28.10.2025, 02:50 ✶
To było zaskakujące, jak naturalnie potrafiliśmy przechodzić od poważnych rozmów do drobnych żartów, od cienia przeszłości do czegoś miękkiego, co rodziło się pomiędzy nami teraz. Dawniej jej obecność była dla mnie wyzwaniem - wtedy, gdy próbowałem ją wyprowadzać z równowagi, obserwować, jak reagowała na coraz to bardziej ordynarne zaczepki, tracąc opanowanie, bo to ja byłem tym, który powinien panować nad sytuacją, lubiłem mieć kontrolę. Teraz… Nie chciałem już jej testować, chyba chciałem po prostu być. Słuchałem jej uważnie, starając się nie przegapić ani odrobiny niuansu w tym, co mówiła.
- Nie wiem, czy ludzkość zasługuje na moje złote myśli. - Uniosłem lekko brew, udając zadumę. Temat artystów okazał się zbawieniem, był neutralny, pozornie błahy - mówiło się o nich, jak o jakimś obcym gatunku, który robił zamieszanie w świecie, ale nikt nie potrafił bez niego żyć, bo może nie był przydatny, lecz przynajmniej zabawny.
Kiedy przytaknęła, wspominając o tamtych dawnych czasach, jej szczególnych zasadach, na moment przestałem się uśmiechać, mogliśmy o tym teraz żartować, ale w gruncie rzeczy wiedziałem, co kryło się pod tymi słowami. Zbyt wiele słów między nami nigdy nie zostało powiedzianych, a teraz, chociaż już się z tego śmialiśmy, czułem w tym wszystkim cień dawnych napięć. Może właśnie dlatego ta nasza bliskość teraz była taka intensywna, bo była odkupieniem, próbą naprawienia czegoś, co wtedy nie miało prawa się udać. A teraz? Nie chciałem zadawać tego pytania, ani sobie, ani jej - nie dzisiejszego wieczoru, nie nigdy. Wpadliśmy w pułapkę, byłem tego świadom.
- Wylószniony. To bszmi plawie jak komplement. - Odparłem z udawaną dumą. Przez moment patrzyłem jej w oczy, widziałem po jej twarzy, że pamiętała, tak samo jak ja, tamte dni, kiedy graliśmy w swoją małą wojnę - kto kogo złamie pierwszy, kto szybciej straci panowanie. - Chociasz, jeśli dobsze pamiętam, wtedy to polegało głównie na tym, sze częściej oblywałem. Zaszczytne to było wylósznienie, nie pszeczę, ale jusz mnie nie wylószniaj. - Teraz już nie musieliśmy niczego udawać, więc kiedy jej dłoń odnalazła moje ramię, nie zastanawiałem się nad tym, co to tak naprawdę znaczyło - to było naturalne, odruchowe, ciepło przeszło przez moją skórę, jak znajomy prąd, i wszystko na powrót stało się bardziej właściwe.
Nie potrzebowaliśmy już masek, ani wojny, chociaż nadal lubiłem testować jej granice. To był dziwny rodzaj bliskości - nie wymuszony, nie teatralny, po prostu… Prawdziwy, jakbyśmy przez przypadek odnaleźli rytm, który od dawna istniał gdzieś między nami, tylko wcześniej był zbyt zagłuszony, by go usłyszeć. Kiedy wspomniała o karcie będącej bronią obusieczną, zaśmiałem się pod nosem. Spojrzała na mnie tak, jak dawniej - bez ucieczki, bez wahania, wtedy to się stało, ta stara gra, którą oboje znaliśmy na pamięć, na moment znowu postanowiła się rozpocząć, całkiem podświadomie. Wyzwanie w oczach, napięcie w powietrzu, ten moment, w którym oboje mierzyliśmy się spojrzeniami, sprawdzając, kto pierwszy pęknie.
- Bloń obusieczna, powiadasz… Bszmi jak coś stwoszonego dla nas. - Mruknąłem, nachylając się lekko w jej stronę. Nie cofnęła się, co mnie nie zdziwiło, zawsze w takich chwilach wydawała się większa niż była - pewna siebie, twarda, jakby to świat musiał się cofnąć pierwszy. - Wiesz, sze zawsze byłem gotów obelwaś, jeśli tylko walto było. - Wpatrywałem się w nią przez dłuższą chwilę, tak jak dawniej - ten sam pojedynek spojrzeń, bez słów, bez uników.
Już miałem coś powiedzieć, skrócić tę odległość, gdy zauważyłem, że jej wzrok ucieka gdzieś za mnie. Naturalnie, obróciłem się, by spojrzeć. Na ścieżce, kilka metrów dalej, stało coś małego - biało-czarne ciałko wyglądało, jakby wypadło prosto z ilustracji do bajki dla dzieci, i zupełnie nie pasowało do tej pory roku, ani do pogody, a jednak patrzyło na nas swoimi paciorkowatymi ślepkami.
- O, jednak mlugnęłaś pielwsza. - Zauważyłem cicho, z nutą triumfu w głosie, ale bez złośliwości. Zerknąłem z boku na borsucze dziecko, a potem z powrotem na Prue i znowu na borsuka, który stał zupełnie niewzruszony naszą obecnością, tylko lekko poruszał nosem, prawdopodobnie próbując zdecydować, czy jesteśmy zagrożeniem, czy może potencjalnym źródłem jedzenia.
- No, ploszę. - Uśmiechnąłem się, lekko zaskoczony jej nagłą zmianą. Przed chwilą gotowa była grać ze mną w niebezpieczne gry, a teraz patrzyła tak, jakby przed nią stanęło coś absolutnie magicznego. Borsuk poruszył się nieco, być może rozważał, czy powinien do nas podejść, za to Prudence wyglądała, jakby w każdej chwili mogła przykucnąć obok niego, wyciągnąć rękę, powiedzieć coś uspokajającego i poczęstować go jednym ze swoich lizaków, ja natomiast… Po prostu obserwowałem. - Zdaje się, sze mam powasznego konkulenta.
Spojrzenie, którym Bletchley obdarzyła borsuka, było pełne czułości, jak gdyby przez chwilę zapomniała o całym świecie, o tym, że jeszcze przed sekundą nasza rozmowa balansowała gdzieś między prowokacją a ciszą pełną niedopowiedzeń. Patrzyłem na nią więc chwilę dłużej, pozwalając, by to, co między nami przed chwilą wisiało w powietrzu, delikatnie się rozmyło. Broń obusieczna - oboje przegraliśmy tę walkę, ona mlugnęła, ja nie mogłem konkurować z borsuczym dzieckiem, byłem tego świadomy.
- Nie wiem, czy ludzkość zasługuje na moje złote myśli. - Uniosłem lekko brew, udając zadumę. Temat artystów okazał się zbawieniem, był neutralny, pozornie błahy - mówiło się o nich, jak o jakimś obcym gatunku, który robił zamieszanie w świecie, ale nikt nie potrafił bez niego żyć, bo może nie był przydatny, lecz przynajmniej zabawny.
Kiedy przytaknęła, wspominając o tamtych dawnych czasach, jej szczególnych zasadach, na moment przestałem się uśmiechać, mogliśmy o tym teraz żartować, ale w gruncie rzeczy wiedziałem, co kryło się pod tymi słowami. Zbyt wiele słów między nami nigdy nie zostało powiedzianych, a teraz, chociaż już się z tego śmialiśmy, czułem w tym wszystkim cień dawnych napięć. Może właśnie dlatego ta nasza bliskość teraz była taka intensywna, bo była odkupieniem, próbą naprawienia czegoś, co wtedy nie miało prawa się udać. A teraz? Nie chciałem zadawać tego pytania, ani sobie, ani jej - nie dzisiejszego wieczoru, nie nigdy. Wpadliśmy w pułapkę, byłem tego świadom.
- Wylószniony. To bszmi plawie jak komplement. - Odparłem z udawaną dumą. Przez moment patrzyłem jej w oczy, widziałem po jej twarzy, że pamiętała, tak samo jak ja, tamte dni, kiedy graliśmy w swoją małą wojnę - kto kogo złamie pierwszy, kto szybciej straci panowanie. - Chociasz, jeśli dobsze pamiętam, wtedy to polegało głównie na tym, sze częściej oblywałem. Zaszczytne to było wylósznienie, nie pszeczę, ale jusz mnie nie wylószniaj. - Teraz już nie musieliśmy niczego udawać, więc kiedy jej dłoń odnalazła moje ramię, nie zastanawiałem się nad tym, co to tak naprawdę znaczyło - to było naturalne, odruchowe, ciepło przeszło przez moją skórę, jak znajomy prąd, i wszystko na powrót stało się bardziej właściwe.
Nie potrzebowaliśmy już masek, ani wojny, chociaż nadal lubiłem testować jej granice. To był dziwny rodzaj bliskości - nie wymuszony, nie teatralny, po prostu… Prawdziwy, jakbyśmy przez przypadek odnaleźli rytm, który od dawna istniał gdzieś między nami, tylko wcześniej był zbyt zagłuszony, by go usłyszeć. Kiedy wspomniała o karcie będącej bronią obusieczną, zaśmiałem się pod nosem. Spojrzała na mnie tak, jak dawniej - bez ucieczki, bez wahania, wtedy to się stało, ta stara gra, którą oboje znaliśmy na pamięć, na moment znowu postanowiła się rozpocząć, całkiem podświadomie. Wyzwanie w oczach, napięcie w powietrzu, ten moment, w którym oboje mierzyliśmy się spojrzeniami, sprawdzając, kto pierwszy pęknie.
- Bloń obusieczna, powiadasz… Bszmi jak coś stwoszonego dla nas. - Mruknąłem, nachylając się lekko w jej stronę. Nie cofnęła się, co mnie nie zdziwiło, zawsze w takich chwilach wydawała się większa niż była - pewna siebie, twarda, jakby to świat musiał się cofnąć pierwszy. - Wiesz, sze zawsze byłem gotów obelwaś, jeśli tylko walto było. - Wpatrywałem się w nią przez dłuższą chwilę, tak jak dawniej - ten sam pojedynek spojrzeń, bez słów, bez uników.
Już miałem coś powiedzieć, skrócić tę odległość, gdy zauważyłem, że jej wzrok ucieka gdzieś za mnie. Naturalnie, obróciłem się, by spojrzeć. Na ścieżce, kilka metrów dalej, stało coś małego - biało-czarne ciałko wyglądało, jakby wypadło prosto z ilustracji do bajki dla dzieci, i zupełnie nie pasowało do tej pory roku, ani do pogody, a jednak patrzyło na nas swoimi paciorkowatymi ślepkami.
- O, jednak mlugnęłaś pielwsza. - Zauważyłem cicho, z nutą triumfu w głosie, ale bez złośliwości. Zerknąłem z boku na borsucze dziecko, a potem z powrotem na Prue i znowu na borsuka, który stał zupełnie niewzruszony naszą obecnością, tylko lekko poruszał nosem, prawdopodobnie próbując zdecydować, czy jesteśmy zagrożeniem, czy może potencjalnym źródłem jedzenia.
- No, ploszę. - Uśmiechnąłem się, lekko zaskoczony jej nagłą zmianą. Przed chwilą gotowa była grać ze mną w niebezpieczne gry, a teraz patrzyła tak, jakby przed nią stanęło coś absolutnie magicznego. Borsuk poruszył się nieco, być może rozważał, czy powinien do nas podejść, za to Prudence wyglądała, jakby w każdej chwili mogła przykucnąć obok niego, wyciągnąć rękę, powiedzieć coś uspokajającego i poczęstować go jednym ze swoich lizaków, ja natomiast… Po prostu obserwowałem. - Zdaje się, sze mam powasznego konkulenta.
Spojrzenie, którym Bletchley obdarzyła borsuka, było pełne czułości, jak gdyby przez chwilę zapomniała o całym świecie, o tym, że jeszcze przed sekundą nasza rozmowa balansowała gdzieś między prowokacją a ciszą pełną niedopowiedzeń. Patrzyłem na nią więc chwilę dłużej, pozwalając, by to, co między nami przed chwilą wisiało w powietrzu, delikatnie się rozmyło. Broń obusieczna - oboje przegraliśmy tę walkę, ona mlugnęła, ja nie mogłem konkurować z borsuczym dzieckiem, byłem tego świadomy.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)