27.10.2025, 21:02 ✶
Strata domu liczyła się z…
Cóż, z wieloma rzeczami.
Ale nie było to coś, na co ktokolwiek mógłby się przygotować. Nie spędzała w końcu losowego czwartku, siedząc przy stole w jadalni i przeglądając dziennik z adresami różnych przyjaciół, aby potem przepisać ich na listę zatytułowaną wdzięcznie: W razie gdyby dom spłonął. Nikt normalny nie myślał o takich rzeczach.
Chociaż w chwili porządkowania zastępczego biurka w zastępczej sypialni miała ochotę biczować siebie z przeszłości. Dlaczego o tym nie pomyślała? Dlaczego, nawet w ramach żartu, nie chciało się jej zamówić dodatkowych materiałów u stolarza albo uznać nagle, że powinna zrobić remont? Może wysłałaby wtedy meble do renowacji i dzięki temu siedziałyby teraz zamknięte bezpiecznie w jakimś magazynie. Dlaczego nie zachciało się jej uporządkować pamiątek rodzinnych? Dlaczego nie zawiozła większej ilości do antykwariatu? Teraz przynajmniej nie musiałaby deptać rozbitego szkła z licznych ramek w poszukiwaniu zdjęć, które przeżyły pożar.
Przesunęła pióro tak, aby leżało symetrycznie w stosunku do obitego skórą dzienniczka. Nie należało się tym teraz przejmować. Przynajmniej nie tego wieczoru. Powtarzała sobie w końcu, że dzisiaj spróbuje odpocząć. Nie była jednak pewna czy wręcz sterylne wnętrze apartamentu Anthony’ego jej w tym pomoże, choć… Widziała już powoli owoce pracy Jolene, która systematycznie wprowadzała więcej ciepła do suchego, modernistycznego mieszkania Shafiqa. Kochała chłopaka, ale żeby wybierać taki dywan do przedpokoju? I białe kafelki do łazienki? Ona sama skułaby wszystko (może i własnoręcznie, a wszyscy, którzy ją znają, tylko potwierdziliby tę wersję) i zamiast tego wstawiłaby tam różnokolorowe płytki. Do tego boazerię na modłę pseudo-barokową przy lustrze i zdobioną fasetę przy suficie. No, może jeszcze przy okazji jakiś świecznik?
— Okropne? — powtórzyła po przyjaciółce, parskając śmiechem. — To mało powiedziane! To była taka lura… Ale wtedy myślało się, że alkohol ma tak smakować, więc nic dziwnego, że piłyśmy wszystko do końca. Merlinie…
Powachlowała się wolną dłonią po spąsowiałej twarzy.
Siedziały w tej kuchni już chyba kilka godzin. A przynajmniej od momentu, jak weszła tam Tessa, bo pani Bletchey zdecydowanie okupowała serce mieszkania już od dłuższej chwili. Zdążyły w tym czasie zrobić i zjeść obiad, otworzyć do niego butelkę białego wina — przygotowanie mintaja w białym sosie zobowiązywało do użycia takiego, a nie innego koloru — z, oczywiście, uprzednim odsunięciem świec i całego pierdolnika lekko na bok. Potem znowu wróciły do pracy i tak jakoś złożyło się, że otworzyły kolejną butelkę.
Na blacie, zaraz obok forem z stygnącym woskiem, stała mała deska z pokrojonymi serami i papierowe zawiniątka z wędliną, której jakoś nie za bardzo chciało im się rozkładać na talerze.
Cieszyła się, że choć okoliczności nie były ani trochę przyjemne, to razem z Jo i tak jakoś na tym skorzystały. Nie pamiętała kiedy ostatnio spędzała z nią tak dużo czasu — obie były strasznie zarobione, a jak już człowiek zdążył się zbić, to tylko w przerwie na kawę.
A teraz, kiedy zarówno Tessa, jak i wszyscy Bletchey’owie przesiadywali na stancji u ich cudownego gospodarza, obie kobiety miały coś w rodzaju nieustannego nocowania. Jednej z pierwszych nocy czarownice zgodnie wyrzuciły Juliána z łóżka, które zajmowali razem z Jo, aby mogły razem posiedzieć i porozmawiać. Mąż wylądował gdzie indziej, ale tym to już się nie przejmowały, bo pokojów było na tyle, że na pewno coś sobie znalazł. One za to przesiadywały do późnej nocy, przytulając butelkę wina i kolejno podając ją sobie — w końcu komu by chciało się iść po kieliszki? Poza tym, to i tak oznaczało tylko i wyłącznie więcej naczyń do mycia. Nie chciały też budzić Anthony’ego.
Na którego Tessa zwróciła teraz wzrok.
Parsknęła do kieliszka, a potem zaraz zaśmiała się na widok jego zbolałej miny.
— Kochany, dzień dobry! — zawołała do niego, łapiąc się za policzek, a potem machnęła lekko przegubem, mieszając wino w krysztale. — Jak w pracy? Dużo śmiesznych dokumentów do wypełnienia? Może zjesz coś? Obiad, przekąskę? A może jednak wina?
Zrobiła krok w jego stronę, ale tak, jak wcześniej opierała się biodrem o wyspę kuchenną, tak teraz poczuła, że jej błędnikowi to się zdecydowanie nie podobało. Co to było za wino, cholera jasna? Szło prosto do głowy…
Odłożyła zatem kieliszek i zbliżyła się do Jo, aby objąć ją dłonią w pasie i oprzeć brodę o jej ramię. Uśmiechnęła się do czarodzieja, zamrugała powoli. A potem wyciągnęła rękę w bok i zgarnęła kawałek serca.
— Wyglądasz na zmęczonego — zauważyła tylko.
Cóż, z wieloma rzeczami.
Ale nie było to coś, na co ktokolwiek mógłby się przygotować. Nie spędzała w końcu losowego czwartku, siedząc przy stole w jadalni i przeglądając dziennik z adresami różnych przyjaciół, aby potem przepisać ich na listę zatytułowaną wdzięcznie: W razie gdyby dom spłonął. Nikt normalny nie myślał o takich rzeczach.
Chociaż w chwili porządkowania zastępczego biurka w zastępczej sypialni miała ochotę biczować siebie z przeszłości. Dlaczego o tym nie pomyślała? Dlaczego, nawet w ramach żartu, nie chciało się jej zamówić dodatkowych materiałów u stolarza albo uznać nagle, że powinna zrobić remont? Może wysłałaby wtedy meble do renowacji i dzięki temu siedziałyby teraz zamknięte bezpiecznie w jakimś magazynie. Dlaczego nie zachciało się jej uporządkować pamiątek rodzinnych? Dlaczego nie zawiozła większej ilości do antykwariatu? Teraz przynajmniej nie musiałaby deptać rozbitego szkła z licznych ramek w poszukiwaniu zdjęć, które przeżyły pożar.
Przesunęła pióro tak, aby leżało symetrycznie w stosunku do obitego skórą dzienniczka. Nie należało się tym teraz przejmować. Przynajmniej nie tego wieczoru. Powtarzała sobie w końcu, że dzisiaj spróbuje odpocząć. Nie była jednak pewna czy wręcz sterylne wnętrze apartamentu Anthony’ego jej w tym pomoże, choć… Widziała już powoli owoce pracy Jolene, która systematycznie wprowadzała więcej ciepła do suchego, modernistycznego mieszkania Shafiqa. Kochała chłopaka, ale żeby wybierać taki dywan do przedpokoju? I białe kafelki do łazienki? Ona sama skułaby wszystko (może i własnoręcznie, a wszyscy, którzy ją znają, tylko potwierdziliby tę wersję) i zamiast tego wstawiłaby tam różnokolorowe płytki. Do tego boazerię na modłę pseudo-barokową przy lustrze i zdobioną fasetę przy suficie. No, może jeszcze przy okazji jakiś świecznik?
— Okropne? — powtórzyła po przyjaciółce, parskając śmiechem. — To mało powiedziane! To była taka lura… Ale wtedy myślało się, że alkohol ma tak smakować, więc nic dziwnego, że piłyśmy wszystko do końca. Merlinie…
Powachlowała się wolną dłonią po spąsowiałej twarzy.
Siedziały w tej kuchni już chyba kilka godzin. A przynajmniej od momentu, jak weszła tam Tessa, bo pani Bletchey zdecydowanie okupowała serce mieszkania już od dłuższej chwili. Zdążyły w tym czasie zrobić i zjeść obiad, otworzyć do niego butelkę białego wina — przygotowanie mintaja w białym sosie zobowiązywało do użycia takiego, a nie innego koloru — z, oczywiście, uprzednim odsunięciem świec i całego pierdolnika lekko na bok. Potem znowu wróciły do pracy i tak jakoś złożyło się, że otworzyły kolejną butelkę.
Na blacie, zaraz obok forem z stygnącym woskiem, stała mała deska z pokrojonymi serami i papierowe zawiniątka z wędliną, której jakoś nie za bardzo chciało im się rozkładać na talerze.
Cieszyła się, że choć okoliczności nie były ani trochę przyjemne, to razem z Jo i tak jakoś na tym skorzystały. Nie pamiętała kiedy ostatnio spędzała z nią tak dużo czasu — obie były strasznie zarobione, a jak już człowiek zdążył się zbić, to tylko w przerwie na kawę.
A teraz, kiedy zarówno Tessa, jak i wszyscy Bletchey’owie przesiadywali na stancji u ich cudownego gospodarza, obie kobiety miały coś w rodzaju nieustannego nocowania. Jednej z pierwszych nocy czarownice zgodnie wyrzuciły Juliána z łóżka, które zajmowali razem z Jo, aby mogły razem posiedzieć i porozmawiać. Mąż wylądował gdzie indziej, ale tym to już się nie przejmowały, bo pokojów było na tyle, że na pewno coś sobie znalazł. One za to przesiadywały do późnej nocy, przytulając butelkę wina i kolejno podając ją sobie — w końcu komu by chciało się iść po kieliszki? Poza tym, to i tak oznaczało tylko i wyłącznie więcej naczyń do mycia. Nie chciały też budzić Anthony’ego.
Na którego Tessa zwróciła teraz wzrok.
Parsknęła do kieliszka, a potem zaraz zaśmiała się na widok jego zbolałej miny.
— Kochany, dzień dobry! — zawołała do niego, łapiąc się za policzek, a potem machnęła lekko przegubem, mieszając wino w krysztale. — Jak w pracy? Dużo śmiesznych dokumentów do wypełnienia? Może zjesz coś? Obiad, przekąskę? A może jednak wina?
Zrobiła krok w jego stronę, ale tak, jak wcześniej opierała się biodrem o wyspę kuchenną, tak teraz poczuła, że jej błędnikowi to się zdecydowanie nie podobało. Co to było za wino, cholera jasna? Szło prosto do głowy…
Odłożyła zatem kieliszek i zbliżyła się do Jo, aby objąć ją dłonią w pasie i oprzeć brodę o jej ramię. Uśmiechnęła się do czarodzieja, zamrugała powoli. A potem wyciągnęła rękę w bok i zgarnęła kawałek serca.
— Wyglądasz na zmęczonego — zauważyła tylko.
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you