29.10.2025, 21:26 ✶
Przez moment stał, milczał, nie oddychał, a tylko szklisty wzrok przślizgujący się po jego pięknej kuchni...
Był zmęczony owszem. Napięcie zabijało go od środka. Poczucie winy. Bezsilność. Potrzeba zrobienia czegokolwiek. Chęć ukrycia się przed wszystkim.
Miał być dobrym gospodarzem, dlatego nie zaczął krzyczeć. Podszedł sztywno do otwartej drugiej butelki, gestem dłoni przywołał do siebie kieliszek i wlał doń całą zawartość, która pozostała jeszcze nietknięta.
- Zaraz przyniosę Wam nową. - sądząc po opowieściach tegoroczny opalooki powinien im przypaść do gustu. Lekki, mieniący się złocistym łagodnym różem, jak łuska smoka inspirującego winiarzy do takiego a nie innego odcienia trunku. No chyba, że piły w kubkach. Barbarzyńcy, pomyślał upijając nadmiar wina, który nie powinien się zgodnie z uznaną w świecie standaryzacją znaleźć w tymże kieliszku. Palcami chciał złapać kawałek sera, ale skrzywił się na myśl o jego lepistej i tłustej konsystencji, poszukał więc widelczyka.
- Nie odchodzę z Ministerstwa. Jonathan kazał mi zostać. - Odpowiedział Quintessie ignorując na razie obecnośc Jolene, której przecież nie znał, ale energetyka łącząca ją z przyjaciółką sprawiała, że trochę w jego wyobrażeniu obecnych domowników stanowiły dwugłową hydrę. Nie opłacało się ścinać któregoś z łbów, historia uczyła że w jego miejsce rosną dwa kolejne.
Wosk.
Wszędzie wosk.
Z trudem przełknął, a jego żołądek bezczelnie zaskomlał. W sumie to było chyba jego śniadanie...
- Ustaliliśmy warunki brzegowe naszej koegzystencji w biurze - raportował dalej głosem pozbawionym wyrazu. Jako gospodarz powinien błyszczeć, powinien zabawiać, powinien zapewniać gościom dobry humor. Co zrobić, gdy nie mógł przestać myśleć o tym, że blatu tego stołu nie doczyści, żadne zaklęcie? I nie miało znaczenia, że stół ten z pewnością nie był antyczny, a przed Spaloną Nocą w tym miejscu Shafiq pojawiał się dwa razy do roku, bo zwykle jego skrzat domowy Wergiliusz teleportował mu jedzenie wprost do gabinetu lub sypialni?
Ale zaraz... bo mówił tylko o sobie... Zwilżył wargi, posiadając absolutną pustkę w głowie na ten moment konfrontacji. Nie, to nie była walka. To było w domyśle miłe wieczorne spotkanie w kuchni.
- Ładny kolor. - wskazał na jedną z nielicznych świeczek, która dla niego posiadała kolor. Przypominał jej oczy Lorien. Nie mógł jednak wykluczyć, że jest to ciemny fiolet, a pozbawione możliwości widzenia czerwonego oczy interpretują to jako kobalt. - Dobrze słyszeć, że odpoczywacie po tym co Was spotkało. - spróbował się uśmiechnąć do Jo, gdy podobnie chciał uśmiechnąć się do Quintessy, jakoś ześlizgnął się by uniknąć skrzyżowania ich spojrzeń.
- Może nie będę Wam przeszkadzał, pójdę do... do siebie. - do biura. Tak. W sypialni mogła być Jackie.
Był zmęczony owszem. Napięcie zabijało go od środka. Poczucie winy. Bezsilność. Potrzeba zrobienia czegokolwiek. Chęć ukrycia się przed wszystkim.
Miał być dobrym gospodarzem, dlatego nie zaczął krzyczeć. Podszedł sztywno do otwartej drugiej butelki, gestem dłoni przywołał do siebie kieliszek i wlał doń całą zawartość, która pozostała jeszcze nietknięta.
- Zaraz przyniosę Wam nową. - sądząc po opowieściach tegoroczny opalooki powinien im przypaść do gustu. Lekki, mieniący się złocistym łagodnym różem, jak łuska smoka inspirującego winiarzy do takiego a nie innego odcienia trunku. No chyba, że piły w kubkach. Barbarzyńcy, pomyślał upijając nadmiar wina, który nie powinien się zgodnie z uznaną w świecie standaryzacją znaleźć w tymże kieliszku. Palcami chciał złapać kawałek sera, ale skrzywił się na myśl o jego lepistej i tłustej konsystencji, poszukał więc widelczyka.
- Nie odchodzę z Ministerstwa. Jonathan kazał mi zostać. - Odpowiedział Quintessie ignorując na razie obecnośc Jolene, której przecież nie znał, ale energetyka łącząca ją z przyjaciółką sprawiała, że trochę w jego wyobrażeniu obecnych domowników stanowiły dwugłową hydrę. Nie opłacało się ścinać któregoś z łbów, historia uczyła że w jego miejsce rosną dwa kolejne.
Wosk.
Wszędzie wosk.
Z trudem przełknął, a jego żołądek bezczelnie zaskomlał. W sumie to było chyba jego śniadanie...
- Ustaliliśmy warunki brzegowe naszej koegzystencji w biurze - raportował dalej głosem pozbawionym wyrazu. Jako gospodarz powinien błyszczeć, powinien zabawiać, powinien zapewniać gościom dobry humor. Co zrobić, gdy nie mógł przestać myśleć o tym, że blatu tego stołu nie doczyści, żadne zaklęcie? I nie miało znaczenia, że stół ten z pewnością nie był antyczny, a przed Spaloną Nocą w tym miejscu Shafiq pojawiał się dwa razy do roku, bo zwykle jego skrzat domowy Wergiliusz teleportował mu jedzenie wprost do gabinetu lub sypialni?
Ale zaraz... bo mówił tylko o sobie... Zwilżył wargi, posiadając absolutną pustkę w głowie na ten moment konfrontacji. Nie, to nie była walka. To było w domyśle miłe wieczorne spotkanie w kuchni.
- Ładny kolor. - wskazał na jedną z nielicznych świeczek, która dla niego posiadała kolor. Przypominał jej oczy Lorien. Nie mógł jednak wykluczyć, że jest to ciemny fiolet, a pozbawione możliwości widzenia czerwonego oczy interpretują to jako kobalt. - Dobrze słyszeć, że odpoczywacie po tym co Was spotkało. - spróbował się uśmiechnąć do Jo, gdy podobnie chciał uśmiechnąć się do Quintessy, jakoś ześlizgnął się by uniknąć skrzyżowania ich spojrzeń.
- Może nie będę Wam przeszkadzał, pójdę do... do siebie. - do biura. Tak. W sypialni mogła być Jackie.