30.10.2025, 18:52 ✶
Układ, jaki przyjęli nie był jakoś wyjątkowo przemyślany. No, przynajmniej nie przez niego. Tak po prostu wyszło i sam Ambroise niespecjalnie zastanawiał się nad tym, że w miejscu takim jak to prawdopodobnie dużo rozsądniej byłoby puścić przodem kogoś, kto bardziej od niego znał się na starciach siłowych z magicznymi bestiami albo z ludźmi o niekoniecznie dobrych intencjach, których raczej nigdy nie brakowało w tej okolicy. Ot, dosyć bezmyślnie ruszył przed siebie, gdy ustalili, że nie powinni robić sobie żadnych zbytecznych przerw, aby jak najszybciej dotrzeć do zabudowań posiadłości.
Szedł więc przodem, od czasu do czasu oglądając się przez ramię. Na Geraldine, na Benjy’ego, na ścieżkę, która wiła się między zdziczałymi krzakami róż i chaszczami. Z pozoru wyglądał tak, jakby całą uwagę poświęcał nierównemu terenowi, po którym przyszło im się poruszać, jednak we własnej głowie starał się powrócić pamięcią do tamtych chwil pod na przełomie wiosny i zimy, gdy w milczeniu pokonywał niemalże tę samą trasę.
Czy słusznie? Nie miał pojęcia. Po prostu to robił, czując znajome ukłucie niepokoju, które towarzyszyło mu zawsze, gdy wracał do miejsc ze swojej niekoniecznie chlubnej przeszłości. Nawet takich, w których historia w pewnym sensie obróciła się na ich korzyść, bo mimo wszystkich wydarzeń, pomimo postrzału z kuszy i chwilowego braku świadomości tego, kim był, ostatecznie weszli tam we dwoje, ale wyszli już razem.
Najistotniejsze, że pytanie, jakie doleciało do jego uszu od strony przyjaciela nijak go przez to nie zdziwiło. Nie, gdy sam myślał o tamtym czasie. W pewnym sensie spodziewał się konieczności głębszego poruszenia tego, co ich tu popchało. Zarówno wtedy, jak i teraz. Fakt faktem, powinni byli zrobić to wcześniej, nie w drodze na miejsce, ale cóż. Nie mieli już na to wpływu.
Odruchowo zwolnił, żeby zabrać głos i nie musieć krzyczeć pod wiatr, ale wtedy dotarły do niego słowa Riny. Uśmiechnął się pod nosem, gdy Geraldine zaczęła mówić o tamtym wydarzeniu. O dworku, który już przed laty był tylko ruiną, a mimo to wciągnął ich wtedy w coś, co trudno było nazwać inaczej niż przeklętą iluzją. Tak jak wtedy, szli teraz tą samą wąską, zarośniętą ścieżką, po której dawno nikt nie chodził. Każdy kolejny krok wywoływał ciche trzaski suchych gałązek a w powietrzu unosił się ciężki i znajomy zapach wilgotnej ziemi starego lasu.
Głos dziewczyny miał w sobie coś hipnotyzującego. Każde słowo żony docierało do niego całkiem wyraźnie, odznaczając się między odgłosami natury i niosąc z sobą wspomnienie wieczoru sprzed lat. Tamtej nocy, która wciąż tliła się w jego pamięci jak niedogasła świeca.
Nie przerywał jej. Nie chciał przedwcześnie wtrącać własnego komentarza. Wtedy przed laty był dla niej tylko kimś z towarzystwa, z którym los połączył ją przypadkiem w jednej z wielu ryzykownych wypraw. Teraz? Byli już po ślubie, złączeni czymś więcej niż tylko ustną umową z kimś innym.
Na dźwięk własnego imienia uniósł brew, odwracając lekko głowę.
- Jak na celowanie w serce, trafiłaś… Powiedzmy, że symbolicznie - rzucił w tył, nie obracając jednak głowy.
Zatrzymał się na sekundę przy czymś, co musiało być częścią przewróconego płotu, przeskakując przez zbutwiały fragment drewna. Dopiero wtedy obejrzał się przez ramię, rzucając całkiem swobodne spojrzenie w kierunku Riny.
- Nie mówiąc już o tym, że przez tydzień nie mogłem spać na jednym boku - skomentował gładko, po czym zamilkł na moment, dając jej czas, by rzuciła jakąś uszczypliwość.
Tak jak przed laty, tak i teraz nie było w nim śladu złości. Raczej ciekawość, chłodne zdumienie i to dziwne poczucie, że to właśnie w tamtej chwili zmieniło się między nimi coś bardzo znaczącego, choć żadne z nich nie potrafiło tego wtedy nazwać.
A jednak, gdzieś w głębi czuł, że to, co wydarzyło się w dworku zostawiło w nich ślad głębszy niż tylko bliznę po bełcie. Czasem, gdy dotykał miejsca, gdzie przeszłość dosłownie go ugryzła, przypominał sobie zszokowane oczy Geraldine i to drżenie w dłoniach, które wtedy wydawało się równie rzeczywiste, co zapach dworskiego wina i starego drewna.
Kiedy znów spojrzał przed siebie, dwór był już blisko. Pogrążony w półmroku wysokich drzew rzucających cienie na trawnik, z częściowo zarwanym dachem na budynku gospodarczym i ze zdziczałym ogrodem, który dawno przestał przypominać cokolwiek stworzonego ludzką ręką.
Ambroise poprawił płaszcz, odgarniając z twarzy kosmyk włosów rozwianych przez wiatr i biorąc głębszy wdech. Nie należał do tych, którzy lekceważyli przeszłość nawiedzonych miejsc. No, przynajmniej już tego nie robił. Zbyt wiele razy widział jak potrafiła wracać, wciskać się w teraźniejszość, deformować granice między tym, co żywe a tym, co powinno już dawno spoczywać w ziemi.
Ten samej, która była miękka i śliska po ostatnich deszczach. W powietrzu unosił się zapach mokrej trawy i wilgotnego drewna, a nisko wiszące słońce rozlewało na wzgórzach jasne światło przełamane pierwszym zwiastunem chłodnej poświaty nocy. Kroki trójki czarodziejów rozbrzmiewały równym rytmem. Z każdą minutą w oddali coraz wyraźniej majaczyły zarysy miejsca, które jeszcze przed zmierzchem zaczynało wyglądać jak cień własnej historii.
Miał nadzieję, że rzeczywiście zakończonej.
Szedł więc przodem, od czasu do czasu oglądając się przez ramię. Na Geraldine, na Benjy’ego, na ścieżkę, która wiła się między zdziczałymi krzakami róż i chaszczami. Z pozoru wyglądał tak, jakby całą uwagę poświęcał nierównemu terenowi, po którym przyszło im się poruszać, jednak we własnej głowie starał się powrócić pamięcią do tamtych chwil pod na przełomie wiosny i zimy, gdy w milczeniu pokonywał niemalże tę samą trasę.
Czy słusznie? Nie miał pojęcia. Po prostu to robił, czując znajome ukłucie niepokoju, które towarzyszyło mu zawsze, gdy wracał do miejsc ze swojej niekoniecznie chlubnej przeszłości. Nawet takich, w których historia w pewnym sensie obróciła się na ich korzyść, bo mimo wszystkich wydarzeń, pomimo postrzału z kuszy i chwilowego braku świadomości tego, kim był, ostatecznie weszli tam we dwoje, ale wyszli już razem.
Najistotniejsze, że pytanie, jakie doleciało do jego uszu od strony przyjaciela nijak go przez to nie zdziwiło. Nie, gdy sam myślał o tamtym czasie. W pewnym sensie spodziewał się konieczności głębszego poruszenia tego, co ich tu popchało. Zarówno wtedy, jak i teraz. Fakt faktem, powinni byli zrobić to wcześniej, nie w drodze na miejsce, ale cóż. Nie mieli już na to wpływu.
Odruchowo zwolnił, żeby zabrać głos i nie musieć krzyczeć pod wiatr, ale wtedy dotarły do niego słowa Riny. Uśmiechnął się pod nosem, gdy Geraldine zaczęła mówić o tamtym wydarzeniu. O dworku, który już przed laty był tylko ruiną, a mimo to wciągnął ich wtedy w coś, co trudno było nazwać inaczej niż przeklętą iluzją. Tak jak wtedy, szli teraz tą samą wąską, zarośniętą ścieżką, po której dawno nikt nie chodził. Każdy kolejny krok wywoływał ciche trzaski suchych gałązek a w powietrzu unosił się ciężki i znajomy zapach wilgotnej ziemi starego lasu.
Głos dziewczyny miał w sobie coś hipnotyzującego. Każde słowo żony docierało do niego całkiem wyraźnie, odznaczając się między odgłosami natury i niosąc z sobą wspomnienie wieczoru sprzed lat. Tamtej nocy, która wciąż tliła się w jego pamięci jak niedogasła świeca.
Nie przerywał jej. Nie chciał przedwcześnie wtrącać własnego komentarza. Wtedy przed laty był dla niej tylko kimś z towarzystwa, z którym los połączył ją przypadkiem w jednej z wielu ryzykownych wypraw. Teraz? Byli już po ślubie, złączeni czymś więcej niż tylko ustną umową z kimś innym.
Na dźwięk własnego imienia uniósł brew, odwracając lekko głowę.
- Jak na celowanie w serce, trafiłaś… Powiedzmy, że symbolicznie - rzucił w tył, nie obracając jednak głowy.
Zatrzymał się na sekundę przy czymś, co musiało być częścią przewróconego płotu, przeskakując przez zbutwiały fragment drewna. Dopiero wtedy obejrzał się przez ramię, rzucając całkiem swobodne spojrzenie w kierunku Riny.
- Nie mówiąc już o tym, że przez tydzień nie mogłem spać na jednym boku - skomentował gładko, po czym zamilkł na moment, dając jej czas, by rzuciła jakąś uszczypliwość.
Tak jak przed laty, tak i teraz nie było w nim śladu złości. Raczej ciekawość, chłodne zdumienie i to dziwne poczucie, że to właśnie w tamtej chwili zmieniło się między nimi coś bardzo znaczącego, choć żadne z nich nie potrafiło tego wtedy nazwać.
A jednak, gdzieś w głębi czuł, że to, co wydarzyło się w dworku zostawiło w nich ślad głębszy niż tylko bliznę po bełcie. Czasem, gdy dotykał miejsca, gdzie przeszłość dosłownie go ugryzła, przypominał sobie zszokowane oczy Geraldine i to drżenie w dłoniach, które wtedy wydawało się równie rzeczywiste, co zapach dworskiego wina i starego drewna.
Kiedy znów spojrzał przed siebie, dwór był już blisko. Pogrążony w półmroku wysokich drzew rzucających cienie na trawnik, z częściowo zarwanym dachem na budynku gospodarczym i ze zdziczałym ogrodem, który dawno przestał przypominać cokolwiek stworzonego ludzką ręką.
Ambroise poprawił płaszcz, odgarniając z twarzy kosmyk włosów rozwianych przez wiatr i biorąc głębszy wdech. Nie należał do tych, którzy lekceważyli przeszłość nawiedzonych miejsc. No, przynajmniej już tego nie robił. Zbyt wiele razy widział jak potrafiła wracać, wciskać się w teraźniejszość, deformować granice między tym, co żywe a tym, co powinno już dawno spoczywać w ziemi.
Ten samej, która była miękka i śliska po ostatnich deszczach. W powietrzu unosił się zapach mokrej trawy i wilgotnego drewna, a nisko wiszące słońce rozlewało na wzgórzach jasne światło przełamane pierwszym zwiastunem chłodnej poświaty nocy. Kroki trójki czarodziejów rozbrzmiewały równym rytmem. Z każdą minutą w oddali coraz wyraźniej majaczyły zarysy miejsca, które jeszcze przed zmierzchem zaczynało wyglądać jak cień własnej historii.
Miał nadzieję, że rzeczywiście zakończonej.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down