28.10.2025, 09:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.10.2025, 09:41 przez Millie Moody.)
Jej anioł Umiarkowania zdawał się tak cudownie stabilny, tak rozkosznie stały w uczuciu, ale też w okazaniu tej opiekuńczej troski, której tak rozpaczliwie potrzebowała.
Normalnie, kiedyś pewnie oberwałby w bark, albo między żebra. Kiedyś drwiłaby z tej bliskości, teraz jednak chłonęła ją jak przeklęta gąbka.
- Dlaczego znowu kurwa przytulamy się w łazience...?
To miało sens. To miało tak dużo sensu. Mildred. Mild Dread, łagodna siła, karta Mocy. Nieadekwatna. Nieprawdziwa. Szczupłe ramiona zacisnęły się na kuzynie mocniej, zaciągnęła się nim jak najlepszym papierosem, który paliła w życiu.
Jesteś moim Słońcem, a ja Twoim Księżycem.
Nawet gdy z Twojej tarczy ktoś starł złoty kurz.
Nawet gdy za nocnym okniem straszy nów...
- Rzucałam monetą i nigdy nie podobał mi się wynik. - wymamrotała, nosem szorując po jego pięknej szacie w słabości, którą mogła okazać. Tutaj. Pośród bieli kafelków, z nogami zanurzonymi po kostki w czarnej wodzie. Jej wodzie. Jego wodzie.
- Poza tym... wiesz jak jest, gdy stawiasz samemu sobie. Zbyt jasne i czytelne są znaki. Zbyt łatwo wpaść w utartą koleinę znaczeń i przegapić podpowiedź, która cały czas tam jest.
Sześć kielichów, sześć kielichów, więcej wody. Ona i Alastor, Alastor i ona. Musiała od tego uciec. Uciec jak najdalej.
- Obaj są porządni. - dodała, czując się nieco lepiej, nieco pewniej, gdy nie musiała przeglądać się w tęczówkach Peregrinusa. Tęczówkach, któe powinny być złociste jak jej własne. - Pracujemy razem, jemy razem, odpoczywamy razem. Walczymy razem. Śmiejemy się razem. - Śpimy. Oddychamy. Ledwie kilka dni, ale życie było jak świeczka na wietrze, a każdy dzień cięższy i drogocenniejszy był od złota. - Boje się co karty mi powiedzą. To straszne kurwy są... straszne...
Normalnie, kiedyś pewnie oberwałby w bark, albo między żebra. Kiedyś drwiłaby z tej bliskości, teraz jednak chłonęła ją jak przeklęta gąbka.
- Dlaczego znowu kurwa przytulamy się w łazience...?
To miało sens. To miało tak dużo sensu. Mildred. Mild Dread, łagodna siła, karta Mocy. Nieadekwatna. Nieprawdziwa. Szczupłe ramiona zacisnęły się na kuzynie mocniej, zaciągnęła się nim jak najlepszym papierosem, który paliła w życiu.
Jesteś moim Słońcem, a ja Twoim Księżycem.
Nawet gdy z Twojej tarczy ktoś starł złoty kurz.
Nawet gdy za nocnym okniem straszy nów...
- Rzucałam monetą i nigdy nie podobał mi się wynik. - wymamrotała, nosem szorując po jego pięknej szacie w słabości, którą mogła okazać. Tutaj. Pośród bieli kafelków, z nogami zanurzonymi po kostki w czarnej wodzie. Jej wodzie. Jego wodzie.
- Poza tym... wiesz jak jest, gdy stawiasz samemu sobie. Zbyt jasne i czytelne są znaki. Zbyt łatwo wpaść w utartą koleinę znaczeń i przegapić podpowiedź, która cały czas tam jest.
Sześć kielichów, sześć kielichów, więcej wody. Ona i Alastor, Alastor i ona. Musiała od tego uciec. Uciec jak najdalej.
- Obaj są porządni. - dodała, czując się nieco lepiej, nieco pewniej, gdy nie musiała przeglądać się w tęczówkach Peregrinusa. Tęczówkach, któe powinny być złociste jak jej własne. - Pracujemy razem, jemy razem, odpoczywamy razem. Walczymy razem. Śmiejemy się razem. - Śpimy. Oddychamy. Ledwie kilka dni, ale życie było jak świeczka na wietrze, a każdy dzień cięższy i drogocenniejszy był od złota. - Boje się co karty mi powiedzą. To straszne kurwy są... straszne...