29.10.2025, 19:09 ✶
To była już ta zdecydowanie luźniejsza, mniej żywa część wieczoru, nawet jeśli gdzieś w oddali orkiestra nadal dzielnie grała, zachęcając nielicznych niedobitków do poruszania się w rytm muzyki albo chociażby do nucenia jej pod nosem. Po prawdzie mówiąc, mało kto był jeszcze na tyle energiczny, aby wybierać pierwszą z opcji. Chociaż niektórzy z wujostwa najwyraźniej uznali to za doskonały moment, aby po raz pierwszy tej nocy pokazać to, co naprawdę grało im w duszy. No cóż. Wesela rządziły się własnymi prawami i bez wątpienia potrafiły zaskoczyć.
Sam Ambroise od dłuższego czasu siedział przy przy stoliku przysuniętym niemal do ściany świerków na obrzeżach parkietu, opierając łokcie o kolana i starając się nadążyć za nieustannie zmieniającym się tematem rozmowy o wszystkim i niczym, jaką prowadził z resztą towarzyszy. Wszystkich z nich na tyle nietrzeźwych, że dialog o zakończeniu sezonu międzynarodowych rozgrywek w Quidditcha potrafił w zaledwie kilka sekund zmienić się w rozmowę o walorach smakowych lokalnej księżycówki i o hodowli poszczególnych rodzajów ziemniaków wykorzystywanych do produkcji wódki...
...a tak na marginesie, pamiętacie rok pięćdziesiąty drugi i...?...
...tylko po to, żeby zaraz wrócić do porównywania umiejętności prezentowanych przez graczy z poszczególnych drużyn...
...no, a jak już jesteśmy w temacie drużyn, to po tamtej akcji z pięćdziesiątego siódmego...
...weź już się zamknij, bo pierdolisz, zupełnie mieszasz fakty.
Bawił się obrączką, obracając ją między palcami tylko po to, by moment później nasunąć ją sobie na palec, z myślą o swoich niezbyt skoordynowanych, odrobinę nazbyt rozluźnionych ruchach. W tych warunkach naprawdę łatwo byłoby zgubić tak mały przedmiot, a nie chciał spędzać kilku kolejnych godzin na szukaniu złota w trawie. Abstrahując od tego, że nikt, prócz jego najbliższego towarzystwa zapewne by tego nie zauważył, więc pewnie nie musiałby tłumaczyć się z tego, co robi na kolanach, w eleganckim garniturze, tarzając się po wilgotnej trawie.
Noc była już wyjątkowo późna i mglista, choć nikt nie chciał o tym mówić. Wysoko nad ich głowami migotały girlandy świateł, a księżyc w pełni, który co jakiś czas wychylał się zza chmur, rozświetlał wszystko jasnym, chłodnym blaskiem.
Obrączka jakimś cudem znowu znalazła się w jego dłoni, nie na palcu, więc ponownie obrócił ją kilka razy, jednocześnie parskając urywanym, trochę szczekliwym śmiechem na coś, co powiedział ktoś przy stoliku. Jakoś tak wyszło, że średnio zarejestrował, kto. Zresztą, sam komentarz również szybko uleciał z pamięci Greengrassa, gdy do jego uszu dotarły (z lekkim opóźnieniem, warto dodać) słowa Geraldine. Zmarszczył brwi, mrużąc oczy i unosząc spojrzenie na żonę.
- Który wujek? - Spytał, choć nie było to zbyt istotne.
Najważniejsze, że w tym momencie miała jego pełną (czyli nikłą i rozproszoną, ale całkiem szczerą) uwagę. Ambroise zaczerpnął oddech, przenosząc spojrzenie na twarze reszty towarzystwa, a potem bardzo lekko (i nieskoordynowanie) wzruszając ramionami. No, to chyba powinni podnieść się na nogi, co nie?
I rzeczywiście. Faktycznie, moment później ruszyli w kierunku, w którym z dużym prawdopodobieństwem udał się najdroższy wujas, uciekinier z imprezy.
Roisa ani trochę nie zdziwiło przy tym, że jedyne dwie damskie przedstawicielki grupy poszukiwawczej wyrwały do przodu, podczas gdy oni szli parę metrów za dziewczynami. Co prawda, w miarę możliwości, rozglądając się za innymi tropami niż znaleziony kapelusz, ale...
...cóż.
W chwili, w której przez ułamek sekundy zdawało mu się, że natrafili na światełko w tunelu, oto znajdując zgubę, na jego ustach pojawiło się coś na kształt zadowolonego uśmiechu. Tego, który zgasł tak szybko, jak się pojawił, gdy dotarło do niego zdecydowanie zbyt skomplikowane zdanie o świetle Matki. Mimo to, kiwnął głową, mrucząc pod nosem coś na kształt odpowiedzi, prawdopodobnie całkiem dogodnie przykrytej pytaniem o wuja, który postanowił się zgubić.
Był uratowany. Ambroise, nie wuj, wuj nadal znajdował się w tylko sobie znanej (a może i nieznanej) lokalizacji.
Sam Ambroise od dłuższego czasu siedział przy przy stoliku przysuniętym niemal do ściany świerków na obrzeżach parkietu, opierając łokcie o kolana i starając się nadążyć za nieustannie zmieniającym się tematem rozmowy o wszystkim i niczym, jaką prowadził z resztą towarzyszy. Wszystkich z nich na tyle nietrzeźwych, że dialog o zakończeniu sezonu międzynarodowych rozgrywek w Quidditcha potrafił w zaledwie kilka sekund zmienić się w rozmowę o walorach smakowych lokalnej księżycówki i o hodowli poszczególnych rodzajów ziemniaków wykorzystywanych do produkcji wódki...
...a tak na marginesie, pamiętacie rok pięćdziesiąty drugi i...?...
...tylko po to, żeby zaraz wrócić do porównywania umiejętności prezentowanych przez graczy z poszczególnych drużyn...
...no, a jak już jesteśmy w temacie drużyn, to po tamtej akcji z pięćdziesiątego siódmego...
...weź już się zamknij, bo pierdolisz, zupełnie mieszasz fakty.
Bawił się obrączką, obracając ją między palcami tylko po to, by moment później nasunąć ją sobie na palec, z myślą o swoich niezbyt skoordynowanych, odrobinę nazbyt rozluźnionych ruchach. W tych warunkach naprawdę łatwo byłoby zgubić tak mały przedmiot, a nie chciał spędzać kilku kolejnych godzin na szukaniu złota w trawie. Abstrahując od tego, że nikt, prócz jego najbliższego towarzystwa zapewne by tego nie zauważył, więc pewnie nie musiałby tłumaczyć się z tego, co robi na kolanach, w eleganckim garniturze, tarzając się po wilgotnej trawie.
Noc była już wyjątkowo późna i mglista, choć nikt nie chciał o tym mówić. Wysoko nad ich głowami migotały girlandy świateł, a księżyc w pełni, który co jakiś czas wychylał się zza chmur, rozświetlał wszystko jasnym, chłodnym blaskiem.
Obrączka jakimś cudem znowu znalazła się w jego dłoni, nie na palcu, więc ponownie obrócił ją kilka razy, jednocześnie parskając urywanym, trochę szczekliwym śmiechem na coś, co powiedział ktoś przy stoliku. Jakoś tak wyszło, że średnio zarejestrował, kto. Zresztą, sam komentarz również szybko uleciał z pamięci Greengrassa, gdy do jego uszu dotarły (z lekkim opóźnieniem, warto dodać) słowa Geraldine. Zmarszczył brwi, mrużąc oczy i unosząc spojrzenie na żonę.
- Który wujek? - Spytał, choć nie było to zbyt istotne.
Najważniejsze, że w tym momencie miała jego pełną (czyli nikłą i rozproszoną, ale całkiem szczerą) uwagę. Ambroise zaczerpnął oddech, przenosząc spojrzenie na twarze reszty towarzystwa, a potem bardzo lekko (i nieskoordynowanie) wzruszając ramionami. No, to chyba powinni podnieść się na nogi, co nie?
I rzeczywiście. Faktycznie, moment później ruszyli w kierunku, w którym z dużym prawdopodobieństwem udał się najdroższy wujas, uciekinier z imprezy.
Roisa ani trochę nie zdziwiło przy tym, że jedyne dwie damskie przedstawicielki grupy poszukiwawczej wyrwały do przodu, podczas gdy oni szli parę metrów za dziewczynami. Co prawda, w miarę możliwości, rozglądając się za innymi tropami niż znaleziony kapelusz, ale...
...cóż.
W chwili, w której przez ułamek sekundy zdawało mu się, że natrafili na światełko w tunelu, oto znajdując zgubę, na jego ustach pojawiło się coś na kształt zadowolonego uśmiechu. Tego, który zgasł tak szybko, jak się pojawił, gdy dotarło do niego zdecydowanie zbyt skomplikowane zdanie o świetle Matki. Mimo to, kiwnął głową, mrucząc pod nosem coś na kształt odpowiedzi, prawdopodobnie całkiem dogodnie przykrytej pytaniem o wuja, który postanowił się zgubić.
Był uratowany. Ambroise, nie wuj, wuj nadal znajdował się w tylko sobie znanej (a może i nieznanej) lokalizacji.