30.10.2025, 21:06 ✶
Szedłem kilka kroków za nimi, dłonie miałem schowane w kieszeniach płaszcza, różdżka znajdowała się pod ręką, ale nie w niej, chociaż moje palce co chwilę o nią zahaczały - odruch, nic więcej. Zatrzymałem się na moment, gdy spojrzałem na dwór, majaczący na dalekim horyzoncie, nie różnił się od dziesiątek innych, które widziałem - zniszczony dach, pociemniałe ściany, okna jak puste oczodoły, a mimo to miał w sobie coś, co kazało zwolnić, wsłuchując się w dźwięk naszych kroków. Czasem nie trzeba znać wszystkich faktów, żeby poczuć, że w powietrzu wisi coś ciężkiego, atmosfera miejsc po prostu pasuje do ich historii. Znałem podobne budynki - te, które nie puszczały tak łatwo. Czasem łamiesz klątwę, myślisz, że to koniec, a ona po roku, dwóch wraca, tylko w innym kształcie, trochę jak związek, którego nikt nie ma odwagi definitywnie zakończyć.
- Jeśli szeszywiście ktoś wtedy zawsze umielał i tym lasem nie umalł… To teoletycznie pętla mogła się zakończyś. Teoletycznie. - Podkreśliłem słowo tak, jak należało je podkreślać zawsze, kiedy mówiło się o magii. - Ale to nie znaczy, sze miejsce jest czyste. To znaczy tylko, sze nie powtószy automatu. - Mówiąc to, patrzyłem przed siebie, na ten dwór, który wyłaniał się zza krzaków i cienia drzew. Był większy, niż się spodziewałem, a jednocześnie… mniejszy, jakby czas przycisnął budynki ciężarem lat i wspomnień, aż się trochę zapadły w sobie.
Złapałem żuchwę dłonią, pocierając brodę - zrobiłem to bardziej z nawyku niż potrzeby. Ziemia pod butami była śliska, pachniała wilgocią i zgnilizną, gdzieś po lewej, w zaroślach, coś chrupnęło - pewnie sucha gałąź trzasnęła na wietrze, ale moja głowa i tak automatycznie skręciła w tamtą stronę. Zawód klątwołamacza uczył człowieka, że dźwięki w takich miejscach rzadko były przypadkowe.
Minęliśmy przewrócony płot, przeszedłem nad zgniłą deską, zahaczając czubkiem buta o coś, co pewnie kiedyś było ozdobną sztachetą, i zorientowałem się, że lekko się uśmiecham. Nie wiedziałem czemu, może dlatego, że to zawsze tak samo wyglądało - stara posiadłość, dziwna historia, a ja znów w środku jakiegoś potencjalnego zamieszania, próbujący udawać, że tym razem będzie spokojnie. Wiatr przyniósł zapach dymu - nie było ogniska, nie widziałem żadnego światła, ale dym był, może tylko jako złudzenie, echo dawnych ognisk, wciąż tliło się w kamieniach, kto to wiedział.
- Niech to będzie szybka splawa, wchodzimy, oglądamy i wlacamy na kolację, dobla? - Westchnąłem. - Idziemy lasem, najpielw do głównego budynku, nie losdzielamy się, a jeśli cokolwiek zacznie was znowu wciągaś w jakieś odeglane lole, łapię was za kark i wyciągam siłą. Nie bawimy się w odgrywanie histolii, jasne? - Poprawiłem mankiet, chociaż nie było, po co. Po prostu… Ręce musiały coś zrobić. - I na litość Melina… Nikt dzisiaj nie stszela do nikogo. Bszmi jak plan? - Rzuciłem to luźno, ale nie do końca żartowałem - w takich miejscach żarty nigdy nie były do końca żartami.
- Jeśli szeszywiście ktoś wtedy zawsze umielał i tym lasem nie umalł… To teoletycznie pętla mogła się zakończyś. Teoletycznie. - Podkreśliłem słowo tak, jak należało je podkreślać zawsze, kiedy mówiło się o magii. - Ale to nie znaczy, sze miejsce jest czyste. To znaczy tylko, sze nie powtószy automatu. - Mówiąc to, patrzyłem przed siebie, na ten dwór, który wyłaniał się zza krzaków i cienia drzew. Był większy, niż się spodziewałem, a jednocześnie… mniejszy, jakby czas przycisnął budynki ciężarem lat i wspomnień, aż się trochę zapadły w sobie.
Złapałem żuchwę dłonią, pocierając brodę - zrobiłem to bardziej z nawyku niż potrzeby. Ziemia pod butami była śliska, pachniała wilgocią i zgnilizną, gdzieś po lewej, w zaroślach, coś chrupnęło - pewnie sucha gałąź trzasnęła na wietrze, ale moja głowa i tak automatycznie skręciła w tamtą stronę. Zawód klątwołamacza uczył człowieka, że dźwięki w takich miejscach rzadko były przypadkowe.
Minęliśmy przewrócony płot, przeszedłem nad zgniłą deską, zahaczając czubkiem buta o coś, co pewnie kiedyś było ozdobną sztachetą, i zorientowałem się, że lekko się uśmiecham. Nie wiedziałem czemu, może dlatego, że to zawsze tak samo wyglądało - stara posiadłość, dziwna historia, a ja znów w środku jakiegoś potencjalnego zamieszania, próbujący udawać, że tym razem będzie spokojnie. Wiatr przyniósł zapach dymu - nie było ogniska, nie widziałem żadnego światła, ale dym był, może tylko jako złudzenie, echo dawnych ognisk, wciąż tliło się w kamieniach, kto to wiedział.
- Niech to będzie szybka splawa, wchodzimy, oglądamy i wlacamy na kolację, dobla? - Westchnąłem. - Idziemy lasem, najpielw do głównego budynku, nie losdzielamy się, a jeśli cokolwiek zacznie was znowu wciągaś w jakieś odeglane lole, łapię was za kark i wyciągam siłą. Nie bawimy się w odgrywanie histolii, jasne? - Poprawiłem mankiet, chociaż nie było, po co. Po prostu… Ręce musiały coś zrobić. - I na litość Melina… Nikt dzisiaj nie stszela do nikogo. Bszmi jak plan? - Rzuciłem to luźno, ale nie do końca żartowałem - w takich miejscach żarty nigdy nie były do końca żartami.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)