28.10.2025, 02:46 ✶
Boję się, że przestaniesz pytać.
A ona nie pytała dalej. Wpatrywała się tylko przez dłuższą chwilę, tymi swoimi srebrzystymi oczami, uważnie lustrując jego twarz, jakby oczekując że znajdzie tam cokolwiek. Może samą siebie. Nic jednak nie przychodziło jej do głowy, jakby panująca tam mgła na moment zgęstniała, uniemożliwiając jej dalsze podchwycenie tematu i wyjście z inicjatywą. Ale tak wyglądała z nią większość rozmów - kryła się za woalką wycofania i mętnego spojrzenia, które zdawało się patrzeć na wszystko to, czego nie dało się zobaczyć w fizycznej formie. Jakby wciąż znajdowała się w głębokim śnie, który wciąż w dziwaczny sposób pozwalał jej funkcjonować w świecie żywych.
- Nie - odpowiedziała również szeptem, znowu się od niego odwracając. Błądziła już nie po jego twarzy, a po kątach i czających się w nich cieniach, jakby na nowo oczekując że może gdzieś uda jej się dostrzec umykającą runę. Była tu, na wyciagnięcie ręki - doskonale sobie z tego zdawała, ale im dłużej towarzyszył jej Svaś tym większa irytacja ją dopadała, bo tajemniczy znak wcale nie chciał się na nowo ujawnić. A on zadawał jej na jego temat pytania.
Obcasy zastukały powoli na deskach, kiedy zbliżyła się do jednej ze ścian, gdzie ostatni raz widziała żarzącą się runę. Teraz ściana była tak samo ciemna i nudna, a mimo tego wyciągnęła do niej rękę i przetarła ją, jakby oczekując że znajdzie tam zgubę. Ale może ta czaiła się tylko w jej własnej głowie?
Odwróciła się nagle, gwałtownie zwracając na syna twarz i unosząc dłoń z różdżką, ale kiedy machnęła nią nie nadeszła pewnie spodziewana kara, za żmudne drążenie tematu. Zamiast tego przed Larisą rozjarzył się znak, zapisany w powietrzu końcem różdżki, gotowy do dowolnego zinterpretowania.
- Po co - powtórzyła po nim głucho, równie cicho co wcześniej. - Po co, po co... Bo kocha swoje dzieci i ich dzieci, jeśli tylko te są warte kochania - objęła sama siebie, zanim znowu się nie odwróciła, powolnym krokiem krążąc powoli i nucąc pod nosem jakąś starą kołysankę.
Nigdy nie była pewna, czy tego kochania była warta, ale kiedy usłyszała szept Salazara w swojej głowie, kiedy przyszło się im zmierzyć z pożarem, najwyraźniej wychodziło na to że może jednak tak. Że te wszystkie lata spędzone we mgle, były warte łaski tak potężnego przodka, który teraz pozwolił obronić ich dziedzictwo i pracownię.
A ona nie pytała dalej. Wpatrywała się tylko przez dłuższą chwilę, tymi swoimi srebrzystymi oczami, uważnie lustrując jego twarz, jakby oczekując że znajdzie tam cokolwiek. Może samą siebie. Nic jednak nie przychodziło jej do głowy, jakby panująca tam mgła na moment zgęstniała, uniemożliwiając jej dalsze podchwycenie tematu i wyjście z inicjatywą. Ale tak wyglądała z nią większość rozmów - kryła się za woalką wycofania i mętnego spojrzenia, które zdawało się patrzeć na wszystko to, czego nie dało się zobaczyć w fizycznej formie. Jakby wciąż znajdowała się w głębokim śnie, który wciąż w dziwaczny sposób pozwalał jej funkcjonować w świecie żywych.
- Nie - odpowiedziała również szeptem, znowu się od niego odwracając. Błądziła już nie po jego twarzy, a po kątach i czających się w nich cieniach, jakby na nowo oczekując że może gdzieś uda jej się dostrzec umykającą runę. Była tu, na wyciagnięcie ręki - doskonale sobie z tego zdawała, ale im dłużej towarzyszył jej Svaś tym większa irytacja ją dopadała, bo tajemniczy znak wcale nie chciał się na nowo ujawnić. A on zadawał jej na jego temat pytania.
Obcasy zastukały powoli na deskach, kiedy zbliżyła się do jednej ze ścian, gdzie ostatni raz widziała żarzącą się runę. Teraz ściana była tak samo ciemna i nudna, a mimo tego wyciągnęła do niej rękę i przetarła ją, jakby oczekując że znajdzie tam zgubę. Ale może ta czaiła się tylko w jej własnej głowie?
Odwróciła się nagle, gwałtownie zwracając na syna twarz i unosząc dłoń z różdżką, ale kiedy machnęła nią nie nadeszła pewnie spodziewana kara, za żmudne drążenie tematu. Zamiast tego przed Larisą rozjarzył się znak, zapisany w powietrzu końcem różdżki, gotowy do dowolnego zinterpretowania.
- Po co - powtórzyła po nim głucho, równie cicho co wcześniej. - Po co, po co... Bo kocha swoje dzieci i ich dzieci, jeśli tylko te są warte kochania - objęła sama siebie, zanim znowu się nie odwróciła, powolnym krokiem krążąc powoli i nucąc pod nosem jakąś starą kołysankę.
Nigdy nie była pewna, czy tego kochania była warta, ale kiedy usłyszała szept Salazara w swojej głowie, kiedy przyszło się im zmierzyć z pożarem, najwyraźniej wychodziło na to że może jednak tak. Że te wszystkie lata spędzone we mgle, były warte łaski tak potężnego przodka, który teraz pozwolił obronić ich dziedzictwo i pracownię.