27.10.2025, 12:49 ✶
Jeśli miałby być zupełnie szczery, Ambroise sam nie do końca wiedział, co powinien sądzić o tym pomyśle, nawet jeśli był on wspólny. W teorii wydawało się to całkiem ciekawym rozwiązaniem. Niemalże genialnym posunięciem, na jakie wpadli gdzieś pomiędzy ślubnym chaosem, tego dnia zamierzając wreszcie wykonać jakieś fizyczne kroki w celu realizacji planu odwiedzin w Little Hangleton.
Tym bardziej, że zgodnie z tym, czego udało im się dowiedzieć, tereny dawnej posiadłości nadal w znacznej mierze należały do Matki Natury, która krok po kroku, rok po roku na powrót przejmowała zabudowania dworku i przyległe budynki. Nikogo nie interesował potencjał nieruchomości, nie było ofert kupna, ba, teoretycznie nie było nawet oferty sprzedaży. Była owiana zdecydowanie zbyt złą sławą, aby ktokolwiek przez te wszystkie lata poczynił jakiekolwiek kroki w celu doprowadzenia jej do stanu dawnej świetności.
Szczególnie, że przecież żadne z nich dwojga (a tylko oni byli tam pamiętnego dnia) nie powiedziało nikomu o odkryciu, jakiego wtedy dokonali. Nie podzielili się tą wiedzą. Nie zasugerowali nikomu, że problem mógł być już w znacznej mierze rozwiązany, może nawet całkowicie nieistniejący. Zwyczajnie zamknęli ten rozdział, gdy tylko mogli to zrobić, pozwalając, aby osiadł na nim naprawdę gruby kurz. By była to zaledwie kropla w morzu wspomnień, drobny epizod w ich wspólnej historii, nawet jeśli, bądź co bądź, był to dla nich moment przełomowy.
Niby od pamiętnego dnia minęło już naprawdę sporo czasu, ale nie dało się ukryć, że tamte wydarzenia miały na nich naprawdę duży wpływ. W większej mierze pozytywny, temu także nie można było zaprzeczyć, ale mimo wszystko...
...gdy czasami wracał pamięcią do tego, co wydarzyło się na pograniczu wiosny i zimy wiele lat wstecz, w dalszym ciągu czuł się odrobinę wytrącony z równowagi. Głównie dlatego, że im bardziej próbował przypomnieć sobie część wydarzeń, tym bardziej dochodził do wniosku, że nie miał nad nimi jakiejkolwiek kontroli. Niemalże wszystko było dla niego rozmyte, osnute mgłą, nieostre i wzbudzające więcej wątpliwości niż przynoszące odpowiedzi.
Na ogół decydował się zatem nie wracać tam myślami. Jakim więc cudem szedł teraz u boku Riny, stawiając jak najbardziej fizyczne kroki w kierunku miejsca, z którego we troje mieli udać się do tamtej rezydencji? Sam nie wiedział. Może to była oznaka dorosłości? Bo na pewno nie desperacji w związku z naprawdę beznadziejną sytuacją panującą na rynku nieruchomości spełniających ich wymogi. Co to, to na pewno nie. Ani trochę.
Tak czy siak, najważniejsze było to, że tego nieco nazbyt wilgotnego, jesiennego dnia zjawili się w okolicach Little Hangleton, gotowi na kilka chwil powrócić do przeszłości. Całe szczęście, tym razem w towarzystwie kogoś, kto mógł być dla nich niemalże nieocenioną pomocą. Tym bardziej, że Benjy nie tylko zgodził się pomóc im w sprawdzeniu dawnej klątwy, lecz także bez wątpienia zrobił dla nich więcej niż którekolwiek chciałoby przyznać na głos.
Tak, Roise miał pełną świadomość tego, co jeszcze miało towarzyszyć im w drodze przez zagajnik. Każde z nich miało własne demony. W okolicach Lasu Wisielców były one szczególnie głośne, nawet jeśli celowo nie zamierzali wchodzić tam ani do pobliskiego miasteczka. Little Hangleton również swego czasu napsuło im całkiem sporo krwi. Szczególnie jego przyjacielowi.
Ambroise zmierzył wzrokiem sylwetkę kolegi, majaczącą im na horyzoncie, gdy zbliżali się do miejsca spotkania, tylko na moment przenosząc wzrok na Geraldine i kręcąc głową.
- Nie, jesteśmy nawet przed czasem - odpowiedział, nie musząc spoglądać na zegarek, aby móc stwierdzić, że od właściwej godziny dzieliło ich jeszcze całkiem sporo minut.
Nie dodał także, że nie wie, dlaczego kumpel to sobie robił, pojawiając się tu jeszcze przed nimi. Poniekąd dlatego, że doskonale znał odpowiedź, poniekąd zaś z tego względu, że nie zamierzał o tym dyskutować nieproszony. Po prostu doceniał zaangażowanie, wychodzenie poza strefę komfortu, aby coś dla nich zrobić. To miało dlań naprawdę wiele wartości.
Tym bardziej, że zgodnie z tym, czego udało im się dowiedzieć, tereny dawnej posiadłości nadal w znacznej mierze należały do Matki Natury, która krok po kroku, rok po roku na powrót przejmowała zabudowania dworku i przyległe budynki. Nikogo nie interesował potencjał nieruchomości, nie było ofert kupna, ba, teoretycznie nie było nawet oferty sprzedaży. Była owiana zdecydowanie zbyt złą sławą, aby ktokolwiek przez te wszystkie lata poczynił jakiekolwiek kroki w celu doprowadzenia jej do stanu dawnej świetności.
Szczególnie, że przecież żadne z nich dwojga (a tylko oni byli tam pamiętnego dnia) nie powiedziało nikomu o odkryciu, jakiego wtedy dokonali. Nie podzielili się tą wiedzą. Nie zasugerowali nikomu, że problem mógł być już w znacznej mierze rozwiązany, może nawet całkowicie nieistniejący. Zwyczajnie zamknęli ten rozdział, gdy tylko mogli to zrobić, pozwalając, aby osiadł na nim naprawdę gruby kurz. By była to zaledwie kropla w morzu wspomnień, drobny epizod w ich wspólnej historii, nawet jeśli, bądź co bądź, był to dla nich moment przełomowy.
Niby od pamiętnego dnia minęło już naprawdę sporo czasu, ale nie dało się ukryć, że tamte wydarzenia miały na nich naprawdę duży wpływ. W większej mierze pozytywny, temu także nie można było zaprzeczyć, ale mimo wszystko...
...gdy czasami wracał pamięcią do tego, co wydarzyło się na pograniczu wiosny i zimy wiele lat wstecz, w dalszym ciągu czuł się odrobinę wytrącony z równowagi. Głównie dlatego, że im bardziej próbował przypomnieć sobie część wydarzeń, tym bardziej dochodził do wniosku, że nie miał nad nimi jakiejkolwiek kontroli. Niemalże wszystko było dla niego rozmyte, osnute mgłą, nieostre i wzbudzające więcej wątpliwości niż przynoszące odpowiedzi.
Na ogół decydował się zatem nie wracać tam myślami. Jakim więc cudem szedł teraz u boku Riny, stawiając jak najbardziej fizyczne kroki w kierunku miejsca, z którego we troje mieli udać się do tamtej rezydencji? Sam nie wiedział. Może to była oznaka dorosłości? Bo na pewno nie desperacji w związku z naprawdę beznadziejną sytuacją panującą na rynku nieruchomości spełniających ich wymogi. Co to, to na pewno nie. Ani trochę.
Tak czy siak, najważniejsze było to, że tego nieco nazbyt wilgotnego, jesiennego dnia zjawili się w okolicach Little Hangleton, gotowi na kilka chwil powrócić do przeszłości. Całe szczęście, tym razem w towarzystwie kogoś, kto mógł być dla nich niemalże nieocenioną pomocą. Tym bardziej, że Benjy nie tylko zgodził się pomóc im w sprawdzeniu dawnej klątwy, lecz także bez wątpienia zrobił dla nich więcej niż którekolwiek chciałoby przyznać na głos.
Tak, Roise miał pełną świadomość tego, co jeszcze miało towarzyszyć im w drodze przez zagajnik. Każde z nich miało własne demony. W okolicach Lasu Wisielców były one szczególnie głośne, nawet jeśli celowo nie zamierzali wchodzić tam ani do pobliskiego miasteczka. Little Hangleton również swego czasu napsuło im całkiem sporo krwi. Szczególnie jego przyjacielowi.
Ambroise zmierzył wzrokiem sylwetkę kolegi, majaczącą im na horyzoncie, gdy zbliżali się do miejsca spotkania, tylko na moment przenosząc wzrok na Geraldine i kręcąc głową.
- Nie, jesteśmy nawet przed czasem - odpowiedział, nie musząc spoglądać na zegarek, aby móc stwierdzić, że od właściwej godziny dzieliło ich jeszcze całkiem sporo minut.
Nie dodał także, że nie wie, dlaczego kumpel to sobie robił, pojawiając się tu jeszcze przed nimi. Poniekąd dlatego, że doskonale znał odpowiedź, poniekąd zaś z tego względu, że nie zamierzał o tym dyskutować nieproszony. Po prostu doceniał zaangażowanie, wychodzenie poza strefę komfortu, aby coś dla nich zrobić. To miało dlań naprawdę wiele wartości.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down