28.10.2025, 02:32 ✶
W pewnym momencie wszystko zaczęło się rozmywać - dźwięki, obrazy, nawet myśli. Świat jakby odsunął się o kilka kroków w tył, stając się czymś odległym, jakby obserwowanym przez grubą taflę szkła. Krzyki gdzieś w oddali zamieniły się w przytłumione echo, a trzask zaklęć przypominał bardziej pękający lód niż magię toczącą się tuż obok. Widziane przez nią sylwetki ludzi zmieniały się w ciemne, nierealne cienie; nawet Rodolphus, choć wciąż był gdzieś przed nią, wyglądał jak postać wyrwana z innego świata, z innej historii. Nawet nie czuła już bólu rany na ręce, tylko ciepło krwi powoli przesiąkającej tkaninę sukienki. Próbowała skupić się na jednym punkcie, na czymkolwiek, co mogłoby ją zakotwiczyć w tej rozmazanej rzeczywistości - na fakturze muru, na nierównej linii bruku, na drganiu światła zaklęć odbijających się od kamieni. Ale nic już nie było stabilne. Myśli odpływały gdzieś poza nią, przynajmniej dopóki nie usłyszała donośnego krzyku gdzieś obok. Zanim zdążyła pomyśleć, została przyciśnięta do twardej klatki piersiowej. Na moment ciało zareagowało instynktownie: napięcie, szarpnięcie, chęć wyrwania się. A po chwili coś w niej ustąpiło. Zrozumiała. To nie był wróg.
Rodolphus.
Świat wciąż wirował, ale jego obecność była jak punkt zaczepienia. Czuła, jak jego oddech uderza o jej włosy, jak drży od wysiłku, jak jego ręka zaciska się mocniej na jej barku, żeby ją utrzymać. Dopiero wtedy dotarło do niej, że jest bezpieczna - przynajmniej na tę chwilę. Nie wiedziała, ile czasu minęło, zanim przestała się trząść. Powietrze nadal było przesycone pyłem i dymem, ale teraz, wtulona w jego ramię, mogła znowu oddychać. Palce same odnalazły materiał jego płaszcza, zacisnęły się na nim nieco mocniej.
- Nic - zaczęła, ale głos odmówił jej posłuszeństwa. Odchrząknęła, żeby wychrypieć pozostałą część zdania. - mi nie jest.
Gdyby nie to, że płuca odmawiały jej posłuszeństwa, a serce biło nierówno - gwałtownie, zbyt szybko, jakby próbowało nadrobić każdy urwany oddech - zapewne znienawidziłaby ten moment. Nienawidziłaby faktu, że musi być ratowana, że ktoś trzyma ją w ramionach, jakby była bezradną damą z opowieści, która tylko czeka, aż ktoś ją ocali. W innej chwili, w innym miejscu, z pewnością odepchnęłaby go od razu, z tym chłodnym gniewem, który zwykle trzymał ją w ryzach. Ale teraz nie miała siły. Czuła, jak tlen nie dociera do końca tam, gdzie powinien, jak ciemne plamy rozlewają się w polu widzenia, a dym drapie w gardło i wyciska z niej kolejne kaszlnięcia.
Czuła się żałośnie słaba. Uwięziona we własnym ciele, które zawodziło ją wtedy, gdy potrzebowała go najbardziej.
To właśnie nienawidziła najbardziej - tej bezbronności. Nie samego dymu, nie bólu, nawet nie widoku śmierci. Tego, że musiała polegać na kimś innym. Że nie była w stanie sama wstać i odejść z godnością, jak przystało na kogoś o jej nazwisku i pozycji. Mimo wszystko, gdzieś w głębi czuła coś, co przypominało wdzięczność. Nie gwałtowną, nie oczywistą, ale cichą, ukrytą pod warstwą zmęczenia i chaosu. Znalazł się w odpowiednim miejscu i czasie, gdy świat wokół niej rozsypywał się na kawałki. I choć jej duma próbowała krzyczeć, że to przypadek, że nie potrzebowała niczyjej pomocy - wiedziała, że bez niego najpewniej skończyłaby martwa.
Ale nie miała teraz siły, by analizować jego motywy. Na razie wystarczało, że był.
- M-możesz teleportować mnie do posiadłości? - wydukała, opierając policzek o jego ramię. Podała mu dokładny adres Avery Hall na obrzeżach Londynu. Potrzebowała go, a ta świadomość była jak drzazga głęboko wbita pod skórę.
Rodolphus.
Świat wciąż wirował, ale jego obecność była jak punkt zaczepienia. Czuła, jak jego oddech uderza o jej włosy, jak drży od wysiłku, jak jego ręka zaciska się mocniej na jej barku, żeby ją utrzymać. Dopiero wtedy dotarło do niej, że jest bezpieczna - przynajmniej na tę chwilę. Nie wiedziała, ile czasu minęło, zanim przestała się trząść. Powietrze nadal było przesycone pyłem i dymem, ale teraz, wtulona w jego ramię, mogła znowu oddychać. Palce same odnalazły materiał jego płaszcza, zacisnęły się na nim nieco mocniej.
- Nic - zaczęła, ale głos odmówił jej posłuszeństwa. Odchrząknęła, żeby wychrypieć pozostałą część zdania. - mi nie jest.
Gdyby nie to, że płuca odmawiały jej posłuszeństwa, a serce biło nierówno - gwałtownie, zbyt szybko, jakby próbowało nadrobić każdy urwany oddech - zapewne znienawidziłaby ten moment. Nienawidziłaby faktu, że musi być ratowana, że ktoś trzyma ją w ramionach, jakby była bezradną damą z opowieści, która tylko czeka, aż ktoś ją ocali. W innej chwili, w innym miejscu, z pewnością odepchnęłaby go od razu, z tym chłodnym gniewem, który zwykle trzymał ją w ryzach. Ale teraz nie miała siły. Czuła, jak tlen nie dociera do końca tam, gdzie powinien, jak ciemne plamy rozlewają się w polu widzenia, a dym drapie w gardło i wyciska z niej kolejne kaszlnięcia.
Czuła się żałośnie słaba. Uwięziona we własnym ciele, które zawodziło ją wtedy, gdy potrzebowała go najbardziej.
To właśnie nienawidziła najbardziej - tej bezbronności. Nie samego dymu, nie bólu, nawet nie widoku śmierci. Tego, że musiała polegać na kimś innym. Że nie była w stanie sama wstać i odejść z godnością, jak przystało na kogoś o jej nazwisku i pozycji. Mimo wszystko, gdzieś w głębi czuła coś, co przypominało wdzięczność. Nie gwałtowną, nie oczywistą, ale cichą, ukrytą pod warstwą zmęczenia i chaosu. Znalazł się w odpowiednim miejscu i czasie, gdy świat wokół niej rozsypywał się na kawałki. I choć jej duma próbowała krzyczeć, że to przypadek, że nie potrzebowała niczyjej pomocy - wiedziała, że bez niego najpewniej skończyłaby martwa.
Ale nie miała teraz siły, by analizować jego motywy. Na razie wystarczało, że był.
- M-możesz teleportować mnie do posiadłości? - wydukała, opierając policzek o jego ramię. Podała mu dokładny adres Avery Hall na obrzeżach Londynu. Potrzebowała go, a ta świadomość była jak drzazga głęboko wbita pod skórę.