27.10.2025, 23:50 ✶
Miała rację, oczywiście, że miała, z pewnością podchodziła do czerni z należytym szacunkiem, ale nie zamierzałem jej tego przyznać wprost. Lubiłem słuchać, kiedy mówiła, nawet jeśli czasem brzmiało to jak niekończący się strumień myśli, który tylko ona potrafiła zrozumieć - w jej głosie było coś uspokajającego, coś, co sprawiało, że świat na moment zwalniał.
- Okej. - Zaśmiałem się cicho, tym razem już bez cienia napięcia, które jeszcze przed chwilą trzymało się między nami, lubiłem, kiedy mówiła w ten sposób - trochę z przekąsem, trochę z tym typowym, chłodnym spokojem. Zatrzymałem na niej wzrok na sekundę dłużej, niż powinienem. Wiedziałem, że to tylko pozory, że w środku mieliśmy podobny bałagan, tylko każde z nas radziło sobie z nim inaczej. Najważniejsze, że nasze wspólne rozmowy przestały być walką o rację, a zaczęły przypominać coś… Normalnego, może nawet aż za bardzo - coś, co mógłbym nazwać stabilnością, bliskością, chociaż nigdy bym się do tego nie przyznał, bo przecież to nie miało racji bytu na dłuższą metę. Wtedy, kiedy byliśmy młodsi, każde z nas miało zbyt dużo dumy, za dużo pewności, że znało wszystkie odpowiedzi. Teraz mieliśmy tylko pytania, na które nikt nie chciał odpowiadać.
- Ten wąs byłby zblodnią pszeciwko ludzkości, ale skolo plan uznajesz za dobly, to oui, mosze kiedyś go wyplóbuję. Odparłem spokojnie, z półuśmiechem, ale bardziej szczerym, niż ten który od lat służył mi do maskowania wszystkiego - rozbawienia, znużenia, czasem, ten teraz miał w sobie odrobinę czegoś bardziej swobodnego i niewymuszonego. Nie minęło nawet kilka sekund, a już czułem, jak atmosfera wokół nas nieco łagodnieje. Ten ciężar sprzed chwili, napięcie, które wisiało między nami od momentu, gdy wypowiedziała tamte nieszczęsne słowa, zaczynało się rozmywać, powoli, tak jak dym papierosowy rozpraszał się w rześkim, górskim powietrzu..
- Pszyznaję, czekanie mi się opłaciło. - Powiedziałem z lekkim uśmiechem. - Chociasz mosze, gdybyś wtedy wiedziała, sze skończy się tak, jak telas, byłabyś dla mnie łaskawsza… - Zasugerowałem, moment później sobie przecząc. - Pewnie nie, zawsze miałaś wobec mnie szczególne zasady. - Stwierdziłem, wzruszając ramionami. Nie chciałem już rozmawiać o przeszłości, o tym, co się wydarzy, o granicach, których i tak nie mieliśmy odwagi jasno wyznaczyć.
Uśmiechnąłem się pod nosem, czując, jak jej dłoń wsunęła się pod moją. Ten gest był naturalny, spokojny, a jednak niósł w sobie coś, co potrafiło na chwilę przyspieszyć puls. Ciepło jej skóry, delikatny ucisk palców w tej prostocie było wiele z bliskości, której wcale nie musieliśmy definiować.
- Myślę, sze dałbym sobie ladę. - Odpowiedziałem z lekkim uśmiechem, zerkając na nią kątem oka. - Nie zapominaj, sze i ja potlafię mówiś bez końca. - Rzuciłem jej krótkie spojrzenie z ukosa, uważnie, z lekkim błyskiem w oczach. - Nie wiem, czy pamiętasz, ale swego czasu mówiono mi, sze jestem nieznośnie gadatliwy. - Dodałem po chwili, zerkając na nią z ukosa, była w tym nuta autoironii, może nawet odrobina prowokacji. Lubiłem słuchać, jak mówi, jak się rozkręca, przechodzi od chłodnych obserwacji do tych małych emocjonalnych iskier. Wiedziałem, że pamiętała - naszą młodość, nasze utarczki, wszystkie te momenty, gdy mieliśmy ochotę nawzajem się udusić. Zatrzymałem się na moment, tylko po to, żeby spojrzeć na nią. Zabawne - przez większość dawnego życia uważałem, że ją znam, widziałem w niej dokładnie to, co chciałem widzieć. Teraz już wiedziałem, jak bardzo się myliłem. Prue nie była osobą, do której można się było zbliżyć ot tak, trzeba było to robić ostrożnie, warstwa po warstwie, jakby każdy nieuważny ruch mógł zburzyć całą konstrukcję, którą oboje z trudem utrzymywaliśmy w ryzach. Uśmiechnąłem się lekko, przesuwając wzrokiem po jej twarzy. Zatrzymałem go na jej ustach tylko na sekundę dłużej, niż wypadało. Wiedziałem, że zrozumie, o co chodzi, zanim jeszcze to powiedziałem. Nie zrobiłem tego, nie od razu, tylko spojrzałem na nią - długo, w taki sposób, który nie wymagał żadnych wyjaśnień.
- Poza tym, mam w lęku tę jedną kaltę, na twoje gadulstwo, któlej wtedy jeszcze nie miałem. - Uśmiechnąłem się lekko, nie spuszczając z niej wzroku. - To chyba dość skuteczna metoda, nie? - Była w tym obietnica, niewypowiedziana, ale wystarczająco wyraźna, by wiedziała, że nie żartowałem, nie całkiem.
!natura
- Okej. - Zaśmiałem się cicho, tym razem już bez cienia napięcia, które jeszcze przed chwilą trzymało się między nami, lubiłem, kiedy mówiła w ten sposób - trochę z przekąsem, trochę z tym typowym, chłodnym spokojem. Zatrzymałem na niej wzrok na sekundę dłużej, niż powinienem. Wiedziałem, że to tylko pozory, że w środku mieliśmy podobny bałagan, tylko każde z nas radziło sobie z nim inaczej. Najważniejsze, że nasze wspólne rozmowy przestały być walką o rację, a zaczęły przypominać coś… Normalnego, może nawet aż za bardzo - coś, co mógłbym nazwać stabilnością, bliskością, chociaż nigdy bym się do tego nie przyznał, bo przecież to nie miało racji bytu na dłuższą metę. Wtedy, kiedy byliśmy młodsi, każde z nas miało zbyt dużo dumy, za dużo pewności, że znało wszystkie odpowiedzi. Teraz mieliśmy tylko pytania, na które nikt nie chciał odpowiadać.
- Ten wąs byłby zblodnią pszeciwko ludzkości, ale skolo plan uznajesz za dobly, to oui, mosze kiedyś go wyplóbuję. Odparłem spokojnie, z półuśmiechem, ale bardziej szczerym, niż ten który od lat służył mi do maskowania wszystkiego - rozbawienia, znużenia, czasem, ten teraz miał w sobie odrobinę czegoś bardziej swobodnego i niewymuszonego. Nie minęło nawet kilka sekund, a już czułem, jak atmosfera wokół nas nieco łagodnieje. Ten ciężar sprzed chwili, napięcie, które wisiało między nami od momentu, gdy wypowiedziała tamte nieszczęsne słowa, zaczynało się rozmywać, powoli, tak jak dym papierosowy rozpraszał się w rześkim, górskim powietrzu..
- Pszyznaję, czekanie mi się opłaciło. - Powiedziałem z lekkim uśmiechem. - Chociasz mosze, gdybyś wtedy wiedziała, sze skończy się tak, jak telas, byłabyś dla mnie łaskawsza… - Zasugerowałem, moment później sobie przecząc. - Pewnie nie, zawsze miałaś wobec mnie szczególne zasady. - Stwierdziłem, wzruszając ramionami. Nie chciałem już rozmawiać o przeszłości, o tym, co się wydarzy, o granicach, których i tak nie mieliśmy odwagi jasno wyznaczyć.
Uśmiechnąłem się pod nosem, czując, jak jej dłoń wsunęła się pod moją. Ten gest był naturalny, spokojny, a jednak niósł w sobie coś, co potrafiło na chwilę przyspieszyć puls. Ciepło jej skóry, delikatny ucisk palców w tej prostocie było wiele z bliskości, której wcale nie musieliśmy definiować.
- Myślę, sze dałbym sobie ladę. - Odpowiedziałem z lekkim uśmiechem, zerkając na nią kątem oka. - Nie zapominaj, sze i ja potlafię mówiś bez końca. - Rzuciłem jej krótkie spojrzenie z ukosa, uważnie, z lekkim błyskiem w oczach. - Nie wiem, czy pamiętasz, ale swego czasu mówiono mi, sze jestem nieznośnie gadatliwy. - Dodałem po chwili, zerkając na nią z ukosa, była w tym nuta autoironii, może nawet odrobina prowokacji. Lubiłem słuchać, jak mówi, jak się rozkręca, przechodzi od chłodnych obserwacji do tych małych emocjonalnych iskier. Wiedziałem, że pamiętała - naszą młodość, nasze utarczki, wszystkie te momenty, gdy mieliśmy ochotę nawzajem się udusić. Zatrzymałem się na moment, tylko po to, żeby spojrzeć na nią. Zabawne - przez większość dawnego życia uważałem, że ją znam, widziałem w niej dokładnie to, co chciałem widzieć. Teraz już wiedziałem, jak bardzo się myliłem. Prue nie była osobą, do której można się było zbliżyć ot tak, trzeba było to robić ostrożnie, warstwa po warstwie, jakby każdy nieuważny ruch mógł zburzyć całą konstrukcję, którą oboje z trudem utrzymywaliśmy w ryzach. Uśmiechnąłem się lekko, przesuwając wzrokiem po jej twarzy. Zatrzymałem go na jej ustach tylko na sekundę dłużej, niż wypadało. Wiedziałem, że zrozumie, o co chodzi, zanim jeszcze to powiedziałem. Nie zrobiłem tego, nie od razu, tylko spojrzałem na nią - długo, w taki sposób, który nie wymagał żadnych wyjaśnień.
- Poza tym, mam w lęku tę jedną kaltę, na twoje gadulstwo, któlej wtedy jeszcze nie miałem. - Uśmiechnąłem się lekko, nie spuszczając z niej wzroku. - To chyba dość skuteczna metoda, nie? - Była w tym obietnica, niewypowiedziana, ale wystarczająco wyraźna, by wiedziała, że nie żartowałem, nie całkiem.
!natura
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)