27.10.2025, 22:34 ✶
Oboje zgodzili się ze mną, że musieliśmy iść, więc nie zwlekaliśmy bez potrzeby.
- No, to luszajmy. - Powiedziałem cicho, pozwalając im minąć mnie i wejść przodem między drzewa. Ambroise ruszył pierwszy, jego sylwetka szybko wtopiła się w szarozielony cień, następnie ja przepuściłem Geraldine, gestem dłoni dając jej do zrozumienia, by szła przede mną, bo w takim wypadku zdecydowanie wolałem zamykać pochód. Przez chwilę szliśmy w milczeniu, słychać było tylko szuranie butów po liściach i stłumione echo naszych oddechów.
Z każdym krokiem zapach wilgotnej ziemi gęstniał, powietrze stawało się chłodniejsze, wierzby i dęby pochylały się coraz bliżej, jakby próbowały nas zatrzymać, zanim zrobimy coś głupiego. Nasza trasa wiła się między nimi, cicha i wąska, a z oddali majaczyła ciemna bryła dworku, ledwie widoczna przez gęstniejącą mgłę.
- Wiecie. - Odezwałem się w końcu, żeby przerwać to gęste milczenie, które ciągnęło się między nami niczym pajęczyna, jaką chwilę wcześniej zdjąłem z twarzy. - Znam oficjalną welsję tej histolii. Tę, któlą powtaszzają w miasteczku, o klątwie, duchach, szekomym właścicielu, któly nie potrafił umsześ, jak naleszy. - Zatrzymałem wzrok na sylwetkach idących przede mną. - Ale takie welsje nigdy nie mówią o tym, co naplawdę się tam wydaszyło. - Oparłem dłoń o pień mijanego drzewa, żeby przeskoczyć nad zwalonym konarem. - Więc? Jak to właściwie wyglądało tam dla was tam, w ślodku? - Nie było to pytanie wścibskie, raczej coś w rodzaju próby niezbyt delikatnego dotknięcia tematu, który wisiał w powietrzu od chwili, gdy zgodziliśmy się na to wyjście. Wiedziałem, że oboje już tu byli, ale niewiele więcej. Nie oczekiwałem natychmiastowej odpowiedzi. W takich sprawach nikt nie mówił od razu. Las wokół nas zdawał się gęstnieć, jakby sam słuchał, ścieżka zwężała się z każdym krokiem, gałęzie drapały materiał rękawów, a powietrze gęstniało, jakby im dalej od pola, tym bardziej las chciał nas zatrzymać.
- No, to luszajmy. - Powiedziałem cicho, pozwalając im minąć mnie i wejść przodem między drzewa. Ambroise ruszył pierwszy, jego sylwetka szybko wtopiła się w szarozielony cień, następnie ja przepuściłem Geraldine, gestem dłoni dając jej do zrozumienia, by szła przede mną, bo w takim wypadku zdecydowanie wolałem zamykać pochód. Przez chwilę szliśmy w milczeniu, słychać było tylko szuranie butów po liściach i stłumione echo naszych oddechów.
Z każdym krokiem zapach wilgotnej ziemi gęstniał, powietrze stawało się chłodniejsze, wierzby i dęby pochylały się coraz bliżej, jakby próbowały nas zatrzymać, zanim zrobimy coś głupiego. Nasza trasa wiła się między nimi, cicha i wąska, a z oddali majaczyła ciemna bryła dworku, ledwie widoczna przez gęstniejącą mgłę.
- Wiecie. - Odezwałem się w końcu, żeby przerwać to gęste milczenie, które ciągnęło się między nami niczym pajęczyna, jaką chwilę wcześniej zdjąłem z twarzy. - Znam oficjalną welsję tej histolii. Tę, któlą powtaszzają w miasteczku, o klątwie, duchach, szekomym właścicielu, któly nie potrafił umsześ, jak naleszy. - Zatrzymałem wzrok na sylwetkach idących przede mną. - Ale takie welsje nigdy nie mówią o tym, co naplawdę się tam wydaszyło. - Oparłem dłoń o pień mijanego drzewa, żeby przeskoczyć nad zwalonym konarem. - Więc? Jak to właściwie wyglądało tam dla was tam, w ślodku? - Nie było to pytanie wścibskie, raczej coś w rodzaju próby niezbyt delikatnego dotknięcia tematu, który wisiał w powietrzu od chwili, gdy zgodziliśmy się na to wyjście. Wiedziałem, że oboje już tu byli, ale niewiele więcej. Nie oczekiwałem natychmiastowej odpowiedzi. W takich sprawach nikt nie mówił od razu. Las wokół nas zdawał się gęstnieć, jakby sam słuchał, ścieżka zwężała się z każdym krokiem, gałęzie drapały materiał rękawów, a powietrze gęstniało, jakby im dalej od pola, tym bardziej las chciał nas zatrzymać.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)