Atreus Bulstrode
Plan który roztoczył przed nią Bulstrode był przyjemny i inspirujący, pozwalający jej osobistej ambicji rozkwitnąć. Przestrzenie, które rozwijał przed nią mecenas dawały bardzo duże możliwości, ogromne wręcz zasoby do tego by móc się znów popisać, by móc pozostawić po sobie, po swoim talencie i latach ciężkiej pracy realny ślad. I będzie mogła to zrobić sama, dźwignąć to na swoich własnych barkach odpowiedzialności i pracy. Być może nie do końca świadom ofiarowywał jej skrzydła i nadzieję, na to, że moneta losu w końcu się odwróci.
Słodkie słówka, arabskowe, wcale nie zawoalowane komplementy. Przyjemne, stanowiące balsam na potwarz, jaką uczynił jej Merlin we własnej osobie, poza sceną wybierając znajdę półkrwi ślizgającą się w wolnych chwilach między wężowymi ciałami. Ten miód skrywał jednak truciznę, skrówał ostrze, próbę, oddzielającą człowieka od zwierzęcia, testującą jej charakter i podległość.
Każde pytanie, każdy jeden galeon, później następny, każde pytanie nagle tak suche wobec wcześniejszej salonowej gry dźgało jej chłodną, wykalkulowaną duszę, dźgało dumę z której była ukuta. Zamiast więc udzielenia bezpośredniej odpowiedzi, nachyliła się ku niemu, składając krótki pocałunek na chłodnym policzku, a potem szepnęła wprost do ucha znajdującego się tak blisko:
- Ja? Jestem bezcenna. Ale Ty mój drogi, skutecznie zapewniłeś sobie szansę ostatniego tańca ze swoją ulubioną baleriną tego teatru. Mam nadzieję, że los będzie nam sprzyjał. A teraz wybacz proszę, pomówić muszę z dyrektorem, widziałam, że mnie wzywa do siebie - wymówiła się gładko odstępując krok od niego i kłaniając się znów, tak jak to czyniła na scenie, roztaczając migotliwe piękno drogocennej zaklętej sukni, by później odfrunąć z gracją feniksa do prezydialnego stołu.