30.10.2025, 22:21 ✶
W pobliżu stołu z datkami, rozchodzimy się z Anthonym i Philomeną. A ja się potem gapię na Lorien, bo mogę.
Gdyby tylko Aaron Moody wiedział, że udało mu się doprowadzić czystokrwistego klasistę i burżuja do tak wielkiej rozterki natury ideologicznej, że ten poczułby się w obowiązku wstawić za proletariackim prostaczkiem, którego systemowo ciemiężył... Zapewne sam sobie wręczyłby medal. A może i nawet poklepał po plecach. Dobra robota, Moody. Nie ma to jak kogoś wkurwić.
– Któryś z naszych polityków... Proszę wybaczyć, nie zapamiętałem dumnego nazwiska. Zbyt wielu swoich krewnych wciagnął po znajomości na stołki w Ministerstwie, żebym ich odróżniał – zauważył, jak gdyby mimochodem Moody, chociaż na subtelność przesadnie się nie silił. Miło było przecież przypomnieć Philomenie o tym, że ministerialny nepotyzm sprzyjający jej rodowi skończył się wtedy, gdy urząd objął Nobby Leach. Mulciberowie w ramach protestu porezygnowali wówczas jak ostatnie pierdoły ze swych cieplutkich posadek w Ministerstwie, po to, aby nigdy już nie odzyskać swych dawnych wpływów. – Któryś z naszych polityków – kontynuował, nie spuszczając wzroku z Anthony'ego – rzucił ostatnio w swojej przemowie, jakoby jego dziadek, zmagający się z wpływami Grindelwalda w Europie, miał zostać aurorem po to tylko, aby jego syn mógł zobaczyć lepsze czasy. Czasy pokoju, w których jego ukochany syn mógł zostać poetą, tak, jak sobie zamarzył, a syn jego syna... – Aaron uśmiechnął się cierpko. – ...Politykiem.
Nie potrafił tak do końca powstrzymać kpiny, jaka zagościła w jego głosie.
– Trudne czasy tworzą silnych ludzi. Silni ludzie tworzą dobre czasy. Dobre czasy tworzą słabych ludzi. Słabi ludzie tworzą trudne czasy. I znów koło się zamyka. Wiem, że pani mieni się zwolenniczką tradycji, pani Mulciber – zwrócił się z szacunkiem do Philomeny. – Ja również. W mojej rodzinie tradycją jest służba w szeregach aurorów. I chociaż szacunkiem darzę poetów, artystów, wszystkich tych piewców, humanistycznych wartości...
Szlachetność. Honor. Miłosierdzie. Tak mówił Anthony Shafiq, i przyznać musiał Aaron Moody, że pięknie mówił. Piękne były to ideały, wzięte rodem z kodeksu rycerskiego. Ale czy pan Shafiq był rycerzem, czy jedynie nawykł do spoglądania na maluczkich z wysokości końskiego grzbietu? Spojrzenie Aarona straciło jednak na hardości, gdy z ust przemawiającego z ożywieniem filantropa padły słowa na temat honoru. Z tym nie sposób było się kłócić.
– ...Prędzej szczezłbym, niż pozwoliłbym swemu synowi wybrać karierę poety. Kultura powinna stać w cieniu wobec pilniejszych potrzeb, a nie wieść pośród nich prym. Ważniejsze obiekty niż ten teatr ucierpiały w trakcie pożarów. Ale elegantszym jest przecież odbudować pomnik, cyknąć sobie przy nim zdjęcie do propagandowej gazetki. Uścisnąć dłoń opatrzoną rodowym sygnetem, zamiast wyciągnąć ją do poparzeńca pogrzebanego pod gruzami. – Nieruchomym było jego spojrzenie, gdy wpił w Philomenę pociemniałe nagle oczy. Nie było w nim jednak agresji. Nie było nawet pogardy. – Ale nie moja to rzecz, osądzać cudzą moralność. W tym wszystkim, ja po prostu bronię... – Słowa spływające z jego ust smakowały krwią z wcześniej przygryzionego języka, gdy wymownie przesunął spojrzeniem po twarzach swych rozmówców: zarówno zbierającego się do odejścia Anthony'ego Shafiqa, jak i niewzruszenie trwającej obok Philomeny Mulciber. – ...Tych słabych.
Powiedział, co wiedział, a potem skupił się w pełni na obserwacji pozostającej w bliskim dystansie sędziny Mulciber.
Gdyby tylko Aaron Moody wiedział, że udało mu się doprowadzić czystokrwistego klasistę i burżuja do tak wielkiej rozterki natury ideologicznej, że ten poczułby się w obowiązku wstawić za proletariackim prostaczkiem, którego systemowo ciemiężył... Zapewne sam sobie wręczyłby medal. A może i nawet poklepał po plecach. Dobra robota, Moody. Nie ma to jak kogoś wkurwić.
– Któryś z naszych polityków... Proszę wybaczyć, nie zapamiętałem dumnego nazwiska. Zbyt wielu swoich krewnych wciagnął po znajomości na stołki w Ministerstwie, żebym ich odróżniał – zauważył, jak gdyby mimochodem Moody, chociaż na subtelność przesadnie się nie silił. Miło było przecież przypomnieć Philomenie o tym, że ministerialny nepotyzm sprzyjający jej rodowi skończył się wtedy, gdy urząd objął Nobby Leach. Mulciberowie w ramach protestu porezygnowali wówczas jak ostatnie pierdoły ze swych cieplutkich posadek w Ministerstwie, po to, aby nigdy już nie odzyskać swych dawnych wpływów. – Któryś z naszych polityków – kontynuował, nie spuszczając wzroku z Anthony'ego – rzucił ostatnio w swojej przemowie, jakoby jego dziadek, zmagający się z wpływami Grindelwalda w Europie, miał zostać aurorem po to tylko, aby jego syn mógł zobaczyć lepsze czasy. Czasy pokoju, w których jego ukochany syn mógł zostać poetą, tak, jak sobie zamarzył, a syn jego syna... – Aaron uśmiechnął się cierpko. – ...Politykiem.
Nie potrafił tak do końca powstrzymać kpiny, jaka zagościła w jego głosie.
– Trudne czasy tworzą silnych ludzi. Silni ludzie tworzą dobre czasy. Dobre czasy tworzą słabych ludzi. Słabi ludzie tworzą trudne czasy. I znów koło się zamyka. Wiem, że pani mieni się zwolenniczką tradycji, pani Mulciber – zwrócił się z szacunkiem do Philomeny. – Ja również. W mojej rodzinie tradycją jest służba w szeregach aurorów. I chociaż szacunkiem darzę poetów, artystów, wszystkich tych piewców, humanistycznych wartości...
Szlachetność. Honor. Miłosierdzie. Tak mówił Anthony Shafiq, i przyznać musiał Aaron Moody, że pięknie mówił. Piękne były to ideały, wzięte rodem z kodeksu rycerskiego. Ale czy pan Shafiq był rycerzem, czy jedynie nawykł do spoglądania na maluczkich z wysokości końskiego grzbietu? Spojrzenie Aarona straciło jednak na hardości, gdy z ust przemawiającego z ożywieniem filantropa padły słowa na temat honoru. Z tym nie sposób było się kłócić.
– ...Prędzej szczezłbym, niż pozwoliłbym swemu synowi wybrać karierę poety. Kultura powinna stać w cieniu wobec pilniejszych potrzeb, a nie wieść pośród nich prym. Ważniejsze obiekty niż ten teatr ucierpiały w trakcie pożarów. Ale elegantszym jest przecież odbudować pomnik, cyknąć sobie przy nim zdjęcie do propagandowej gazetki. Uścisnąć dłoń opatrzoną rodowym sygnetem, zamiast wyciągnąć ją do poparzeńca pogrzebanego pod gruzami. – Nieruchomym było jego spojrzenie, gdy wpił w Philomenę pociemniałe nagle oczy. Nie było w nim jednak agresji. Nie było nawet pogardy. – Ale nie moja to rzecz, osądzać cudzą moralność. W tym wszystkim, ja po prostu bronię... – Słowa spływające z jego ust smakowały krwią z wcześniej przygryzionego języka, gdy wymownie przesunął spojrzeniem po twarzach swych rozmówców: zarówno zbierającego się do odejścia Anthony'ego Shafiqa, jak i niewzruszenie trwającej obok Philomeny Mulciber. – ...Tych słabych.
Powiedział, co wiedział, a potem skupił się w pełni na obserwacji pozostającej w bliskim dystansie sędziny Mulciber.
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.