22.02.2023, 16:58 ✶
Rzeczywiście Wilhelm trafił na godzinę, podczas której nie dość, że w Maeve znajdowało się mniej odwiedzających, to jeszcze pracowników przydzielano wtedy odpowiednią ilość, by nikt nie błąkał się bezużytecznie pomiędzy regałami. Większość czarodziejów zaglądała tu w godzinach popołudniowych, gdy kończyli pracę w ministerstwie lub na Pokątnej. Bywały dni, że bibliotekę pozostawiano otwartą do późnych godzin wieczornych.
Nieprawdą by było przyznanie, że Rhea nie zwracała uwagi na wygląd, gdy sama wyróżniała się na tle innych. Nawet jeśli starała się tego nie robić, tak ten mężczyzna przykuwał spojrzenie nie tylko doborem kolorów w swoim ubiorze, ale również przez bliznę na policzku, która rzucała się w oczy, gdy tylko zdołało się oderwać wzrok od jasnego kapelusza. Nie chciała się nieuprzejmie gapić, więc starała się utrzymać spojrzenie przybysza.
Instynktownie, niewiele nad tym myśląc, bo starała się skoncentrować na tym, by się nie gapić, wykonała gest dłońmi będący odpowiedzią na przywitanie. Zaraz jednak speszona opuściła ręce, uświadomiwszy sobie, że przecież pierwsza-lepsza osoba z ulicy nie będzie z pewnością komunikować się w języku migowym. Będącym zresztą mugolskim wynalazkiem, co wielu czarodziejów odstraszało. Rhea ignorowała ten fakt do momentu, do którego ułatwiało jej to komunikację z własną rodziną.
Nie spodziewała się, że książka, którą jej podał, pochodziła z XII-wiecznych Indii. Ludzie przychodzili tu z najróżniejszymi odkryciami, niekiedy nawet starszymi, ale trzymali się raczej europejskich rejonów. Tym samym kończyło się na tysięcznym traktacie w antycznej grece lub łacinie, często pisanym przez laika uczącego się tych języków przy jakimś średniowiecznym klasztorze. Przez to też odczyt stawał się utrudniony, nie mówiąc już o braku zachowania rytmiki w przypadku poezji. Łacina po upadku Cesarstwa Zachodniorzymskiego stała się, krótko mówiąc… brzydsza.
Przyjrzała się tekstowi, kalkulując w głowie, czego będzie potrzebował ten mężczyzna, by odczytać manuskrypty. Sprawa wyglądała zupełnie inaczej w przypadku osoby zupełnie nie orientującej się w temacie, a jeszcze inaczej, gdy ktoś posiadał pojęcie, z czym będzie miał do czynienia. Sięgnęła po różdżkę znajdującą się w kieszeni roboczej szaty i stanęła bokiem do mężczyzny, tak by widział dokładnie tekst, który zaczęła kreślić w powietrzu. Złote litery pojawiały się, układając w zdanie: Czy zna pan dewanagari?, by za chwilę rozpłynąć, pozostawiając po sobie jedynie skrzące iskierki przypominające drobiny kurzu. I te po paru sekundach całkowicie wyparowały.
Jeśli zamierzał przetłumaczyć to samodzielnie, musiała wiedzieć. O wiele łatwiej korzystało się ze słownika, znając wszystkie znaki. W przypadku rozpoczęcia od zera, zalecałaby raczej najpierw wkucie całego systemu znakowego.
Nieprawdą by było przyznanie, że Rhea nie zwracała uwagi na wygląd, gdy sama wyróżniała się na tle innych. Nawet jeśli starała się tego nie robić, tak ten mężczyzna przykuwał spojrzenie nie tylko doborem kolorów w swoim ubiorze, ale również przez bliznę na policzku, która rzucała się w oczy, gdy tylko zdołało się oderwać wzrok od jasnego kapelusza. Nie chciała się nieuprzejmie gapić, więc starała się utrzymać spojrzenie przybysza.
Instynktownie, niewiele nad tym myśląc, bo starała się skoncentrować na tym, by się nie gapić, wykonała gest dłońmi będący odpowiedzią na przywitanie. Zaraz jednak speszona opuściła ręce, uświadomiwszy sobie, że przecież pierwsza-lepsza osoba z ulicy nie będzie z pewnością komunikować się w języku migowym. Będącym zresztą mugolskim wynalazkiem, co wielu czarodziejów odstraszało. Rhea ignorowała ten fakt do momentu, do którego ułatwiało jej to komunikację z własną rodziną.
Nie spodziewała się, że książka, którą jej podał, pochodziła z XII-wiecznych Indii. Ludzie przychodzili tu z najróżniejszymi odkryciami, niekiedy nawet starszymi, ale trzymali się raczej europejskich rejonów. Tym samym kończyło się na tysięcznym traktacie w antycznej grece lub łacinie, często pisanym przez laika uczącego się tych języków przy jakimś średniowiecznym klasztorze. Przez to też odczyt stawał się utrudniony, nie mówiąc już o braku zachowania rytmiki w przypadku poezji. Łacina po upadku Cesarstwa Zachodniorzymskiego stała się, krótko mówiąc… brzydsza.
Przyjrzała się tekstowi, kalkulując w głowie, czego będzie potrzebował ten mężczyzna, by odczytać manuskrypty. Sprawa wyglądała zupełnie inaczej w przypadku osoby zupełnie nie orientującej się w temacie, a jeszcze inaczej, gdy ktoś posiadał pojęcie, z czym będzie miał do czynienia. Sięgnęła po różdżkę znajdującą się w kieszeni roboczej szaty i stanęła bokiem do mężczyzny, tak by widział dokładnie tekst, który zaczęła kreślić w powietrzu. Złote litery pojawiały się, układając w zdanie: Czy zna pan dewanagari?, by za chwilę rozpłynąć, pozostawiając po sobie jedynie skrzące iskierki przypominające drobiny kurzu. I te po paru sekundach całkowicie wyparowały.
Jeśli zamierzał przetłumaczyć to samodzielnie, musiała wiedzieć. O wiele łatwiej korzystało się ze słownika, znając wszystkie znaki. W przypadku rozpoczęcia od zera, zalecałaby raczej najpierw wkucie całego systemu znakowego.