27.10.2025, 15:56 ✶
Zerwał się wiatr, nie silny, raczej taki, który tylko poruszał gałęziami i rozgarniał nienaturalnie długo wiszącą mgłę powoli snującą wśród drzew, ale wystarczający, żeby ściągnąć mi kaptur z głowy. Przez moment poczułem chłód na karku, tak znajomy, że aż mimowolnie się wzdrygnąłem - to był ten charakterystyczny ziąb wrześniowego popołudnia, nieprzyjemnie zimno-lepki, wilgotny, pachnący ziemią i dymem z odległych kominów.
Zerknąłem po raz kolejny na ścieżkę - nie zdziwiło mnie, że była nadal pusta, bo chociaż nigdy się nie umawialiśmy, kto dotrze pierwszy, z jakiegoś powodu wiedziałem, że to ja będę tym, który stanie tu samotnie i w milczeniu policzy minuty. Tak po prostu działało życie, gdy miało się naprawdę głęboką niechęć do jakiegoś miejsca, w którym, mimo wszystko, musiało się być. Czas w takich chwilach rozciągał się niemiłosiernie.
Przysiadłem na obalonym pniu, stukając palcem w kolano. Pamięć podsuwała mi obrazy, których wcale nie chciałem widzieć - stary dom na skraju miasteczka, po drugiej stronie otaczających je pól i lasów, zapach kurzu, echo rozmów z kuchni, dźwięk kroków, który nadal potrafiłem dopasować do każdej twarzy. Przeszłość nigdy nie przychodziła w całości - raczej w jej odłamkach, które wbijały się pod skórę, kiedy człowiek najmniej tego chciał. Zamrugałem, jakby to mogło przegonić te obrazy.
Kiedy wreszcie usłyszałem głosy, ulga była niemal fizyczna. Początkowo ledwie rozróżniałem dźwięki, echo rozmowy niesione przez wiatr, trzask gałązek pod butami, ale po chwili wśród nagich krzewów dostrzegłem sylwetki. Machnąłem ręką, prostym gestem, nie przesadnie entuzjastycznym.
- W końcu. - Powiedziałem, bardziej do siebie niż do nich, kiedy zbliżyli się na tyle, bym mógł dostrzec znajome twarze. - Macie wszystko, czego potszebujecie? - Zapytałem, wstając i poprawiając kołnierz płaszcza, który podwinął się na wietrze. - Bo jeśli tak, to luszajmy. Nie chcę, szeby zapadł zmlok, zanim dojdziemy. - Niby jeszcze mieliśmy czas, ale kto wie, co miało nas zastać po drodze, albo na miejscu. - No to co? Idziemy? - Powiedziałem cicho, wbijając wzrok w ciemniejące wejście między drzewami. Nie to, którym mieliśmy podążyć, tylko to drugie. Las Wisielców, który mieliśmy minąć bokiem, milczał, ale to milczenie miało w sobie jakąś czujność, jakby samo miejsce przysłuchiwało się naszym słowom.
Zerknąłem po raz kolejny na ścieżkę - nie zdziwiło mnie, że była nadal pusta, bo chociaż nigdy się nie umawialiśmy, kto dotrze pierwszy, z jakiegoś powodu wiedziałem, że to ja będę tym, który stanie tu samotnie i w milczeniu policzy minuty. Tak po prostu działało życie, gdy miało się naprawdę głęboką niechęć do jakiegoś miejsca, w którym, mimo wszystko, musiało się być. Czas w takich chwilach rozciągał się niemiłosiernie.
Przysiadłem na obalonym pniu, stukając palcem w kolano. Pamięć podsuwała mi obrazy, których wcale nie chciałem widzieć - stary dom na skraju miasteczka, po drugiej stronie otaczających je pól i lasów, zapach kurzu, echo rozmów z kuchni, dźwięk kroków, który nadal potrafiłem dopasować do każdej twarzy. Przeszłość nigdy nie przychodziła w całości - raczej w jej odłamkach, które wbijały się pod skórę, kiedy człowiek najmniej tego chciał. Zamrugałem, jakby to mogło przegonić te obrazy.
Kiedy wreszcie usłyszałem głosy, ulga była niemal fizyczna. Początkowo ledwie rozróżniałem dźwięki, echo rozmowy niesione przez wiatr, trzask gałązek pod butami, ale po chwili wśród nagich krzewów dostrzegłem sylwetki. Machnąłem ręką, prostym gestem, nie przesadnie entuzjastycznym.
- W końcu. - Powiedziałem, bardziej do siebie niż do nich, kiedy zbliżyli się na tyle, bym mógł dostrzec znajome twarze. - Macie wszystko, czego potszebujecie? - Zapytałem, wstając i poprawiając kołnierz płaszcza, który podwinął się na wietrze. - Bo jeśli tak, to luszajmy. Nie chcę, szeby zapadł zmlok, zanim dojdziemy. - Niby jeszcze mieliśmy czas, ale kto wie, co miało nas zastać po drodze, albo na miejscu. - No to co? Idziemy? - Powiedziałem cicho, wbijając wzrok w ciemniejące wejście między drzewami. Nie to, którym mieliśmy podążyć, tylko to drugie. Las Wisielców, który mieliśmy minąć bokiem, milczał, ale to milczenie miało w sobie jakąś czujność, jakby samo miejsce przysłuchiwało się naszym słowom.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)