27.10.2025, 11:26 ✶
Zaśmiałem się cicho, pod nosem, jak ktoś, kto już dawno przestał traktować podobne tyrady poważnie. Ten jej ton, podszyty irytacją, a jednak skrupulatnie kontrolowany… Był niemal uroczy. Prue zawsze próbowała się postawić, jakby naprawdę wierzyła, że jej moralne kazania mogły mnie zranić.
- Och, Pruu–udy, złotko… - Przeciągnąłem jej imię, pozwalając, by to wszystko przez sekundę zabrzmiało jak znużony komplement. - Ty naprawdę myślisz, że świat nagradza tych, którzy „reprezentują sobą coś więcej”? - Uniosłem brew, opierając się o murek w taki sposób, jakbym to ja był właścicielem całego błonia. - Świat nagradza tych, którzy wiedzą, jak zagrać, a ja, tak się akurat składa gram lepiej niż ktokolwiek, kogo znasz.
Nie odwracała wzroku - to akurat ceniłem, większość ludzi pękała wcześniej, spuszczała oczy, jąkała się, szukała wymówki, ale nie ona.
W jej oczach błysnęło coś innego niż jeszcze przed chwilą, złość, może żal, a może ten rodzaj bólu, który pojawia się, gdy ktoś trafia w zbyt prawdziwe miejsce. Odkąd zaczęliśmy rozmowę, w jej spojrzeniu tliło się coś, co przypominało pogardę zmieszaną z czymś na kształt zainteresowania, iskry wywołanej naszą rozmową. Śmieszne, jak często te dwie rzeczy idą ze sobą w parze.
- A jeśli chodzi o „prawdziwy świat”. - Kontynuowałem, na moment nachylając się w jej stronę, na tyle blisko, że mógłbym policzyć plamki w jej oczach. - Wiesz, co jest w nim najzabawniejsze? - Uśmiechnąłem się szeroko, prawie serdecznie. - Że to właśnie tacy jak ja go tworzą. A tacy jak ty… - Zrobiłem krótką pauzę, żeby mogła poczuć ciężar tych słów. - Mogą jedynie próbować zrozumieć zasady gry, w której nigdy nie byli zaproszeni do stołu. - Błysnąłem zębami w uśmiechu, całkowicie świadomy tego, co mówię, i jak bardzo się z tym nie zgadzam. Czułem, jak to coś we mnie znowu się zaciska - niewidzialny sznur, powoli, dyskretnie oplatał się coraz bardziej i bardziej. Taki, o którym większość ludzi nigdy nie miała ani nie miała mieć pojęci, bo nie należało go pokazywać. Przecież Aloysius Rookwood nie ma słabości. Aloysius Rookwood ma pieniądze, nazwisko i perfekcyjnie irytujący uśmiech.
- Więc proszę, Prudy. - Dodałem cicho, z lekkością, która była czystym fałszem. - Udowodnij mi te wykroczenia. Zrób to. Zawsze lubiłem, gdy ktoś o mnie pisze. - Zamilkłem, patrząc jej prosto w oczy, a w środku, zupełnie wbrew sobie, zastanawiałem się, czemu do cholery tak bardzo chciałem, żeby naprawdę to zrobiła.
- Och, Pruu–udy, złotko… - Przeciągnąłem jej imię, pozwalając, by to wszystko przez sekundę zabrzmiało jak znużony komplement. - Ty naprawdę myślisz, że świat nagradza tych, którzy „reprezentują sobą coś więcej”? - Uniosłem brew, opierając się o murek w taki sposób, jakbym to ja był właścicielem całego błonia. - Świat nagradza tych, którzy wiedzą, jak zagrać, a ja, tak się akurat składa gram lepiej niż ktokolwiek, kogo znasz.
Nie odwracała wzroku - to akurat ceniłem, większość ludzi pękała wcześniej, spuszczała oczy, jąkała się, szukała wymówki, ale nie ona.
W jej oczach błysnęło coś innego niż jeszcze przed chwilą, złość, może żal, a może ten rodzaj bólu, który pojawia się, gdy ktoś trafia w zbyt prawdziwe miejsce. Odkąd zaczęliśmy rozmowę, w jej spojrzeniu tliło się coś, co przypominało pogardę zmieszaną z czymś na kształt zainteresowania, iskry wywołanej naszą rozmową. Śmieszne, jak często te dwie rzeczy idą ze sobą w parze.
- A jeśli chodzi o „prawdziwy świat”. - Kontynuowałem, na moment nachylając się w jej stronę, na tyle blisko, że mógłbym policzyć plamki w jej oczach. - Wiesz, co jest w nim najzabawniejsze? - Uśmiechnąłem się szeroko, prawie serdecznie. - Że to właśnie tacy jak ja go tworzą. A tacy jak ty… - Zrobiłem krótką pauzę, żeby mogła poczuć ciężar tych słów. - Mogą jedynie próbować zrozumieć zasady gry, w której nigdy nie byli zaproszeni do stołu. - Błysnąłem zębami w uśmiechu, całkowicie świadomy tego, co mówię, i jak bardzo się z tym nie zgadzam. Czułem, jak to coś we mnie znowu się zaciska - niewidzialny sznur, powoli, dyskretnie oplatał się coraz bardziej i bardziej. Taki, o którym większość ludzi nigdy nie miała ani nie miała mieć pojęci, bo nie należało go pokazywać. Przecież Aloysius Rookwood nie ma słabości. Aloysius Rookwood ma pieniądze, nazwisko i perfekcyjnie irytujący uśmiech.
- Więc proszę, Prudy. - Dodałem cicho, z lekkością, która była czystym fałszem. - Udowodnij mi te wykroczenia. Zrób to. Zawsze lubiłem, gdy ktoś o mnie pisze. - Zamilkłem, patrząc jej prosto w oczy, a w środku, zupełnie wbrew sobie, zastanawiałem się, czemu do cholery tak bardzo chciałem, żeby naprawdę to zrobiła.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)