30.10.2025, 02:45 ✶
Mimo atmosfery, jaka ogarnęła stolicę po nie tak dawnych pożarach, Ambroise miał raczej bardzo neutralny stosunek do zakupów. Przywykł do wizyt na straganach rozstawionych wzdłuż Pokątnej przy okazji różnorodnych sabatów, a już szczególnie podczas Mabon. Tego, które w tym roku nadeszło dla niego zupełnie niepostrzeżenie.
Po prawdzie mówiąc, dopóki nikt nie zmuszał go do niczego, co mogłoby wiązać się ze staniem przy jednym ze stoisk i kwestowaniem na rzecz różnorodnych smoków z walijskiego rezerwatu, raczej nie czuł się źle w tym miejscu. Być może pozostawał trochę bardziej czujny niż zazwyczaj. Możliwe, że momentami odrobinę dostrzegalnie osłaniał sobą narzeczoną trzymającą go pod ramię (oczywiście odruchowo, półautomatycznie; pewne rzeczy przychodziły mu same z siebie, nie dlatego, że sądził, że nie poradzi sobie sama). Ale w gruncie rzeczy?
Ot, nawet ze wszystkim, co wydarzyło się z początkiem września, ten konkretny wypad do Londynu był dla niego wyjątkowo normalny, będący naprawdę przyjemnym (jeśli dało się tak mówić w tych okolicznościach) kontrastem dla zeszłorocznego sabatu, który Ambroise spędził głównie na dyżurze w pracy. Warto dodać, że całkowicie celowo ustawionym w ten sposób, aby panicz Greengrass pojawił się wtedy głównie na rodzinnej kolacji, mogąc uniknąć podobnych spacerów w towarzystwie siostry i macochy.
Tym razem było inaczej. Zdecydowanie. Może nie do końca traktował to jak spełnienie jego skrytych marzeń. Dużo bardziej wolałby spędzić ten czas w innym miejscu oraz w innych okolicznościach, ale w tym momencie najważniejsze wydawało mu się to, z kim, nie gdzie przebywa.
To miało dla niego największe znaczenie. Szczególnie w obliczu świadomości tego, co miało nadejść dla nich już raptem za kilkanaście godzin. Ta myśl była tak samo dobra, co poniekąd absurdalna. Jeszcze tylko kolacje z rodzinami, ten jeden wieczór, jedna noc i...
- Myślałem o czymś z kategorii, hm - przerwał na moment, szukając właściwego słowa - jadalnej. Miód, może jakieś lecznicze herbaty - on również raczej wychodził z założenia, że w tym roku robili coś dla społeczności, wspomagając rzemieślników poprzez kupowanie wyrobów.
Tak właściwie, gdy o tym myślał, sam nie miał chwilowo żadnych większych potrzeb. Wszystkie miały zostać spełnione w przeciągu kilku najbliższych dni, a skupowanie zbyt wielu rzeczy tuż przed tym, gdy i tak mieli mieć spore logistyczne zamieszanie, nie wydawało się zbyt mądre. Co innego wręczenie czegoś komuś, kto im pomagał...
- Ciotka pewnie nie pogardziłaby szalem, ale wątpię, że znajdziemy tu jakiś właściwy - z jednej strony zasugerował, odpowiadając na pytanie, z drugiej zaś jednak niemalże od razu wykluczył własną odpowiedź; no, wspaniale. - Biżuteria? Rzemieślnicy w tym roku chyba szczególnie ją sobie upodobali - zauważył na podstawie kilku przelotnych spojrzeń rzuconych w kierunku pobliskich straganów.
Wyglądało na to, że w asortymencie nie brakowało szczególnie kolczyków z motywami roślinnymi. Dostrzegał także całkiem przyzwoity wybór rzemykowych bransoletek, a może nawet jakieś całkiem obiecująco wyglądające chusty, szale, szaliki i płaszcze. Sam zresztą bez wątpienia powinien pomyśleć o nabyciu nowego wierzchniego odzienia, jednakże raczej zostawiał to na późniejszą chwilę i zupełnie inne miejsce. W tym wypadku, Rina miała rację.
- Fakt, miło byłoby kupić coś symbolicznego dla wszystkich - przytaknął, rozglądając się dookoła nich.
To nie była tylko kwestia olbrzymiej pomocy, jaką teraz otrzymywali. Roise na ogół nie stronił od tej części zwyczajów, która dotyczyła drobnych podarków. Co prawda, głównie to Yule obfitowało w wymiany prezentów, ale tak właściwie, czyż nie każdy sabat mógł być do tego idealny? Nie potrzebowali pretekstu, aby zrobić komuś przyjemność. Szczególnie, gdy sami byli wyjątkowo szczęśliwi.
Po prawdzie mówiąc, dopóki nikt nie zmuszał go do niczego, co mogłoby wiązać się ze staniem przy jednym ze stoisk i kwestowaniem na rzecz różnorodnych smoków z walijskiego rezerwatu, raczej nie czuł się źle w tym miejscu. Być może pozostawał trochę bardziej czujny niż zazwyczaj. Możliwe, że momentami odrobinę dostrzegalnie osłaniał sobą narzeczoną trzymającą go pod ramię (oczywiście odruchowo, półautomatycznie; pewne rzeczy przychodziły mu same z siebie, nie dlatego, że sądził, że nie poradzi sobie sama). Ale w gruncie rzeczy?
Ot, nawet ze wszystkim, co wydarzyło się z początkiem września, ten konkretny wypad do Londynu był dla niego wyjątkowo normalny, będący naprawdę przyjemnym (jeśli dało się tak mówić w tych okolicznościach) kontrastem dla zeszłorocznego sabatu, który Ambroise spędził głównie na dyżurze w pracy. Warto dodać, że całkowicie celowo ustawionym w ten sposób, aby panicz Greengrass pojawił się wtedy głównie na rodzinnej kolacji, mogąc uniknąć podobnych spacerów w towarzystwie siostry i macochy.
Tym razem było inaczej. Zdecydowanie. Może nie do końca traktował to jak spełnienie jego skrytych marzeń. Dużo bardziej wolałby spędzić ten czas w innym miejscu oraz w innych okolicznościach, ale w tym momencie najważniejsze wydawało mu się to, z kim, nie gdzie przebywa.
To miało dla niego największe znaczenie. Szczególnie w obliczu świadomości tego, co miało nadejść dla nich już raptem za kilkanaście godzin. Ta myśl była tak samo dobra, co poniekąd absurdalna. Jeszcze tylko kolacje z rodzinami, ten jeden wieczór, jedna noc i...
- Myślałem o czymś z kategorii, hm - przerwał na moment, szukając właściwego słowa - jadalnej. Miód, może jakieś lecznicze herbaty - on również raczej wychodził z założenia, że w tym roku robili coś dla społeczności, wspomagając rzemieślników poprzez kupowanie wyrobów.
Tak właściwie, gdy o tym myślał, sam nie miał chwilowo żadnych większych potrzeb. Wszystkie miały zostać spełnione w przeciągu kilku najbliższych dni, a skupowanie zbyt wielu rzeczy tuż przed tym, gdy i tak mieli mieć spore logistyczne zamieszanie, nie wydawało się zbyt mądre. Co innego wręczenie czegoś komuś, kto im pomagał...
- Ciotka pewnie nie pogardziłaby szalem, ale wątpię, że znajdziemy tu jakiś właściwy - z jednej strony zasugerował, odpowiadając na pytanie, z drugiej zaś jednak niemalże od razu wykluczył własną odpowiedź; no, wspaniale. - Biżuteria? Rzemieślnicy w tym roku chyba szczególnie ją sobie upodobali - zauważył na podstawie kilku przelotnych spojrzeń rzuconych w kierunku pobliskich straganów.
Wyglądało na to, że w asortymencie nie brakowało szczególnie kolczyków z motywami roślinnymi. Dostrzegał także całkiem przyzwoity wybór rzemykowych bransoletek, a może nawet jakieś całkiem obiecująco wyglądające chusty, szale, szaliki i płaszcze. Sam zresztą bez wątpienia powinien pomyśleć o nabyciu nowego wierzchniego odzienia, jednakże raczej zostawiał to na późniejszą chwilę i zupełnie inne miejsce. W tym wypadku, Rina miała rację.
- Fakt, miło byłoby kupić coś symbolicznego dla wszystkich - przytaknął, rozglądając się dookoła nich.
To nie była tylko kwestia olbrzymiej pomocy, jaką teraz otrzymywali. Roise na ogół nie stronił od tej części zwyczajów, która dotyczyła drobnych podarków. Co prawda, głównie to Yule obfitowało w wymiany prezentów, ale tak właściwie, czyż nie każdy sabat mógł być do tego idealny? Nie potrzebowali pretekstu, aby zrobić komuś przyjemność. Szczególnie, gdy sami byli wyjątkowo szczęśliwi.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down