27.10.2025, 15:35 ✶
Zerknąłem na nią z tym moim dobrze wyćwiczonym półuśmiechem - takim, który zawsze działał na nauczycieli, dziewczyny i wszystkich, którzy dali się nabrać na mój rzekomy urok, ale nie na nią.
- O, widzę, że ktoś tu dziś wstał lewą nogą. - Powiedziałem spokojnie, wypowiadając słowa z rozleniwioną nonszalancją, jakbym miał na to wszystko nieograniczony czas i zero zmartwień. Przekrzywiłem głowę lekko, trzymając jej spojrzenie, bo przecież to była gra, nie zamierzałem pierwszy mrugnąć. Lubiłem to - ten moment, kiedy ktoś się wahał, bo nie wiedział, czy odpowiedzieć sarkazmem, czy rzucić we mnie czymś ciężkim.
- Nie martw się o mnie, kochanie, moje nazwisko poradzi sobie świetnie, nawet jeśli ja sam postanowię całe życie przesiedzieć w drogich, zagranicznych kawiarniach i udawać, że pracuję nad dyplomatycznymi stosunkami Ministerstwa z jakimś nudnym krajem. - Włożyłem ręce do kieszeni płaszcza, odchylając się lekko, żeby wyglądać na jeszcze bardziej wyluzowanego, niż byłem, bo prawda była taka, że każde jej słowo trafiało celniej, niż bym chciał - o tym, że „trzeba coś sobą reprezentować”, wiedziałem aż za dobrze, czułem to w gardle za każdym razem, gdy ojciec spoglądał na mnie z tym zimnym rozczarowaniem w oczach, ale nie mogłem dać jej tego zobaczyć.
- A ty? Wiesz, jaka jest różnica między nami? Ja przynajmniej nie udaję, że jestem kimś więcej, niż widać. Ty już dawno zaczęłaś grać swoją rolę, tylko jeszcze nie nauczyłaś się, jak dobrze wypadać na scenie. - Rzuciłem po chwili ciszy, z tym spokojem, który zawsze działał. Wiedziałem, że to podłe - dlatego powiedziałem to z pełną świadomością. - Jakie to… Rozczulające, naprawdę, wierzysz, że świat się zmieni, że nagle wszyscy staniemy się równi, talent i ciężka praca coś znaczą. Słodkie. Prawie chciałbym w to uwierzyć razem z tobą, ale wiesz… Niektórzy z nas już zrozumieli, jak działa gra. - Zacisnąłem palce w kieszeniach, żeby nie było widać, jak drżą, bo to wszystko, co mówiłem, nie było wyłącznie do niej. Mówiłem to do siebie - do tego chłopaka, którego życie nauczył uśmiechać się, kiedy powinien krzyczeć. - Świat się nie zmienia, Prudy. - Dodałem ciszej, tym razem prawie bez ironii. - On się tylko przebiera, elita zawsze znajdzie sposób, żeby ktoś taki jak ja siedział przy stole, a ktoś taki jak ty stał obok i tłumaczył, że to niesprawiedliwe, ale jeśli chcesz udowodnić, że potrafisz mnie zaskoczyć… - Uniosłem brew, pozwalając, by słowa zabrzmiały jak wyzwanie. - To proszę bardzo, zrób to, wypierdalaj wertować swoje woluminy, odwróć zasady gry. - Odchyliłem się w tył, znów przybierając pozę leniwego drania, który miał w nosie wszystko i wszystkich. - Tylko się nie zdziw, jeśli w końcu okaże się, że to jednak ja byłem twoją ulubioną stratą czasu. - . Rzuciłem z uśmiechem, który nie sięgał oczu. Nie, nie byłem - nie musiała mi tego ponownie sygnalizować.
- O, widzę, że ktoś tu dziś wstał lewą nogą. - Powiedziałem spokojnie, wypowiadając słowa z rozleniwioną nonszalancją, jakbym miał na to wszystko nieograniczony czas i zero zmartwień. Przekrzywiłem głowę lekko, trzymając jej spojrzenie, bo przecież to była gra, nie zamierzałem pierwszy mrugnąć. Lubiłem to - ten moment, kiedy ktoś się wahał, bo nie wiedział, czy odpowiedzieć sarkazmem, czy rzucić we mnie czymś ciężkim.
- Nie martw się o mnie, kochanie, moje nazwisko poradzi sobie świetnie, nawet jeśli ja sam postanowię całe życie przesiedzieć w drogich, zagranicznych kawiarniach i udawać, że pracuję nad dyplomatycznymi stosunkami Ministerstwa z jakimś nudnym krajem. - Włożyłem ręce do kieszeni płaszcza, odchylając się lekko, żeby wyglądać na jeszcze bardziej wyluzowanego, niż byłem, bo prawda była taka, że każde jej słowo trafiało celniej, niż bym chciał - o tym, że „trzeba coś sobą reprezentować”, wiedziałem aż za dobrze, czułem to w gardle za każdym razem, gdy ojciec spoglądał na mnie z tym zimnym rozczarowaniem w oczach, ale nie mogłem dać jej tego zobaczyć.
- A ty? Wiesz, jaka jest różnica między nami? Ja przynajmniej nie udaję, że jestem kimś więcej, niż widać. Ty już dawno zaczęłaś grać swoją rolę, tylko jeszcze nie nauczyłaś się, jak dobrze wypadać na scenie. - Rzuciłem po chwili ciszy, z tym spokojem, który zawsze działał. Wiedziałem, że to podłe - dlatego powiedziałem to z pełną świadomością. - Jakie to… Rozczulające, naprawdę, wierzysz, że świat się zmieni, że nagle wszyscy staniemy się równi, talent i ciężka praca coś znaczą. Słodkie. Prawie chciałbym w to uwierzyć razem z tobą, ale wiesz… Niektórzy z nas już zrozumieli, jak działa gra. - Zacisnąłem palce w kieszeniach, żeby nie było widać, jak drżą, bo to wszystko, co mówiłem, nie było wyłącznie do niej. Mówiłem to do siebie - do tego chłopaka, którego życie nauczył uśmiechać się, kiedy powinien krzyczeć. - Świat się nie zmienia, Prudy. - Dodałem ciszej, tym razem prawie bez ironii. - On się tylko przebiera, elita zawsze znajdzie sposób, żeby ktoś taki jak ja siedział przy stole, a ktoś taki jak ty stał obok i tłumaczył, że to niesprawiedliwe, ale jeśli chcesz udowodnić, że potrafisz mnie zaskoczyć… - Uniosłem brew, pozwalając, by słowa zabrzmiały jak wyzwanie. - To proszę bardzo, zrób to, wypierdalaj wertować swoje woluminy, odwróć zasady gry. - Odchyliłem się w tył, znów przybierając pozę leniwego drania, który miał w nosie wszystko i wszystkich. - Tylko się nie zdziw, jeśli w końcu okaże się, że to jednak ja byłem twoją ulubioną stratą czasu. - . Rzuciłem z uśmiechem, który nie sięgał oczu. Nie, nie byłem - nie musiała mi tego ponownie sygnalizować.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)