedstawienie. - Rzuciłem cicho, bardziej do siebie niż do niej, nie potrzebowałem odpowiedzi. Wypowiedziałem to, odhaczając kolejną pozycję z listy - rzuć kąśliwość, patrz, jak się spina - tak wyglądała nasza gra. Przechyliłem głowę, uśmiechnąłem się krzywo, bardziej do siebie niż do niej. - Cóż, najwyraźniej jestem bardziej interesujący, niż ci się wydaje. Niestety, nie będzie bisów. - Spojrzałem na miotłę, miałem ochotę kopnąć ją jeszcze raz, aż się złamie, aż rozpadnie się w tym samym miejscu, w którym ja się łamałem od miesięcy.
Prudy przeklęła mnie wzrokiem, jak zwykle, spojrzała na mnie jak na śmiecia, co mnie rozbawiło. Wiedziałem też, że nie potrafiła przejść obojętnie, kiedy coś było „niezgodne z regulaminem”. W jej świecie wszystko miało swoje miejsce, z całą swoją reputacją i nazwiskiem, byłem tym, co ten porządek psuło, jak plama na białym obrusie.
Zaciągnąłem się dymem, powoli, celowo, pozwalając, by uniósł się między nami, jak mgła. Wiedziałem, że ją drażnił, wiedziałem też, że nie odejdzie - była zbyt uparta, by odpuścić coś, co uznała za swoje zadanie. Wypuściłem dym w bok, tym razem nie w jej kierunku - nie dlatego, że nagle postanowiłem być uprzejmy. Zrobiłem to z czystej przekory, żeby nie mogła zarzucić mi, że prowokuję, po prostu przestało mnie bawić powtarzanie ruchów, których efekt był przewidywalny. A ja nie znosiłem przewidywalności, zresztą i tak wiedziałem, że czuła, jak bardzo ją testowałem.
- Niemniej przykro mi, że nie płaczę w kącie. Może powinnaś wrócić do swojej patrolowej rundki i poszukać kogoś, kto ci podziękuje. - Skrzywiłem się, zaciągnąłem znowu, tym razem krócej. Papieros był już prawie wypalony, ale mimo to nie chciałem go zgasić, nie chciałem zostać bez czegoś w rękach. A jednak wreszcie musiałem - trafił pod but Prudence. Nie sięgnąłem po następnego, choć paczka wciąż była w kieszeni. Zamiast tego oparłem się o mur, ręce wcisnąłem do kieszeni i spojrzałem na nią z góry.
- Niedocenieni, powiadasz… A może po prostu nudni, nieistniejący, bez polotu, bez żaru. Wygodni, niewidoczni. - wymieniłem powoli, z kpiną, pokręciłem głową. - Widzisz, problem z tymi, których nikt nie zauważa, polega na tym, że w końcu zaczynają wierzyć, że to cnota. - Zamrugałem, wciągając powietrze przez zęby. Nie powinienem był tego mówić, ale wyszło dobrze, lepiej było czuć cokolwiek niż ten paraliżujący wkurw. Wiedziałem, że trafi, chciałem, żeby trafiło, nawet jeśli w tej chwili nie chodziło o nią - tylko o mnie, o ten list, o cholerną rzeczywistość, od której próbowałem uciec, a która znalazła mnie nawet tutaj, na błoniach, w dymie i ciszy. Uśmiechnąłem się znowu - tym razem naprawdę brzydko, takim uśmiechem, którym przykrywa się krew sączącą się z wnętrza.
- Masz rację. Nie każdy potrzebuje splendoru. - Skrzywiłem się lekko. - Niektórzy po prostu zadowalają się tym, że inni w ogóle zauważą, że istnieją.
W jej oczach zobaczyłem tę błyskawicę - taką samą, która zawsze pojawiała się chwilę przed tym, jak straciła cierpliwość. Wypuściłem powietrze z nosem, co zabrzmiało prawie jak szyderczy śmiech. Tylko ona potrafiła wypowiedzieć moje nazwisko tonem, w którym mieszało się obrzydzenie i obowiązek. Wszyscy inni brzmieli, jakby chcieli coś dostać, ona - jakby chciała mnie udusić. Przez chwilę jeszcze wpatrywałem się w jej but, który przydeptał niedopałek.
- No, dalej, Prudy, powiedz to. - Podniosłem wzrok. - Że jestem żałosny, arogancki, że znowu łamię zasady. Zawsze to samo. - Wypowiedziałem te słowa spokojnie, z dziwną rezygnacją, która we mnie uderzyła dopiero, gdy je usłyszałem. Wiedziałem, że widziała we mnie pozera, może sam chciałem usłyszeć, że ktoś to zauważał - grającego chłopca z dobrego domu, który niczym się nie przejmuje. Tak, w dużej mierze miała rację, a jednak, to nie był dzień, w którym ta maska siedziała mi dobrze, była za ciasna. List, wciąż ciężki w kieszeni, przypominał, że pewnych rzeczy nie da się wyćwiczyć, nawet z najlepszym nauczycielem pozorów.
- Więc, kochanie? - Spojrzałem na nią, już z tym swoim wyuczonym półuśmiechem, który mówił „mam cię gdzieś”. - Skoro już postanowiłaś poświęcić mi swój czas, może zrobisz coś pożytecznego. Odnotuj - „Aloysius Rookwood, Gryffindor, palenie tytoniu na błoniach, brak skruchy”. Wiesz, koniecznie podkreśl to twoje ulubione słowo, „skrucha”. - Uśmiechnąłem się szerzej, tym razem naprawdę obrzydliwie. - Ale nie udawaj, że nie lubisz tego, jak brzmi moje nazwisko w twoich raporcikach.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)