30.10.2025, 04:34 ✶
Dora potarła oczy - mocno i tak jak pewnie nie powinna, ale dziwaczne, mirażowe rozbłyski gdzieś na granicy świadomości, nie do końca ją w tym momencie bawiły czy chociażby ciekawiły. Może w innej sytuacji, obdartej z tego niepokoju czy zwyczajnego lęku, zaczęłaby się zastanawiać i nieco bardziej metodycznie podchodzić do swojego problemu, ale... no właśnie ale. Ten rodzaj magii nie pozwalał jej zebrać myśli zwyczajowy dla niej sposób i podejść do tematu od naukowej strony. Mogła się tylko bać i próbować strząsnąć z siebie to uczucie. Ono jednak wcale nie chciało się dać tak łatwo przegonić.
Uśmiechnęła się do Brenny słabo, trochę jakby jeszcze chwilę temu bała się, że ta jej powie żeby zaczekała tutaj, na górze i w towarzystwie zostawionych do rytuału przedmiotów. - Mi też się tak nie wydaje, ale wiesz... - zamachała dłońmi wskazując na... na to wszystko co było dookoła. Na zapach, który czuły w powietrzu. Na iskry sypiące się na granicy wzroku i na przeświadczenie, że coś było nie tak. W końcu jednak potrząsnęła głową, bo mogła wysnuć tutaj całą listę podejrzeń odnośnie tego, co mogło pójść nie tak w wypadku tak potężnej i nieznanej magii, jakiej użył Voldemort, ale nie chciała tego teraz robić. To by nic przecież nie zmieniło. - Nie, masz rację - było oczywiste, że powiedziała to bardziej do siebie, niż do przyjaciółki. Chciała w ten sposób jednoznacznie przekonać samą siebie, że należało się wycofać. Wziąć się w garść i zwrócić uwagę w inną stronę, zamiast analizować wybryki umysłu.
Ruszyła więc za Longbottom, przechodząc przez posprzątany korytarz i zmierzając w stronę zejścia do piwnicy. Klucze skrzypnęły w zamku, drzwi skrzypnęły i zeszły jeszcze niżej, do nieładu pozostawionego pewnie jeszcze po poprzednich właścicielach. Brenna zapaliła magiczne światełko i Dora zrobiła dokładnie to samo, po tym jak uniosła swoją własną różdżkę.
Piwnica pachniała, cóż, jak każda piwnica. Wilgotne i zastane powietrze z miejsca uderzyło w nos, ale nie przegoniło charakterystycznego zapachu spalenizny, który towarzyszył im od dłuższej chwili. Unosił się, jakby niezmiennie na całej przestrzeni budynku, nie nasilając na żadnym etapie ich krótkiej wycieczki. Jakby towarzyszył im samym...
Poręcz skrzypnęła, stęknęła i jęknęła, zanim któryś z podtrzymujących ją prętów załamał się, przez co zachwiała się żałośnie. Dora natomiast zamarła, bo zdążyła położyć tę rękę mniej więcej w tym samym momencie, kiedy Brenna ją ostrzegła.
- Przepraszam - wyszeptała, resztę stopni pokonując już bez asekuracji i z pewną ulgą witając stabilność piwnicznej podłogi. Spojrzała na piec. - Nic. Nawet... nawet nie jest ciepły... - jakby to cokolwiek miała zmienić, ale przyłożona do niego na chwilę ręka, zdecydowanie czuła chłód. Piec był nieczynny już od dawna. - Może... może to my?
Uśmiechnęła się do Brenny słabo, trochę jakby jeszcze chwilę temu bała się, że ta jej powie żeby zaczekała tutaj, na górze i w towarzystwie zostawionych do rytuału przedmiotów. - Mi też się tak nie wydaje, ale wiesz... - zamachała dłońmi wskazując na... na to wszystko co było dookoła. Na zapach, który czuły w powietrzu. Na iskry sypiące się na granicy wzroku i na przeświadczenie, że coś było nie tak. W końcu jednak potrząsnęła głową, bo mogła wysnuć tutaj całą listę podejrzeń odnośnie tego, co mogło pójść nie tak w wypadku tak potężnej i nieznanej magii, jakiej użył Voldemort, ale nie chciała tego teraz robić. To by nic przecież nie zmieniło. - Nie, masz rację - było oczywiste, że powiedziała to bardziej do siebie, niż do przyjaciółki. Chciała w ten sposób jednoznacznie przekonać samą siebie, że należało się wycofać. Wziąć się w garść i zwrócić uwagę w inną stronę, zamiast analizować wybryki umysłu.
Ruszyła więc za Longbottom, przechodząc przez posprzątany korytarz i zmierzając w stronę zejścia do piwnicy. Klucze skrzypnęły w zamku, drzwi skrzypnęły i zeszły jeszcze niżej, do nieładu pozostawionego pewnie jeszcze po poprzednich właścicielach. Brenna zapaliła magiczne światełko i Dora zrobiła dokładnie to samo, po tym jak uniosła swoją własną różdżkę.
Piwnica pachniała, cóż, jak każda piwnica. Wilgotne i zastane powietrze z miejsca uderzyło w nos, ale nie przegoniło charakterystycznego zapachu spalenizny, który towarzyszył im od dłuższej chwili. Unosił się, jakby niezmiennie na całej przestrzeni budynku, nie nasilając na żadnym etapie ich krótkiej wycieczki. Jakby towarzyszył im samym...
Poręcz skrzypnęła, stęknęła i jęknęła, zanim któryś z podtrzymujących ją prętów załamał się, przez co zachwiała się żałośnie. Dora natomiast zamarła, bo zdążyła położyć tę rękę mniej więcej w tym samym momencie, kiedy Brenna ją ostrzegła.
- Przepraszam - wyszeptała, resztę stopni pokonując już bez asekuracji i z pewną ulgą witając stabilność piwnicznej podłogi. Spojrzała na piec. - Nic. Nawet... nawet nie jest ciepły... - jakby to cokolwiek miała zmienić, ale przyłożona do niego na chwilę ręka, zdecydowanie czuła chłód. Piec był nieczynny już od dawna. - Może... może to my?
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.