31.10.2025, 02:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.10.2025, 02:45 przez Astoria Avery.)
Po dwóch dniach spędzonych w półcieniu sypialni, kiedy stało się jasne, że domowe sposoby zawarte w Czarownicy nie przyniosą należytych rezultatów, Astoria w końcu zebrała w sobie dość siły, by udać się do Munga. Innymi słowy - została zmuszona przez matkę, która zamartwiała się o zdrowie córki. Leczenie przebiegło spokojnie - uzdrowiciel zajął się jej płucami, podali kilka fiolek z miksturami wzmacniającymi i kazali wrócić do łóżka. Miała odpoczywać, unikać stresu, unikać dymu, unikać wszystkiego, co mogłoby ponownie obciążyć jej serce.
Czuła się znacznie lepiej, choć wiedziała, że jeszcze nie odzyskała pełni kontroli - lekki zawrót głowy wciąż przypominał jej o granicach, których ciało nie pozwalało przekraczać. Mimo to, wieczorem, przy biurku w pokoju, napisała krótki list do Rodolphusa. Uprzejmy, powściągliwy, z dystansem, który miał jasno zaznaczyć, że nie potrzebuje dalszej uwagi. Dziękowała mu - z godnością, jak przystało na pannę Avery - i zaznaczyła, że jest już pod należytą opieką.
Nie spodziewała się, że list przyniesie odwrotny skutek.
Nazajutrz, z samego rana, gdy wyszła z biblioteki z kubkiem parującej herbaty, dostrzegła na korytarzu sylwetkę wysokiego mężczyzny ze skrzatem domowym u boku. Światło poranka wpadało przez wysokie okno, rozjaśniając jego twarz - i w tej chwili miała wrażenie, że splot zdarzeń z minionych dni powraca do niej z całą siłą, jakby los postanowił przypomnieć, że jeszcze nie skończył z ich historią.
Zatrzymała się gwałtownie, a jednocześnie miała ochotę natychmiast się cofnąć, jakby mogła jeszcze cofnąć czas o dziesięć sekund i uniknąć tego spotkania. Miała na sobie długi, burgundowy szlafrok do ziemi, przewiązany w pasie jedwabnym paskiem. Z rozpuszczonych włosów spływały jeszcze lekko wilgotne pasma, które przykleiły się do jej policzków po porannej toalecie. Nie powinien jej widzieć w takim wydaniu. Była zbyt... nieprzygotowana. Ich spojrzenia się skrzyżowały. W pierwszym momencie jej policzki pokrył rumieniec - delikatny, ale nie do ukrycia. Poczuła, jak ciepło rozlewa się od szyi aż po uszy i chciała zapaść się pod ziemię.
- Co ty tu robisz - wypaliła szybciej, niż zdążyła pomyśleć. Ton był ostry, prawie nieuprzejmy, a słowa odbiły się od kamiennych ścian jak coś nie na miejscu. Szybko się jednak zreflektowała. Zacisnęła palce na uchwycie porcelanowego kubka, biorąc głęboki wdech, po czym przywołała na twarz wyważony wyraz.
- Deek - zwróciła się do skrzata domowego. Mały, pomarszczony stworek w brązowej kamizelce skinął głową tak energicznie, że jego uszy zatrzepotały jak skrzydła nietoperza. - Zaprowadź pana Lestrange’a do salonu i podaj mu herbatę.
Sama zaś, z gracją, która miała zamaskować zmieszanie, skinęła głową Rodolphusowi i wycofała się w stronę schodów prowadzących na górę. Dopiero kiedy zniknęła za zakrętem, pozwoliła sobie na ciche westchnienie, czując jak serce bije jej zbyt szybko.
Po dziesięciu minutach dołączyła do niego w salonie. Wszelkie ślady wcześniejszego zaskoczenia zniknęły bez śladu - wyglądała tak, jakby sytuacja sprzed chwili w ogóle nie miała miejsca. Nienaganne ubranie, starannie upięte włosy i delikatna biżuteria.
- Wybacz moją reakcję. Zaskoczyłeś mnie - przyznała. Na jej twarzy nie było śladu zmęczenia; chłodny spokój i opanowanie stanowiły maskę, którą nosiła niemal odruchowo.
Czuła się znacznie lepiej, choć wiedziała, że jeszcze nie odzyskała pełni kontroli - lekki zawrót głowy wciąż przypominał jej o granicach, których ciało nie pozwalało przekraczać. Mimo to, wieczorem, przy biurku w pokoju, napisała krótki list do Rodolphusa. Uprzejmy, powściągliwy, z dystansem, który miał jasno zaznaczyć, że nie potrzebuje dalszej uwagi. Dziękowała mu - z godnością, jak przystało na pannę Avery - i zaznaczyła, że jest już pod należytą opieką.
Nie spodziewała się, że list przyniesie odwrotny skutek.
Nazajutrz, z samego rana, gdy wyszła z biblioteki z kubkiem parującej herbaty, dostrzegła na korytarzu sylwetkę wysokiego mężczyzny ze skrzatem domowym u boku. Światło poranka wpadało przez wysokie okno, rozjaśniając jego twarz - i w tej chwili miała wrażenie, że splot zdarzeń z minionych dni powraca do niej z całą siłą, jakby los postanowił przypomnieć, że jeszcze nie skończył z ich historią.
Zatrzymała się gwałtownie, a jednocześnie miała ochotę natychmiast się cofnąć, jakby mogła jeszcze cofnąć czas o dziesięć sekund i uniknąć tego spotkania. Miała na sobie długi, burgundowy szlafrok do ziemi, przewiązany w pasie jedwabnym paskiem. Z rozpuszczonych włosów spływały jeszcze lekko wilgotne pasma, które przykleiły się do jej policzków po porannej toalecie. Nie powinien jej widzieć w takim wydaniu. Była zbyt... nieprzygotowana. Ich spojrzenia się skrzyżowały. W pierwszym momencie jej policzki pokrył rumieniec - delikatny, ale nie do ukrycia. Poczuła, jak ciepło rozlewa się od szyi aż po uszy i chciała zapaść się pod ziemię.
- Co ty tu robisz - wypaliła szybciej, niż zdążyła pomyśleć. Ton był ostry, prawie nieuprzejmy, a słowa odbiły się od kamiennych ścian jak coś nie na miejscu. Szybko się jednak zreflektowała. Zacisnęła palce na uchwycie porcelanowego kubka, biorąc głęboki wdech, po czym przywołała na twarz wyważony wyraz.
- Deek - zwróciła się do skrzata domowego. Mały, pomarszczony stworek w brązowej kamizelce skinął głową tak energicznie, że jego uszy zatrzepotały jak skrzydła nietoperza. - Zaprowadź pana Lestrange’a do salonu i podaj mu herbatę.
Sama zaś, z gracją, która miała zamaskować zmieszanie, skinęła głową Rodolphusowi i wycofała się w stronę schodów prowadzących na górę. Dopiero kiedy zniknęła za zakrętem, pozwoliła sobie na ciche westchnienie, czując jak serce bije jej zbyt szybko.
Po dziesięciu minutach dołączyła do niego w salonie. Wszelkie ślady wcześniejszego zaskoczenia zniknęły bez śladu - wyglądała tak, jakby sytuacja sprzed chwili w ogóle nie miała miejsca. Nienaganne ubranie, starannie upięte włosy i delikatna biżuteria.
- Wybacz moją reakcję. Zaskoczyłeś mnie - przyznała. Na jej twarzy nie było śladu zmęczenia; chłodny spokój i opanowanie stanowiły maskę, którą nosiła niemal odruchowo.