30.10.2025, 20:15 ✶
Żyli i umierali wierni tradycji która ich zrodziła; kulturze wykutej w kamieniu węgielnym zastygłego w czasie rodu, pamiętającego czasy minione, o których lubiła ostatnio śnić.
Ale czy można było na wpólmartwym ludziom odmówić ich umiłowania do grobowców? Zwłaszcza tych, które choć przez krótki czas mieli prawo nazywać swoim domem?
Mieliśmy już okazję.
- Ach tak. Oczywiście.- Uśmiechnęła się niemal niewinnie, próbując zatuszować gafę, którą zdawało się, że popełniła. Nawet jeśli wspomnienia z pogrzebu męża, dziś spoczywającego jakieś sześć stóp i jedną poduszkę pod ziemią, umykały z jej pamięci coraz bardziej, rzeczywiście czarodzieje mieli okazję się tam poznać. A może i wcześniej? Może na pewnym wieczorku u przeuroczej Agnes Delacour. Nie jej to wiedzieć, prawda?
Jeśli słowa Alexandra zrobiły na niej jakiekolwiek wrażenie - Lorien nie pokazała tego po sobie. Nie zachichotała jak zauroczona dziewuszka; rumieniec nie pokrył jej bladych policzków; utrzymała kąciki ust w ryzach.
Pani na Mulciber Manor było tytułem cenniejszym niż najdroższa obrączka.
Tych miała w swojej szkatułce z biżuterią wystarczająco wiele. Był rzeczą, która jej się należała nie z racji urodzenia, a niezachwianej lojalności. Jej. Nie Dianie. Nie Lorettcie. Tylko i wyłącznie jej. Moje, moje, moje szepnął zduszony głos podświadomości. Otrząsnęła się z natarczywych myśli, ale nie pozwoliła sobie spojrzeć bok w piękne, zdobione ornamentami lustro wiszące na ścianie.
Dziś nie chciała widzieć kości. W stronę wina zerknęła przelotnie, gdy szybko znalazło się w dłoniach lokaja. Ach włoskie. Cudownie. Gdyby ktoś ją pytał o całkiem obiektywną ocenę, jak na eksperta przystało, oświadczyłaby że nie świat nie zna win lepszych nad włoskie.
Skierowała się za bratem do salonu, wyraźnie ukontentowana faktem, że ten jakąkolwiek rozmowę z gościem postanowił podjąć. Wiele mówiło się o tym jak ciężko żyć z Niewymownymi pod jednym dachem. Ale zdecydowanie zbyt mało na temat tego, że najciężej to wyciągnąć ich z piwnicy.
- Alexandrze… Czy naprawdę musimy zawracać panu Shafiq’owi głowę tymi wróżbiarskimi zabawami? - Westchnęła, mimowolnie kierując wzrok w stronę drewnianych paciorków. Żaden nie był jednak złoty, więc żadnemu nie poświęciła ptasiej uwagi.- Jestem pewna, że już Morpheus nie daje mu od nich odpocząć.- Zaśmiała się lekko, ale wskazała dłonią fotel naprzeciw, gdyby jednak Anthony zdecydował się zasiąść przy ławie. Rzuciła Anthony’emu przy tym niezwykle przepraszające spojrzenie, samej zajmując miejsce za fotelem brata. Ruch, który przyszedł jej zupełnie naturalnie, bo pozwalał jednocześnie uczestniczyć w rozmowie, a przy tym trzymać się Alexandra blisko. Choć zapewne wyglądało to dość zabawnie, biorąc pod uwagę, że Lorien była niewiele od fotela wyższa.
Pewnie, gdyby byli sami i byłaby jedyną ofiarą zmuszoną do słuchania kolejnych anegdotek o przepowiedniach, których z roku na rok zdawało się przybywać, zsunęłaby dłonie na jego szyję, obejmując ją czule. A może, w niemal dziecinnym odruchu, przechyliłaby się jeszcze bardziej, przytulając swój chłodny policzek do jego, oczekując, że splecie ich palce razem. Nie przeszkadzało jej drżenie dłoni jasnowidza. Nie mówiła o tym jednak na głos.
O tym się nie mówiło w Mulciber Manor, choć wszyscy zdawali się wiedzieć.
Ale nie robiła teraz nic, zachowując perfekcyjną postawę. Niemal przesadnie wyprostowana, jakby ściśnięto jej gorset odrobinę zbyt mocno. Nawet to było częścią tradycji przeciw której buntowało się tak wiele czystokrwistych panien. Bo przecież brat zawsze miał pierwszeństwo przed siostrą. Lorien odnajdowała w tej staroświeckiej, krzywdzącej rutynie dziwaczny spokój. Nie lubiła kłócić się z naturalnym porządkiem rzeczy.
- Byliśmy z panem Shafiq’iem w kamienicy nad Regent’s Canal.- Powiedziała zamiast tego.- Tata chciał, żeby oszacować straty. Spójrz.
Wyciągnęła z kieszeni zniszczone karty tarota znalezione jeszcze nie tak dawno w kamienicy. Wręczyła je Alexandrowi, wolną dłoń wspierając o miękkie oparcie fotela.
Ale czy można było na wpólmartwym ludziom odmówić ich umiłowania do grobowców? Zwłaszcza tych, które choć przez krótki czas mieli prawo nazywać swoim domem?
Mieliśmy już okazję.
- Ach tak. Oczywiście.- Uśmiechnęła się niemal niewinnie, próbując zatuszować gafę, którą zdawało się, że popełniła. Nawet jeśli wspomnienia z pogrzebu męża, dziś spoczywającego jakieś sześć stóp i jedną poduszkę pod ziemią, umykały z jej pamięci coraz bardziej, rzeczywiście czarodzieje mieli okazję się tam poznać. A może i wcześniej? Może na pewnym wieczorku u przeuroczej Agnes Delacour. Nie jej to wiedzieć, prawda?
Jeśli słowa Alexandra zrobiły na niej jakiekolwiek wrażenie - Lorien nie pokazała tego po sobie. Nie zachichotała jak zauroczona dziewuszka; rumieniec nie pokrył jej bladych policzków; utrzymała kąciki ust w ryzach.
Pani na Mulciber Manor było tytułem cenniejszym niż najdroższa obrączka.
Tych miała w swojej szkatułce z biżuterią wystarczająco wiele. Był rzeczą, która jej się należała nie z racji urodzenia, a niezachwianej lojalności. Jej. Nie Dianie. Nie Lorettcie. Tylko i wyłącznie jej. Moje, moje, moje szepnął zduszony głos podświadomości. Otrząsnęła się z natarczywych myśli, ale nie pozwoliła sobie spojrzeć bok w piękne, zdobione ornamentami lustro wiszące na ścianie.
Dziś nie chciała widzieć kości. W stronę wina zerknęła przelotnie, gdy szybko znalazło się w dłoniach lokaja. Ach włoskie. Cudownie. Gdyby ktoś ją pytał o całkiem obiektywną ocenę, jak na eksperta przystało, oświadczyłaby że nie świat nie zna win lepszych nad włoskie.
Skierowała się za bratem do salonu, wyraźnie ukontentowana faktem, że ten jakąkolwiek rozmowę z gościem postanowił podjąć. Wiele mówiło się o tym jak ciężko żyć z Niewymownymi pod jednym dachem. Ale zdecydowanie zbyt mało na temat tego, że najciężej to wyciągnąć ich z piwnicy.
- Alexandrze… Czy naprawdę musimy zawracać panu Shafiq’owi głowę tymi wróżbiarskimi zabawami? - Westchnęła, mimowolnie kierując wzrok w stronę drewnianych paciorków. Żaden nie był jednak złoty, więc żadnemu nie poświęciła ptasiej uwagi.- Jestem pewna, że już Morpheus nie daje mu od nich odpocząć.- Zaśmiała się lekko, ale wskazała dłonią fotel naprzeciw, gdyby jednak Anthony zdecydował się zasiąść przy ławie. Rzuciła Anthony’emu przy tym niezwykle przepraszające spojrzenie, samej zajmując miejsce za fotelem brata. Ruch, który przyszedł jej zupełnie naturalnie, bo pozwalał jednocześnie uczestniczyć w rozmowie, a przy tym trzymać się Alexandra blisko. Choć zapewne wyglądało to dość zabawnie, biorąc pod uwagę, że Lorien była niewiele od fotela wyższa.
Pewnie, gdyby byli sami i byłaby jedyną ofiarą zmuszoną do słuchania kolejnych anegdotek o przepowiedniach, których z roku na rok zdawało się przybywać, zsunęłaby dłonie na jego szyję, obejmując ją czule. A może, w niemal dziecinnym odruchu, przechyliłaby się jeszcze bardziej, przytulając swój chłodny policzek do jego, oczekując, że splecie ich palce razem. Nie przeszkadzało jej drżenie dłoni jasnowidza. Nie mówiła o tym jednak na głos.
O tym się nie mówiło w Mulciber Manor, choć wszyscy zdawali się wiedzieć.
Ale nie robiła teraz nic, zachowując perfekcyjną postawę. Niemal przesadnie wyprostowana, jakby ściśnięto jej gorset odrobinę zbyt mocno. Nawet to było częścią tradycji przeciw której buntowało się tak wiele czystokrwistych panien. Bo przecież brat zawsze miał pierwszeństwo przed siostrą. Lorien odnajdowała w tej staroświeckiej, krzywdzącej rutynie dziwaczny spokój. Nie lubiła kłócić się z naturalnym porządkiem rzeczy.
- Byliśmy z panem Shafiq’iem w kamienicy nad Regent’s Canal.- Powiedziała zamiast tego.- Tata chciał, żeby oszacować straty. Spójrz.
Wyciągnęła z kieszeni zniszczone karty tarota znalezione jeszcze nie tak dawno w kamienicy. Wręczyła je Alexandrowi, wolną dłoń wspierając o miękkie oparcie fotela.