27.10.2025, 22:52 ✶
– Wizję? – powtórzyła Brenna z zastanowieniem. – Sądzisz, że to mogło być jakoś związane z… no… duchami? – spytała, ciszej, nachylając się lekko ku Victorii.
To była jej pierwsza myśl. Słyszała wprawdzie kiedyś śpiew selkie z ust Laurenta, ale nie wiedziała o tym dziedzictwie dostatecznie wiele, aby przyszło jej do głowy, że mogło wywoływać efekty podobne do widmowidzenia, a z tego co się orientowała, Prewett nie posiadał Trzeciego Oka, za to był bardzo podatny na kontakty z drugą stroną.
– Wiesz co… – zawahała się na moment, gdy Victoria spytała, czy działo się coś jeszcze. Fiolka rozpłynęła się na rękach Dory, Brenna nie była więc całkiem pewna, co czuła: zapach róż zwalała odruchowo na rosnące w pobliżu czarne róże, było jednak coś jeszcze. – Nie jestem pewna czy to nie po prostu moja paranoja, ale kiedy zawartość się wylała, przez moment zdawało mi się, że czułam popiół.
A zapach sadzy i popiołu nie był dobrym znakiem w świecie czarodziejów, jeśli akurat nie wskakiwałeś do kominka z garścią proszku Fiuu lub nie organizowałeś ogniska z pieczeniem ziemniaczków. Tyle że naprawdę nie była pewna, czy nie zawiódł ją nos. To znaczy, na początku nie była pewna, gdy jeszcze brała pod uwagę, że to mógł być po prostu jakiś eliksir – nawóz albo coś takiego, teraz zaczynała coraz bardziej utwierdzać się w przekonaniu, że jednak coś w tym było.
– Eliksiry w ogóle mogą być czarnomagiczne? – szepnęła, odruchowo znów zniżając głos, bo same rozmowy o fiolkach czy ogrodach nie były jeszcze nadzwyczajne nawet wśród mugoli, ot ktoś uzna je za trochę walnięte, ale już o czarnej magii wolała nie gadać nawet kiedy raczej nikt ich nie podsłuchiwał. – Na pewno trafiłabym tam z powrotem, mogę też spróbować opisać drogę.
Chociaż było to trochę wymagające, bo co innego skręcić w alejkę, w którą wcześniej się skręciło, a co innego opisywać, że to była trzecia od lewej, ale uznała, że powinna być w stanie mniej więcej opisać, jak wyglądało tamto miejsce.
Nie zdążyła jednak uzupełnić historii na temat fiolki i lokacji, w jakiej ją znaleziono, bo z lokalu ruszył ku nim jakiś Azjata. Brwi Brenny powędrowały do góry, a potem uśmiechnęła się z pewnym rozbawieniem, myśląc, że chyba te tatuaże i namawianie do nich to ostatni krzyk mody – Vincent w końcu w ten sposób skończył ze smokiem…
– Nie trza umawiać! Klienta nie ma. Mam dla pani piękne wzora. Róża będzie bardzo pasowała – zaczął zapewniać mężczyzna, zachęcająco otwierając przed Victorią drzwi do, najwyraźniej, salonu tatuażu.
To była jej pierwsza myśl. Słyszała wprawdzie kiedyś śpiew selkie z ust Laurenta, ale nie wiedziała o tym dziedzictwie dostatecznie wiele, aby przyszło jej do głowy, że mogło wywoływać efekty podobne do widmowidzenia, a z tego co się orientowała, Prewett nie posiadał Trzeciego Oka, za to był bardzo podatny na kontakty z drugą stroną.
– Wiesz co… – zawahała się na moment, gdy Victoria spytała, czy działo się coś jeszcze. Fiolka rozpłynęła się na rękach Dory, Brenna nie była więc całkiem pewna, co czuła: zapach róż zwalała odruchowo na rosnące w pobliżu czarne róże, było jednak coś jeszcze. – Nie jestem pewna czy to nie po prostu moja paranoja, ale kiedy zawartość się wylała, przez moment zdawało mi się, że czułam popiół.
A zapach sadzy i popiołu nie był dobrym znakiem w świecie czarodziejów, jeśli akurat nie wskakiwałeś do kominka z garścią proszku Fiuu lub nie organizowałeś ogniska z pieczeniem ziemniaczków. Tyle że naprawdę nie była pewna, czy nie zawiódł ją nos. To znaczy, na początku nie była pewna, gdy jeszcze brała pod uwagę, że to mógł być po prostu jakiś eliksir – nawóz albo coś takiego, teraz zaczynała coraz bardziej utwierdzać się w przekonaniu, że jednak coś w tym było.
– Eliksiry w ogóle mogą być czarnomagiczne? – szepnęła, odruchowo znów zniżając głos, bo same rozmowy o fiolkach czy ogrodach nie były jeszcze nadzwyczajne nawet wśród mugoli, ot ktoś uzna je za trochę walnięte, ale już o czarnej magii wolała nie gadać nawet kiedy raczej nikt ich nie podsłuchiwał. – Na pewno trafiłabym tam z powrotem, mogę też spróbować opisać drogę.
Chociaż było to trochę wymagające, bo co innego skręcić w alejkę, w którą wcześniej się skręciło, a co innego opisywać, że to była trzecia od lewej, ale uznała, że powinna być w stanie mniej więcej opisać, jak wyglądało tamto miejsce.
Nie zdążyła jednak uzupełnić historii na temat fiolki i lokacji, w jakiej ją znaleziono, bo z lokalu ruszył ku nim jakiś Azjata. Brwi Brenny powędrowały do góry, a potem uśmiechnęła się z pewnym rozbawieniem, myśląc, że chyba te tatuaże i namawianie do nich to ostatni krzyk mody – Vincent w końcu w ten sposób skończył ze smokiem…
– Nie trza umawiać! Klienta nie ma. Mam dla pani piękne wzora. Róża będzie bardzo pasowała – zaczął zapewniać mężczyzna, zachęcająco otwierając przed Victorią drzwi do, najwyraźniej, salonu tatuażu.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.