29.10.2025, 01:30 ✶
Nie spodziewała się, że każe jej przechować fiolkę do następnej okazji; że zostawi coś tak cennego w rękach obcej osoby. Nie w jej interesie było jednak zwracać na to uwagę, więc przyjęła polecenie z milczącym skinieniem głowy. Zbytnio rozpraszały ją zimne palce manipulujące jej dłonią, aby myślała o dyskusjach; wywoływały gęsią skórkę na rękach, szczęśliwie skrytych w rękawach sukni.
Louvain każdym krokiem próbował dokonać jakiegoś przekroczenia. Czarownica patrzyła ciekawie, jak czarodziej igra z poparzeniami. Liczyła, że płomień liźnie śmiałkowi paznokcie, osmoli je, zostawi w powietrzu pojedynczą igłkę zapachu palonego ciała.
To było w Louvainie miłe — palił Londyn i sam nie bał się ognia. Tak należało.
Po długim wieczorze i skończonym etapie pracy Helloise była wycieńczona fizycznie i psychicznie. Próbowała zaszyć się w zacisznym zakątku chaty i odpocząć; znieczulona alkoholem, opium i zmęczeniem. Ona szukała spokoju, Louvain zaś nie przestawał bić prętem o klatkę tego otępiałego zwierza. Nie czuła wymuszanego przez niego ostrego napięcia — czuła nieznośne echo jego zaczepek rezonujące głucho w czaszce. Drażnił ją od pierwszej chwili, próbował prowokować, testować cierpliwość. Nawet teraz, gdy dała mu to, czego chciał, i starała się o chwilę spokoju, Lestrange wychodził ze skóry, aby zgwałcić jej granice, które i tak były liberalnie, płynnie kreślone.
Z pogardą i znudzeniem spojrzała na kolbę, gdy zaproponował jej wspólną zagładę.
Kobieta, którą wcześniej spotkał jako dziwacznie uprzejmą kapłankę drzew, zrzucała tę rolę powoli, warstwa po warstwie. Z każdym szarpnięciem kolejnej jego prowokacji zostawało w niej mniej i mniej tego łagodnego zdystansowania, tego okazywanego momentami figlarnego rozbawienia i zrozumienia dla niego. Podsycał ją lęk po widmach przyniesiony spod Kniei — wciąż tańczył na koniuszkach nerwów czarownicy, czyniąc ją podatniejszą.
Gdy Louvain zawiesił rękę nad kolbą pełną niestabilnej substancji wybuchowej, oderwał od kości Helloise ostatnie strzępki ciepłej, miękkiej powierzchowności.
Patrzyła na niego długo i pusto. Nie tępo, nie z tą charakterystyczną nutą dysocjacji dostarczającej namiastkę ucieczki od rzeczywistości. Słowa Louvaina wpadały w przepaść. Obracały się w proch, nim zdołały dotrzeć do miejsca odpowiedzialnego za empatię. W oczach czarownicy zamajaczyło coś nikczemnego, złego.
Nie oglądała się już na to, że jest Zimnym, gdy stała przed nim przy kolbie. Nie, gdy on z premedytacją próbował naruszać jej przestrzeń kolejny już raz.
— Mam tę chwilę? Miałam tę chwilę raz za razem — syknęła, pochylając się w jego stronę tak, aby ostry szept trafiał prosto do ucha Śmierciożercy. — Miałam tę chwilę, gdy odrzuciłeś swoją różdżkę i pokazałeś się. Miałam tę chwilę, gdy przyjąłeś ode mnie wino, nie oglądając się na to, czym każę ci je doprawiać. Miałam tę chwilę, gdy wręczyłeś mi fiolkę. Wkładasz mi sam ostrze do ręki. Raz, i raz, i raz za razem. Tego chcesz? Żebym jej użyła? Aż tak męczy cię Zimno, że chcesz umierać w moim domu z mojej ręki? Żyj, umieraj, twoja wola. — Palce czarownicy spadły na tors Lestrange’a. Przebierały jak pajęcze odnóża, wlokąc za sobą po jego ciele jej nadgarstek. Drobniły ostre, bolesne kroczki na skórze, wpadały w zagłębienia między żebrami. Dopóki nie sięgnęły miękkiej szyi. — Mogę wykarmić cię śmiercią — mówiła wiedźma suchym szeptem szeleszczącym jesiennymi liśćmi nad cmentarną mogiłą, gdy kładła kciuk na ustach mężczyzny. Palec był pozbawiony tego obrzydzającego go ciepłego smaku ziemistego życia, którym sama siebie Helloise wcześniej raczyła. Teraz był czysty, sterylny, niósł wspomnienie chłodnego szkła i woni chemicznych odczynników. — Będziesz odchodził spokojnie i cicho. — Zakleszczyła podbródek Louvaina pozostałymi palcami, aby nie mógł jej uciec, gdy docisnęła kciuk do wargi, próbując zmiażdżyć ją o jego własne zęby. — Chcesz umrzeć? Nie ma powodu, żebym szła tam za tobą. Marnotrawstwo. — Naparła na czarodzieja całym ciałem, żeby odsunął się od mikstury. — Musisz tylko poprosić — nie przestawała sączyć jadu do jego ucha. — Proś mnie, poproś ładnie, a podam ci truciznę i pozwolę gasnąć w moich ramionach, i będę cię kołysać, dopóki nie przyjdzie cię zabrać śmierć. — Zawiesiła na chwilę głos, zanim skończyła zimno: — Proś i miej odwagę wziąć, o co poprosisz, albo nie próbuj czegoś takiego nigdy więcej.
Louvain każdym krokiem próbował dokonać jakiegoś przekroczenia. Czarownica patrzyła ciekawie, jak czarodziej igra z poparzeniami. Liczyła, że płomień liźnie śmiałkowi paznokcie, osmoli je, zostawi w powietrzu pojedynczą igłkę zapachu palonego ciała.
To było w Louvainie miłe — palił Londyn i sam nie bał się ognia. Tak należało.
Po długim wieczorze i skończonym etapie pracy Helloise była wycieńczona fizycznie i psychicznie. Próbowała zaszyć się w zacisznym zakątku chaty i odpocząć; znieczulona alkoholem, opium i zmęczeniem. Ona szukała spokoju, Louvain zaś nie przestawał bić prętem o klatkę tego otępiałego zwierza. Nie czuła wymuszanego przez niego ostrego napięcia — czuła nieznośne echo jego zaczepek rezonujące głucho w czaszce. Drażnił ją od pierwszej chwili, próbował prowokować, testować cierpliwość. Nawet teraz, gdy dała mu to, czego chciał, i starała się o chwilę spokoju, Lestrange wychodził ze skóry, aby zgwałcić jej granice, które i tak były liberalnie, płynnie kreślone.
Z pogardą i znudzeniem spojrzała na kolbę, gdy zaproponował jej wspólną zagładę.
Kobieta, którą wcześniej spotkał jako dziwacznie uprzejmą kapłankę drzew, zrzucała tę rolę powoli, warstwa po warstwie. Z każdym szarpnięciem kolejnej jego prowokacji zostawało w niej mniej i mniej tego łagodnego zdystansowania, tego okazywanego momentami figlarnego rozbawienia i zrozumienia dla niego. Podsycał ją lęk po widmach przyniesiony spod Kniei — wciąż tańczył na koniuszkach nerwów czarownicy, czyniąc ją podatniejszą.
Gdy Louvain zawiesił rękę nad kolbą pełną niestabilnej substancji wybuchowej, oderwał od kości Helloise ostatnie strzępki ciepłej, miękkiej powierzchowności.
Patrzyła na niego długo i pusto. Nie tępo, nie z tą charakterystyczną nutą dysocjacji dostarczającej namiastkę ucieczki od rzeczywistości. Słowa Louvaina wpadały w przepaść. Obracały się w proch, nim zdołały dotrzeć do miejsca odpowiedzialnego za empatię. W oczach czarownicy zamajaczyło coś nikczemnego, złego.
Nie oglądała się już na to, że jest Zimnym, gdy stała przed nim przy kolbie. Nie, gdy on z premedytacją próbował naruszać jej przestrzeń kolejny już raz.
— Mam tę chwilę? Miałam tę chwilę raz za razem — syknęła, pochylając się w jego stronę tak, aby ostry szept trafiał prosto do ucha Śmierciożercy. — Miałam tę chwilę, gdy odrzuciłeś swoją różdżkę i pokazałeś się. Miałam tę chwilę, gdy przyjąłeś ode mnie wino, nie oglądając się na to, czym każę ci je doprawiać. Miałam tę chwilę, gdy wręczyłeś mi fiolkę. Wkładasz mi sam ostrze do ręki. Raz, i raz, i raz za razem. Tego chcesz? Żebym jej użyła? Aż tak męczy cię Zimno, że chcesz umierać w moim domu z mojej ręki? Żyj, umieraj, twoja wola. — Palce czarownicy spadły na tors Lestrange’a. Przebierały jak pajęcze odnóża, wlokąc za sobą po jego ciele jej nadgarstek. Drobniły ostre, bolesne kroczki na skórze, wpadały w zagłębienia między żebrami. Dopóki nie sięgnęły miękkiej szyi. — Mogę wykarmić cię śmiercią — mówiła wiedźma suchym szeptem szeleszczącym jesiennymi liśćmi nad cmentarną mogiłą, gdy kładła kciuk na ustach mężczyzny. Palec był pozbawiony tego obrzydzającego go ciepłego smaku ziemistego życia, którym sama siebie Helloise wcześniej raczyła. Teraz był czysty, sterylny, niósł wspomnienie chłodnego szkła i woni chemicznych odczynników. — Będziesz odchodził spokojnie i cicho. — Zakleszczyła podbródek Louvaina pozostałymi palcami, aby nie mógł jej uciec, gdy docisnęła kciuk do wargi, próbując zmiażdżyć ją o jego własne zęby. — Chcesz umrzeć? Nie ma powodu, żebym szła tam za tobą. Marnotrawstwo. — Naparła na czarodzieja całym ciałem, żeby odsunął się od mikstury. — Musisz tylko poprosić — nie przestawała sączyć jadu do jego ucha. — Proś mnie, poproś ładnie, a podam ci truciznę i pozwolę gasnąć w moich ramionach, i będę cię kołysać, dopóki nie przyjdzie cię zabrać śmierć. — Zawiesiła na chwilę głos, zanim skończyła zimno: — Proś i miej odwagę wziąć, o co poprosisz, albo nie próbuj czegoś takiego nigdy więcej.
dotknij trawy