28.10.2025, 12:45 ✶
— Tak samo jak las. Duży i głęboki — powtórzyła za nim, jakby ślepa na ten zarozumiały ton Dægberhta. Nie była natomiast ślepa na to, że znów tłumaczył jej rzeczy, które doskonale wiedziała. Wiedziała, lecz wciąż miała opory przed zaangażowaniem się w nie, więc wiła się wokół tematu, próbując go unikać. Nie wątpiła, że ten czy ów człowiek z Doliny mógł widzieć lub słyszeć coś istotnego. Nie miała problemu ze stanięciem przed ludźmi i ich uwagą. Problematyczną częścią było poprosić. Przyznać publicznie, że chce pomocy, i to od prostego ludu, od byle kogo. — Jeśli nie będzie innego wyjścia… — rzuciła, zamykając temat.
Helloise również żadnego osobistego problemu do Lestrange’ów nie miała (ba, jak się okazało, przyjaźni się nawet z Williamem Lestrange’em). Przeraziło ją wyłącznie słowo: oprysk, bardziej zatrważające niż najkoszmarniejsza klątwa w arsenale Czarnego Pana.
Nie odpychał jej ani dziwny uśmiech, ani słowa Dægberhta, które być może dla zewnętrznego obserwatora rzeczywiście brzmiałyby niczym upiorna groźba czy nieczułość; dla Helloise zwyczajnie miały sens. Trafił swój na swego.
— Więc przychodzisz do mnie na śniadanie? — zapytała czarownica, wyglądając przez szyby oranżerii na dojrzewający na ich oczach poranek. — Żeby sprawdzić, czy nic mi się nie stanie? Mam w domu jagniątko. Jeszcze go nie znasz. Tyle z nim pracy, więcej niż z kurczakami… — Zmarszczyła brwi, odpływając na chwilę od tematu porwana przez łańcuch swobodnych skojarzeń.
Ściągnęła ją z powrotem rozmowa o śmierci. Spojrzała na czarny kwiat w donicy obok nich, zastanawiając się, czy rzeczywiście miałby potencjał ją zabić. Cóż, nawet jeśli, teraz i tak było już za późno.
— To najmilsza rzecz, jaką mi powiedziano od dawna — rozczuliła się nad obietnicą dobicia i egzorcyzmu. — Dziękuję. To ważne… iść dalej. Nie więzić ducha. Niech krąży tam, gdzie go kierują po śmierci bogowie. Nie chciałabym być więźniem. Postaram się o to samo dla ciebie. Jeśli będę mieć okazję. Oczywiście.
SS Canterbury mówiło jej tyle, co nic, lecz zachowała tę nazwę w pamięci, aby wyciągnąć ją w razie potrzeby. Istotny czy nie, wciąż był to jakiś element układanki.
— Czy Lestrange’owie nie są z Francji? — Niekoniecznie wiedziała, kiedy i jak dostali się do Wielkiej Brytanii, lecz była niemal pewna, że to właśnie we Francji się wykluli. — Myślę, że mogą być duchami. Miejsca... — przytaknęła. — Zostajemy na wszystkim. — Przesunęła palcami po doniczce. — Widzisz? Teraz żyję na niej, prawda? Jakiś widmowidz może tę donicę wziąć i szukać na niej wspomnienia tej chwili. Czemu by i miejsca nie mogły działać podobnie?
Helloise również żadnego osobistego problemu do Lestrange’ów nie miała (ba, jak się okazało, przyjaźni się nawet z Williamem Lestrange’em). Przeraziło ją wyłącznie słowo: oprysk, bardziej zatrważające niż najkoszmarniejsza klątwa w arsenale Czarnego Pana.
Nie odpychał jej ani dziwny uśmiech, ani słowa Dægberhta, które być może dla zewnętrznego obserwatora rzeczywiście brzmiałyby niczym upiorna groźba czy nieczułość; dla Helloise zwyczajnie miały sens. Trafił swój na swego.
— Więc przychodzisz do mnie na śniadanie? — zapytała czarownica, wyglądając przez szyby oranżerii na dojrzewający na ich oczach poranek. — Żeby sprawdzić, czy nic mi się nie stanie? Mam w domu jagniątko. Jeszcze go nie znasz. Tyle z nim pracy, więcej niż z kurczakami… — Zmarszczyła brwi, odpływając na chwilę od tematu porwana przez łańcuch swobodnych skojarzeń.
Ściągnęła ją z powrotem rozmowa o śmierci. Spojrzała na czarny kwiat w donicy obok nich, zastanawiając się, czy rzeczywiście miałby potencjał ją zabić. Cóż, nawet jeśli, teraz i tak było już za późno.
— To najmilsza rzecz, jaką mi powiedziano od dawna — rozczuliła się nad obietnicą dobicia i egzorcyzmu. — Dziękuję. To ważne… iść dalej. Nie więzić ducha. Niech krąży tam, gdzie go kierują po śmierci bogowie. Nie chciałabym być więźniem. Postaram się o to samo dla ciebie. Jeśli będę mieć okazję. Oczywiście.
SS Canterbury mówiło jej tyle, co nic, lecz zachowała tę nazwę w pamięci, aby wyciągnąć ją w razie potrzeby. Istotny czy nie, wciąż był to jakiś element układanki.
— Czy Lestrange’owie nie są z Francji? — Niekoniecznie wiedziała, kiedy i jak dostali się do Wielkiej Brytanii, lecz była niemal pewna, że to właśnie we Francji się wykluli. — Myślę, że mogą być duchami. Miejsca... — przytaknęła. — Zostajemy na wszystkim. — Przesunęła palcami po doniczce. — Widzisz? Teraz żyję na niej, prawda? Jakiś widmowidz może tę donicę wziąć i szukać na niej wspomnienia tej chwili. Czemu by i miejsca nie mogły działać podobnie?
dotknij trawy