27.10.2025, 14:04 ✶
To nie było nic takiego. Nie musieli się sobie nawzajem anonsować, zamiast tego po prostu pojawiając się u progu drzwi drugiej osoby i sprawdzając, czy akurat miała czas. Po prawdzie mówiąc, on zazwyczaj miał, co pewnie nawet głupi mógłby zauważyć, ale jakimś cudem udawało im się unikać tej rozmowy.
Co z tego, że nie miał wolnego w tak niewymuszony sposób, w jaki twierdził, że go ma? Co z tego, że w rzeczywistości starał się manewrować datami i dyżurami w taki sposób, aby widywać się przynajmniej kilka razy w tygodniu? Dopóki nie mówili o tym na głos, dopóty mógł udawać, że to po prostu zrządzenie losu. Ot, te wszystkie miesiące były dla nich akurat całkiem łaskawe i wygodne.
W przeciwieństwie do sytuacji, w jakiej się znaleźli, czyż nie? Przynajmniej z jego strony, nawet jeśli na widok dziewczyny, na ustach Greengrassa pojawił się całkiem szeroki, dosyć odruchowy uśmiech. Nieświadomie przeczesał włosy palcami, jednocześnie wzruszając ramionami.
- No hej. Uwierzysz, że po prostu byłem w okolicy? - Spytał, teoretycznie żartując, co było jasne, ale jednocześnie był aż nazbyt świadomy drugiego dna tej odpowiedzi; to właśnie dlatego odruchowo pospieszył z dodaniem drugiej części. - Za kilkanaście godzin wracam na dyżur, nie opłacało mi się wracać do Doliny, bo muszę wcześniej zmienić kolegę w pracy. Stwierdziłem, że zostanę w Londynie, wiesz. To całkiem wygodne - jak zupełny ćwok, kolejny raz wzruszył ramionami, po czym skorzystał z niewerbalnego zaproszenia, wchodząc do mieszkania.
Z trudem powstrzymał się przy tym przed zrobieniem czegoś, co we wnętrzu jego głowy było równocześnie bardzo głupie i zadziwiająco naturalne. Przeszedł po prostu przez próg, bezwiednie muskając przy tym palcami ramię Geraldine, gdy mijał się z nią w ciasnawym przejściu. Nie ścisnął jej jednak, by ją przywitać.
Dla większości ludzi uściskanie przyjaciółki na przywitanie nie stanowiłoby zresztą żadnego powodu do głębszej analizy myślowej. Po prostu zrobiliby to i już, przy okazji może muskając wargami jej policzek, bo to także nie należało do żadnych nietypowych gestów. Ot, normalka. Więc czemu tego nie zrobił? Bo za dużo myślał. I to nie były zbyt racjonalne myśli, nawet jeśli nie zamierzał tego mówić.
Teoretycznie nigdy nie należał do przesadnie wylewnych ludzi, raczej nie mając w zwyczaju samemu zbyt często inicjować fizycznego kontaktu, jednakże w tym wypadku już dawno zaczął godzić się z myślą, że nic nie było takie jak zwykle. Nie przy nich, nie z nimi. Nawet jeśli trudno byłoby powiedzieć, czy w ogóle mogli być jacyś oni. W końcu tylko się przyjaźnili, czyż nie?
Niby nie za bardzo przejmował się plotkującymi sąsiadkami, a jednak myśl o byciu na świeczniku pośrodku korytarza jego także nie napawała zbytnim entuzjazmem. Gdzieś tam pod skórą wiedział bowiem, że w żadnym wypadku nie chciałby usłyszeć na głos tego, co i tak już podejrzewał. Jego przyjaciółka nie była nim zainteresowana. Nie w ten konkretny sposób, jakiego mógłby pragnąć.
Czym innym było jednak duszenie się z tą świadomością w skrytości własnego umysłu, czym innym natomiast usłyszenie na własne uszy tego, jak Geraldine zaprzecza, jakoby cokolwiek mogło ich ze sobą łączyć. Tak, ten moment zapewne i tak miał nastąpić. Prędzej czy później ktoś musiał skomentować ich częste wizyty, siedzenie do późna lub też zostawanie na noc. To mogło wyglądać dosyć jednoznacznie. Przynajmniej dla kogoś, kto nie znał prawdziwej historii.
W rzeczywistości nie przekraczali granic. Mhm. No, dobrze. Nie robili niczego, co można byłoby uznać za nazbyt zdrożne, nawet jeśli ostatnio nieświadomie łapał się na czynieniu coraz głębszych dwuznaczności. Jednocześnie manewrował pomiędzy czymś, co można było uznać za zwykłe przywyknięcie do czyjejś obecności na tyle, aby naturalnie pokazywać temu komuś swoje bardziej osobiste strony. A może, być może, z bardzo dużym prawdopodobieństwem, praktycznie niezaprzeczalnie tym, że momentami uciekał się do zagrywek mających zbyt wiele drugiego dna, aby uznać je za zupełnie niewinne.
Tyle tylko, że najwyraźniej były takie wyłącznie w jego oczach. Miał bowiem nieodparte wrażenie, że sama Geraldine nie chciała widzieć w nich więcej niż tej przyjacielskiej strony, już niemalże siostrzanej bliskości. W innym wypadku...
...cóż. Ale nie było innego wypadku, nieprawdaż? Fakt, że już się kiedyś całowali. Że był cholernie blisko przekroczenia wtedy tamtej cienkiej granicy pomiędzy towarzyskim flirtem a sugestią spędzenia wspólnie nocy. Czy to, że w momencie, w którym ich relacje można było uznać za co najmniej napięte, zdecydowanie zbyt często myślał o zamknięciu jej ust i zamgleniu oczu rzucających w niego gromami. Ba, nawet ta nieco gorzka, odrobinę śmieszna świadomość, że od wielu tygodni nie zaciągnął nikogo do łóżka (ani w żadne inne miejsce, jeśli już miałby być dokładny), znów czując się jak nastolatek.
Nic z tego nie miało najmniejszego znaczenia w obliczu czystości ich przyjaźni. To jego myśli były brudne. Ich relacja teoretycznie powinna spełniać wszystkie kryteria doskonałości. Z nikim innym nie był bowiem w stanie tak szybko znaleźć wspólnych tematów, prowadzić tak lekkich rozmów, kończyć za siebie zdań, zgadywać myśli. Nikt inny nie był w stanie tak szybko znaleźć się na samym szczycie jego hierarchii.
A już z pewnością nikt inny nie wyglądał tego wieczoru tak ładnie. Jak miał się przy niej nie wygłupić? Wizja zaproszenia na ślub powinna przyjść mu całkiem naturalnie i sprawić mu całkiem dużo radości, jednak z sekundy na sekundę stawała się coraz trudniejsza do dźwignięcia. A przecież był człowiekiem, który nigdy się nie denerwował. Nie miewał tremy ani nie obawiał się mówić o własnych oczekiwaniach. To było skrajnie głupie, że teraz nagle właśnie to robił.
Co z tego, że nie miał wolnego w tak niewymuszony sposób, w jaki twierdził, że go ma? Co z tego, że w rzeczywistości starał się manewrować datami i dyżurami w taki sposób, aby widywać się przynajmniej kilka razy w tygodniu? Dopóki nie mówili o tym na głos, dopóty mógł udawać, że to po prostu zrządzenie losu. Ot, te wszystkie miesiące były dla nich akurat całkiem łaskawe i wygodne.
W przeciwieństwie do sytuacji, w jakiej się znaleźli, czyż nie? Przynajmniej z jego strony, nawet jeśli na widok dziewczyny, na ustach Greengrassa pojawił się całkiem szeroki, dosyć odruchowy uśmiech. Nieświadomie przeczesał włosy palcami, jednocześnie wzruszając ramionami.
- No hej. Uwierzysz, że po prostu byłem w okolicy? - Spytał, teoretycznie żartując, co było jasne, ale jednocześnie był aż nazbyt świadomy drugiego dna tej odpowiedzi; to właśnie dlatego odruchowo pospieszył z dodaniem drugiej części. - Za kilkanaście godzin wracam na dyżur, nie opłacało mi się wracać do Doliny, bo muszę wcześniej zmienić kolegę w pracy. Stwierdziłem, że zostanę w Londynie, wiesz. To całkiem wygodne - jak zupełny ćwok, kolejny raz wzruszył ramionami, po czym skorzystał z niewerbalnego zaproszenia, wchodząc do mieszkania.
Z trudem powstrzymał się przy tym przed zrobieniem czegoś, co we wnętrzu jego głowy było równocześnie bardzo głupie i zadziwiająco naturalne. Przeszedł po prostu przez próg, bezwiednie muskając przy tym palcami ramię Geraldine, gdy mijał się z nią w ciasnawym przejściu. Nie ścisnął jej jednak, by ją przywitać.
Dla większości ludzi uściskanie przyjaciółki na przywitanie nie stanowiłoby zresztą żadnego powodu do głębszej analizy myślowej. Po prostu zrobiliby to i już, przy okazji może muskając wargami jej policzek, bo to także nie należało do żadnych nietypowych gestów. Ot, normalka. Więc czemu tego nie zrobił? Bo za dużo myślał. I to nie były zbyt racjonalne myśli, nawet jeśli nie zamierzał tego mówić.
Teoretycznie nigdy nie należał do przesadnie wylewnych ludzi, raczej nie mając w zwyczaju samemu zbyt często inicjować fizycznego kontaktu, jednakże w tym wypadku już dawno zaczął godzić się z myślą, że nic nie było takie jak zwykle. Nie przy nich, nie z nimi. Nawet jeśli trudno byłoby powiedzieć, czy w ogóle mogli być jacyś oni. W końcu tylko się przyjaźnili, czyż nie?
Niby nie za bardzo przejmował się plotkującymi sąsiadkami, a jednak myśl o byciu na świeczniku pośrodku korytarza jego także nie napawała zbytnim entuzjazmem. Gdzieś tam pod skórą wiedział bowiem, że w żadnym wypadku nie chciałby usłyszeć na głos tego, co i tak już podejrzewał. Jego przyjaciółka nie była nim zainteresowana. Nie w ten konkretny sposób, jakiego mógłby pragnąć.
Czym innym było jednak duszenie się z tą świadomością w skrytości własnego umysłu, czym innym natomiast usłyszenie na własne uszy tego, jak Geraldine zaprzecza, jakoby cokolwiek mogło ich ze sobą łączyć. Tak, ten moment zapewne i tak miał nastąpić. Prędzej czy później ktoś musiał skomentować ich częste wizyty, siedzenie do późna lub też zostawanie na noc. To mogło wyglądać dosyć jednoznacznie. Przynajmniej dla kogoś, kto nie znał prawdziwej historii.
W rzeczywistości nie przekraczali granic. Mhm. No, dobrze. Nie robili niczego, co można byłoby uznać za nazbyt zdrożne, nawet jeśli ostatnio nieświadomie łapał się na czynieniu coraz głębszych dwuznaczności. Jednocześnie manewrował pomiędzy czymś, co można było uznać za zwykłe przywyknięcie do czyjejś obecności na tyle, aby naturalnie pokazywać temu komuś swoje bardziej osobiste strony. A może, być może, z bardzo dużym prawdopodobieństwem, praktycznie niezaprzeczalnie tym, że momentami uciekał się do zagrywek mających zbyt wiele drugiego dna, aby uznać je za zupełnie niewinne.
Tyle tylko, że najwyraźniej były takie wyłącznie w jego oczach. Miał bowiem nieodparte wrażenie, że sama Geraldine nie chciała widzieć w nich więcej niż tej przyjacielskiej strony, już niemalże siostrzanej bliskości. W innym wypadku...
...cóż. Ale nie było innego wypadku, nieprawdaż? Fakt, że już się kiedyś całowali. Że był cholernie blisko przekroczenia wtedy tamtej cienkiej granicy pomiędzy towarzyskim flirtem a sugestią spędzenia wspólnie nocy. Czy to, że w momencie, w którym ich relacje można było uznać za co najmniej napięte, zdecydowanie zbyt często myślał o zamknięciu jej ust i zamgleniu oczu rzucających w niego gromami. Ba, nawet ta nieco gorzka, odrobinę śmieszna świadomość, że od wielu tygodni nie zaciągnął nikogo do łóżka (ani w żadne inne miejsce, jeśli już miałby być dokładny), znów czując się jak nastolatek.
Nic z tego nie miało najmniejszego znaczenia w obliczu czystości ich przyjaźni. To jego myśli były brudne. Ich relacja teoretycznie powinna spełniać wszystkie kryteria doskonałości. Z nikim innym nie był bowiem w stanie tak szybko znaleźć wspólnych tematów, prowadzić tak lekkich rozmów, kończyć za siebie zdań, zgadywać myśli. Nikt inny nie był w stanie tak szybko znaleźć się na samym szczycie jego hierarchii.
A już z pewnością nikt inny nie wyglądał tego wieczoru tak ładnie. Jak miał się przy niej nie wygłupić? Wizja zaproszenia na ślub powinna przyjść mu całkiem naturalnie i sprawić mu całkiem dużo radości, jednak z sekundy na sekundę stawała się coraz trudniejsza do dźwignięcia. A przecież był człowiekiem, który nigdy się nie denerwował. Nie miewał tremy ani nie obawiał się mówić o własnych oczekiwaniach. To było skrajnie głupie, że teraz nagle właśnie to robił.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down