29.10.2025, 16:51 ✶
Życie na Nokturnie jest ciężkie. A co dopiero życie takiego nieszczęsnego panicza Malfoy’a. Cały dzień poświęcili na gromadnym sprzątaniu Necromomiconu, co samo w sobie nie brzmiało tak źle (jeśli wyjąć z równania zgubioną głowę lalki, trzy bardzo charakterne baby biorące w owym sprzątaniu udział i starego Malika, który za nic nie chciał się pozbyć wszystkich gratów i śmieci znoszonych latami do zakładu), ale … wróć. To była dłuższa historia, która zapewne kiedyś opowiedziana zostanie. Ale nie dziś.
Tak czy inaczej, gdy padł tak o suchym pysku śnił o tym co najpiękniejsze. Nie, nie o Scarlett. O tym co drugie… nie, nie o Lorraine. Trzecie? Nie, też nie o Oleandrze. Nieważne. Alkohol stał gdzieś bardzo wysoko na tej liście.
Siedział jak gdyby nigdy nic na schodkach przed Dans Macabre, grając w karty z jakimś bezdomnym Nokturniarzem i popijając winko z butelki. I nic ABSOLUTNIE nic humoru Baldwinowi zepsuć by nie mogło, gdyby nie fakt, że gruby, łysy typ mu potrącił butelkę. W dodatku nie przeprosił. Ani me, ani be, ani pocałuj mnie w dupę. Po prostu lazł jak to cielę dalej. A że przez niego Malfoy nie zauważył jak Nokturniarz podejrzał karty to straty oszacowano na pół butelki domowego porzeczkowego sikacza i dwanaście sykli.
Co za głupi chuj. stwierdził jakże elokwentnie. Ta zniewaga krwi wymagała, ale żeby dojść do etapu krwi to najpierw trzeba było gościa dorwać. Więc zwlókł się ze schodków, pokazał środkowy palec karcianemu koledze i lekko się chwiejąc ruszył na przygodę.
Gość skręcił w boczną uliczkę - Baldwin za nim. Wszedł do kamienicy - Baldwin zrobił tup tup tup po schodach i był na górze. Wlazł do jakiegoś mieszkania - Malfoy nawet nie pomyślał że nie wypada i wpakował się do środka.
Przygoda zakończyła się w sypialni.
Ale nie do końca tak jak Baldwin to sobie wyobrażał.
Typ jak na ostatniego creepa przystało nachylił się nad jakąś bogom ducha winną dziewczyną. Aha. Zajebiście. Najpierw niszczenie mienia (jego butelki z winem) a teraz morderstwo. No grabił sobie. W każdym innym przypadku Baldwin grzecznie by zaczekał aż jaśnie pan skończy, bo w końcu nie ma co przeszkadzać artyście przy pracy, ale… wychylił się z ciekawości, żeby tylko podejrzeć co to za ciekawy okaz leży w łóżeczku. Chwila. Moment. Czy to nie Mulciberówna?
- Oy! Pojebało?- Warknął. Różdżka znalazła się w jego ręku zanim zdążył pomyśleć. - Ale od naszej Charlie to ty się odpierdol z łaski swojej. Madame mi łeb przy dupie upierdoli!
Charlie… Charlie… z czymś mu się jeszcze kojarzyło to imię. Rzucił zaklęcie próbując transmutować nóż w pierwszą lepszą rzecz jaka mu przyszła na myśl.
No bo wiadomo, że jak Charlie to Mulciber to…
Transmutacja noża w chujoświeczkę
Nie, nigdy nie był orłem (ani innym pierzastym przyjacielem) z transmutacji, ale kto nie próbuje ten nie pije szampana.
Tak czy inaczej, gdy padł tak o suchym pysku śnił o tym co najpiękniejsze. Nie, nie o Scarlett. O tym co drugie… nie, nie o Lorraine. Trzecie? Nie, też nie o Oleandrze. Nieważne. Alkohol stał gdzieś bardzo wysoko na tej liście.
Scena 1
Siedział jak gdyby nigdy nic na schodkach przed Dans Macabre, grając w karty z jakimś bezdomnym Nokturniarzem i popijając winko z butelki. I nic ABSOLUTNIE nic humoru Baldwinowi zepsuć by nie mogło, gdyby nie fakt, że gruby, łysy typ mu potrącił butelkę. W dodatku nie przeprosił. Ani me, ani be, ani pocałuj mnie w dupę. Po prostu lazł jak to cielę dalej. A że przez niego Malfoy nie zauważył jak Nokturniarz podejrzał karty to straty oszacowano na pół butelki domowego porzeczkowego sikacza i dwanaście sykli.
Co za głupi chuj. stwierdził jakże elokwentnie. Ta zniewaga krwi wymagała, ale żeby dojść do etapu krwi to najpierw trzeba było gościa dorwać. Więc zwlókł się ze schodków, pokazał środkowy palec karcianemu koledze i lekko się chwiejąc ruszył na przygodę.
Gość skręcił w boczną uliczkę - Baldwin za nim. Wszedł do kamienicy - Baldwin zrobił tup tup tup po schodach i był na górze. Wlazł do jakiegoś mieszkania - Malfoy nawet nie pomyślał że nie wypada i wpakował się do środka.
Przygoda zakończyła się w sypialni.
Ale nie do końca tak jak Baldwin to sobie wyobrażał.
Typ jak na ostatniego creepa przystało nachylił się nad jakąś bogom ducha winną dziewczyną. Aha. Zajebiście. Najpierw niszczenie mienia (jego butelki z winem) a teraz morderstwo. No grabił sobie. W każdym innym przypadku Baldwin grzecznie by zaczekał aż jaśnie pan skończy, bo w końcu nie ma co przeszkadzać artyście przy pracy, ale… wychylił się z ciekawości, żeby tylko podejrzeć co to za ciekawy okaz leży w łóżeczku. Chwila. Moment. Czy to nie Mulciberówna?
- Oy! Pojebało?- Warknął. Różdżka znalazła się w jego ręku zanim zdążył pomyśleć. - Ale od naszej Charlie to ty się odpierdol z łaski swojej. Madame mi łeb przy dupie upierdoli!
Charlie… Charlie… z czymś mu się jeszcze kojarzyło to imię. Rzucił zaklęcie próbując transmutować nóż w pierwszą lepszą rzecz jaka mu przyszła na myśl.
No bo wiadomo, że jak Charlie to Mulciber to…
Transmutacja noża w chujoświeczkę
Rzut O 1d100 - 66
Sukces!
Sukces!
Nie, nigdy nie był orłem (ani innym pierzastym przyjacielem) z transmutacji, ale kto nie próbuje ten nie pije szampana.