29.10.2025, 20:27 ✶
- Tak. Mięliśmy już okazję. - Mieli wiele okazji. Pogrzeb męża Lorien był ostatnią z nich. Pogrzeb, po którym poszła razem z Anthonym do smoczego grobowca. Poszła by wrócić do grobowca wiktoriańskiego.
Zazdrość, która szarpała jego trzewiami przed tygodniem, została spopielona i oddana wiatrom przemierzającym poranioną Anglię. Wobec prawdy, którą wyjawiła mu na temat swojej diagnozy stał nagi i bezbronny, nie zamierzając się kłócić ni oponować. Czas ofiarowany im zawsze cenniejszy był od złota, teraz zaś jego wartość wzrosła tak niewyobrażalnie, że najtęższe umysły i księgowi Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego nie byłyby w stanie go wycenić.
Alexander Mulciber. Niewymowny. Brat.
Czy gdyby jego czas był odmierzany w dniach, też chciałby znaleźć się najbliżej połowy swojej duszy? Czy to był powód dla którego Morpheus finalnie zamieszkał na Horyzontalnej? Dla którego odkupił od niego dom na tyłach littlhangletońskiej posiadłości?
Anthony Shafiq przypominał nieco posągi z własnego ogrodu. Przystojna twarz rzadko kiedy zmieniała się, szczególnie teraz, gdy był poza swoim bezpiecznym gniazdem. Życzliwy uśmiech i czujność właściwa czasowi, który spędzał z jasnowidzem o którego umiejętnościach wiedział. Zadbał aby dziś, aby tego dnia nie robić nic, nie umawiać nic po tym spotkaniu. Zaufanie, którym obdarzała gospodarza jego przyjaciółka, nie było jego udziałem.
Wyciągnął rękę na powitanie, gdy Lorien zabrała już z cudzego pocałunku swoje skrzydła. Powitanie uściskiem w odmierzonym standardzie właściwe ministerialnemu księciu. Brał pod uwagę również to, że Mulciber nie będzie chciał tej dłoni uścisnąć, choć liczył na to, że oboje kierowani podobną motywacją, wspólnym szacunkiem do trzeciej składowej, zachowają się jak na cywilizowanych czystokrwistych czarodziei przystało.
- Nigdy nie mieliśmy jednak okazji mieć tego komfortu swobodnej rozmowy, zawsze w biegu, zawsze z powodów innych, niż czysta potrzeba serca. - Sięgnął do torby po czarne szkło zalakowanej butelki. - Przyniosłem wino. - Wyciągnął podarek w kierunku mężczyzny, jeśli ten miał ochotę go zobaczyć przed przekazaniem go służbie. Czerwone, bogate Barolo nie pochodziło z żadnej z jego winnic. Pio Cesare było włoską winnicą, do której czasem zaglądał, w swojej kolekcji miał kilka butelek z przełomu wieków, a dziś okazja zdawała mu się odpowiednią na rocznik 1898.
Zazdrość, która szarpała jego trzewiami przed tygodniem, została spopielona i oddana wiatrom przemierzającym poranioną Anglię. Wobec prawdy, którą wyjawiła mu na temat swojej diagnozy stał nagi i bezbronny, nie zamierzając się kłócić ni oponować. Czas ofiarowany im zawsze cenniejszy był od złota, teraz zaś jego wartość wzrosła tak niewyobrażalnie, że najtęższe umysły i księgowi Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego nie byłyby w stanie go wycenić.
Alexander Mulciber. Niewymowny. Brat.
Czy gdyby jego czas był odmierzany w dniach, też chciałby znaleźć się najbliżej połowy swojej duszy? Czy to był powód dla którego Morpheus finalnie zamieszkał na Horyzontalnej? Dla którego odkupił od niego dom na tyłach littlhangletońskiej posiadłości?
Anthony Shafiq przypominał nieco posągi z własnego ogrodu. Przystojna twarz rzadko kiedy zmieniała się, szczególnie teraz, gdy był poza swoim bezpiecznym gniazdem. Życzliwy uśmiech i czujność właściwa czasowi, który spędzał z jasnowidzem o którego umiejętnościach wiedział. Zadbał aby dziś, aby tego dnia nie robić nic, nie umawiać nic po tym spotkaniu. Zaufanie, którym obdarzała gospodarza jego przyjaciółka, nie było jego udziałem.
Wyciągnął rękę na powitanie, gdy Lorien zabrała już z cudzego pocałunku swoje skrzydła. Powitanie uściskiem w odmierzonym standardzie właściwe ministerialnemu księciu. Brał pod uwagę również to, że Mulciber nie będzie chciał tej dłoni uścisnąć, choć liczył na to, że oboje kierowani podobną motywacją, wspólnym szacunkiem do trzeciej składowej, zachowają się jak na cywilizowanych czystokrwistych czarodziei przystało.
- Nigdy nie mieliśmy jednak okazji mieć tego komfortu swobodnej rozmowy, zawsze w biegu, zawsze z powodów innych, niż czysta potrzeba serca. - Sięgnął do torby po czarne szkło zalakowanej butelki. - Przyniosłem wino. - Wyciągnął podarek w kierunku mężczyzny, jeśli ten miał ochotę go zobaczyć przed przekazaniem go służbie. Czerwone, bogate Barolo nie pochodziło z żadnej z jego winnic. Pio Cesare było włoską winnicą, do której czasem zaglądał, w swojej kolekcji miał kilka butelek z przełomu wieków, a dziś okazja zdawała mu się odpowiednią na rocznik 1898.