29.10.2025, 16:55 ✶
To było wyjątkowo rozsądnie zadane pytanie, którego jednak zupełnie nie spodziewał się ze strony Yaxleyówny. Nie, nie dlatego, że nie podejrzewał jej o podobny rok myślowy. Doskonale wiedział, że Geraldine lubi drążyć, jednakże on sam po prostu nie przemyślał, jak to wszystko zabrzmi.
A brzmiało niewinnie, prawda? Dokładnie tak jak to podłapała: dlaczego miałaby mu nie uwierzyć? Przecież to było coś zupełnie zwyczajnego, pewna forma ich nowej normy. Wpadali do siebie nawzajem, gdy byli w okolicy, zazwyczaj nie mając najmniejszych problemów z tym, żeby dopasować do tego plany. Jak do tej pory, jeszcze nie odbił się od drzwi mieszkania przy Horyzontalnej, więc...
...wzruszył ramionami, mrucząc coś pod nosem, co nawet dla jego własnych uszu zabrzmiało, jakby brakowało w tym jakiegokolwiek jasnego, zrozumiałego słowa. No. Po prostu, tak? Był w okolicy, nie wydawało mu się, by powinien wracać do Doliny, co zresztą zaczynało coraz bardziej wchodzić mu w krew. Nie był to pojedynczy przypadek sprzyjających okoliczności, stąd chyba to jego pytanie, ale skoro nie zostało mu to wytknięte, on także nie zamierzał tego robić.
Zamiast tego wszedł głębiej do mieszkania, starając się ukryć reakcję na ten z pozoru przelotny, ale jednak wcale nie aż tak nieświadomy kontakt fizyczny.
Całe szczęście, zdążył minąć Geraldine i stanąć tyłem do niej, gdy padły te następne słowa, bo był niemalże całkowicie pewien tego, co na ułamek sekundy pojawiło się w jego oczach. Salon czy kuchnia? Niby znał rozkład pomieszczeń, niby to było coś normalnego, zwyczajny wybór miejsca, żeby spędzić razem trochę czasu, ale...
...jak zatrważająco proste byłoby niegdyś dla niego pociągnięcie wątku i odbicie pytania w ten szczególnie niedwuznaczny sposób. Wtedy, kiedy tak po prostu uniósłby brodę, uśmiechając się kącikiem ust i posyłając jej przeciągłe spojrzenie. Wszędzie, gdzie chcesz, prawda?
Mogliby zacząć od kuchni albo nawet tego cholernego korytarza, bo były najbliżej, przejść do salonu, kończąc w sypialni, a potem kontynuując w wannie w łazience lub pod prysznicem. Mogliby spędzić resztę wieczoru na skórze przed rozpalonym kominkiem, leżąc nago w swoich objęciach, wpatrując się w pęknięcia na suficie i śledząc ruch światłocienia wpadającego przez zasłony.
Rano wcale nie byłoby inaczej. Uniknęliby niezręczności, niepewnych spojrzeń. Po prostu wypiliby razem kawę, a potem parokrotnie zagarnąłby usta Geraldine w pocałunku, mamrocząc przez zduszony oddech coś o tym, że nie powinien się spóźnić na dyżur, mimo to nie przestając całować dziewczyny. Kilkanaście minut później założyłby jej kosmyk rozczochranych włosów za ucho, naciągając spodnie i zapinając pasek.
A po pracy kupiłby jej bukiet specjalnie wybranych kwiatów, których znaczenie byłoby nie do końca jasne dla niej, wyjątkowo jasne dla niego, ale mimo to, tak czy siak otrzymałby uśmiech i kolejny, tym razem nie kradziony pocałunek. Od tego momentu wszystko byłoby dużo prostsze, znacznie bardziej jasne i pozbawione zbędnego napięcia, które w tym momencie nocami potrafiło doprowadzać go na skraj szaleństwa.
- Jadłaś coś? - Spytał zamiast tego, mrugając i powracając do rzeczywistości, od której oderwał się na ułamek sekundy. - Jeśli tak, możemy przejść do salonu - tak, jego odpowiedź była dwojaka, ale Yaxleyówna przecież mogła się tego spodziewać, nieprawdaż?
Rzadko kiedy był przy niej bardzo prostolinijny, ich relacja miała w sobie zdecydowanie zbyt wiele pobocznych wątków, tych wszystkich wykorzystanych i niewykorzystanych , i skutecznie zamiatanych pod dywan przez niego możliwości.
- Niby to ekonomiczne, ale lepiej nie pić na pusty żołądek, nie? - Stwierdził, wzruszając ramionami na wspomnienie własnej kanapki zjedzonej przed paroma godzinami tylko dlatego, że na oddziale oraz w kafeterii panował wyjątkowy spokój i porządek.
W ostatnim czasie to Geraldine zwykła gonić go do jedzenia. Teraz mogli to trochę obrócić. Mimo wszystko, miał ochotę na coś mocniejszego, całkiem poważnie rozważając, na ile mogłoby mu to ułatwić zebranie myśli i tę jedną wypowiedź. Powinien zadać to pytanie, lepiej byłoby mieć to już z głowy, ale do tego chyba wyjątkowo potrzebował zewnętrznej pomocy.
A brzmiało niewinnie, prawda? Dokładnie tak jak to podłapała: dlaczego miałaby mu nie uwierzyć? Przecież to było coś zupełnie zwyczajnego, pewna forma ich nowej normy. Wpadali do siebie nawzajem, gdy byli w okolicy, zazwyczaj nie mając najmniejszych problemów z tym, żeby dopasować do tego plany. Jak do tej pory, jeszcze nie odbił się od drzwi mieszkania przy Horyzontalnej, więc...
...wzruszył ramionami, mrucząc coś pod nosem, co nawet dla jego własnych uszu zabrzmiało, jakby brakowało w tym jakiegokolwiek jasnego, zrozumiałego słowa. No. Po prostu, tak? Był w okolicy, nie wydawało mu się, by powinien wracać do Doliny, co zresztą zaczynało coraz bardziej wchodzić mu w krew. Nie był to pojedynczy przypadek sprzyjających okoliczności, stąd chyba to jego pytanie, ale skoro nie zostało mu to wytknięte, on także nie zamierzał tego robić.
Zamiast tego wszedł głębiej do mieszkania, starając się ukryć reakcję na ten z pozoru przelotny, ale jednak wcale nie aż tak nieświadomy kontakt fizyczny.
Całe szczęście, zdążył minąć Geraldine i stanąć tyłem do niej, gdy padły te następne słowa, bo był niemalże całkowicie pewien tego, co na ułamek sekundy pojawiło się w jego oczach. Salon czy kuchnia? Niby znał rozkład pomieszczeń, niby to było coś normalnego, zwyczajny wybór miejsca, żeby spędzić razem trochę czasu, ale...
...jak zatrważająco proste byłoby niegdyś dla niego pociągnięcie wątku i odbicie pytania w ten szczególnie niedwuznaczny sposób. Wtedy, kiedy tak po prostu uniósłby brodę, uśmiechając się kącikiem ust i posyłając jej przeciągłe spojrzenie. Wszędzie, gdzie chcesz, prawda?
Mogliby zacząć od kuchni albo nawet tego cholernego korytarza, bo były najbliżej, przejść do salonu, kończąc w sypialni, a potem kontynuując w wannie w łazience lub pod prysznicem. Mogliby spędzić resztę wieczoru na skórze przed rozpalonym kominkiem, leżąc nago w swoich objęciach, wpatrując się w pęknięcia na suficie i śledząc ruch światłocienia wpadającego przez zasłony.
Rano wcale nie byłoby inaczej. Uniknęliby niezręczności, niepewnych spojrzeń. Po prostu wypiliby razem kawę, a potem parokrotnie zagarnąłby usta Geraldine w pocałunku, mamrocząc przez zduszony oddech coś o tym, że nie powinien się spóźnić na dyżur, mimo to nie przestając całować dziewczyny. Kilkanaście minut później założyłby jej kosmyk rozczochranych włosów za ucho, naciągając spodnie i zapinając pasek.
A po pracy kupiłby jej bukiet specjalnie wybranych kwiatów, których znaczenie byłoby nie do końca jasne dla niej, wyjątkowo jasne dla niego, ale mimo to, tak czy siak otrzymałby uśmiech i kolejny, tym razem nie kradziony pocałunek. Od tego momentu wszystko byłoby dużo prostsze, znacznie bardziej jasne i pozbawione zbędnego napięcia, które w tym momencie nocami potrafiło doprowadzać go na skraj szaleństwa.
- Jadłaś coś? - Spytał zamiast tego, mrugając i powracając do rzeczywistości, od której oderwał się na ułamek sekundy. - Jeśli tak, możemy przejść do salonu - tak, jego odpowiedź była dwojaka, ale Yaxleyówna przecież mogła się tego spodziewać, nieprawdaż?
Rzadko kiedy był przy niej bardzo prostolinijny, ich relacja miała w sobie zdecydowanie zbyt wiele pobocznych wątków, tych wszystkich wykorzystanych i niewykorzystanych , i skutecznie zamiatanych pod dywan przez niego możliwości.
- Niby to ekonomiczne, ale lepiej nie pić na pusty żołądek, nie? - Stwierdził, wzruszając ramionami na wspomnienie własnej kanapki zjedzonej przed paroma godzinami tylko dlatego, że na oddziale oraz w kafeterii panował wyjątkowy spokój i porządek.
W ostatnim czasie to Geraldine zwykła gonić go do jedzenia. Teraz mogli to trochę obrócić. Mimo wszystko, miał ochotę na coś mocniejszego, całkiem poważnie rozważając, na ile mogłoby mu to ułatwić zebranie myśli i tę jedną wypowiedź. Powinien zadać to pytanie, lepiej byłoby mieć to już z głowy, ale do tego chyba wyjątkowo potrzebował zewnętrznej pomocy.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down