31.10.2025, 15:24 ✶
- Chill. To naprawdę nic wielkiego.- Westchnął jednak odrobinę cierpiętniczo. Docisnął profilaktycznie palce do nosa, co by więcej krwi nie pociekło na blat.- Zajebałem się wczoraj trochę w tańcu i trafiłem na jakiegoś typa, co wcale mnie pewnie nie polubił. A wiesz jak na Nokturnie szukają Malfoy’ów - odstrzelić wszystkie blond dziwki, a potem patrzeć w dokumenty.
Rozwalony na krześle, wyglądał jak człowiek, który powinien już dawno się przewrócić, ale z jakiegoś powodu wciąż siedzi - nie dlatego, że chce, tylko z czystego przyzwyczajenia i przekory. Lekko zgarbiony, noga zarzucona na nogę, krew na ustach przyschnięta, a spojrzenie? To było to spojrzenie, które mówiło: miałem gorsze poranki.
Machnął różdżką. Trzask w łazience, potem kolejny i jeszcze jeden. Coś się tam rozjebało, coś stuknęło, a Baldwin nawet nie drgnął. Zamiast tego ziewnął, jakby całe to zamieszanie było zbyt mało ekscytujące, żeby na nie w ogóle reagował. Było na to zbyt wcześnie rano.
Fiolka z eliksirem wylądowała na blacie z triumfalnym plop, jakby wróciła z dalekiej podróży.
Wyszczerzył się szeroko, prezentując wszystkie zakrwawione zęby - z dumą, jak ktoś, kto właśnie wygrał w magicznego totka, chociaż wiedział, że zaraz i tak wszystko przepije.
Jedna ręka powędrowała na ramię Hannibala, fundując mu solidne pat pat.
- Dawaj moja fryzjereczko.
Fiolka została odkorkowana. Zapach chemicznego czegoś rozlał się po kuchni.
Sam proces nie trwał jakoś szalenie długo, bo dla żadnego z nich nie było to pierwsze tego typu rodeo. Włosy zafarbowały się równomiernie, co było o tyle dziwne, bo nigdy nie robili tego porządnie.
O czym myślał? O niczym szczególnym. Skupił się na dźwiękach - na kapaniu wody z kranu, cichym syku eliksiru wżerającego się w jego jasne kosmyki i skalp, oddechu Selwyna. Wszystko miało swój rytm - spokojny, nudny, codzienny.
- Jak coś, nie powiem Scar, że ty mnie farbowałeś. Zamorduje kogoś innego.- Zaśmiał się, odpalając kolejnego papierosa. Znalazł go w kieszeni, zgniecionego i połamanego, ale z braku laku, dobre i to.
Podniósł się ciężko, gdy wreszcie podniósł się ze swojego krzesełka. Podszedł do potrzaskanej ramy okiennej. Dym z papierosa snuł się na zewnątrz, przypominając o szalejącej wczoraj pożodze.
- I znów, kurwa przeżylimy Hani.- Stwierdził bardziej do siebie niż do przyjaciela.
Farba z włosów jeszcze nie wyschła do końca, więc kilka kropel spłynęło ciemną smugą po karku. Wyglądało to jak krew. Pasowała mu.
Dopalił papierosa. Zgniótł niedopałek o parapet. Podumał jeszcze chwilę. Wziął z kanapy pierwszą lepszą szatę wierzchnią.
- Dobra, zbieraj dupsko Selwyn. Idziemy zobaczyć co z teatrem.
Machnął zachęcająco ręką, gestem „no już już, zbieramy się.” Jeszcze się uśmiechnął - krzywo, zmęczonym kącikiem ust. Gwizdnął na Rozalindę. A może na Hannibala. A może nie miało to żadnego znaczenia.
Rozwalony na krześle, wyglądał jak człowiek, który powinien już dawno się przewrócić, ale z jakiegoś powodu wciąż siedzi - nie dlatego, że chce, tylko z czystego przyzwyczajenia i przekory. Lekko zgarbiony, noga zarzucona na nogę, krew na ustach przyschnięta, a spojrzenie? To było to spojrzenie, które mówiło: miałem gorsze poranki.
Machnął różdżką. Trzask w łazience, potem kolejny i jeszcze jeden. Coś się tam rozjebało, coś stuknęło, a Baldwin nawet nie drgnął. Zamiast tego ziewnął, jakby całe to zamieszanie było zbyt mało ekscytujące, żeby na nie w ogóle reagował. Było na to zbyt wcześnie rano.
Fiolka z eliksirem wylądowała na blacie z triumfalnym plop, jakby wróciła z dalekiej podróży.
Wyszczerzył się szeroko, prezentując wszystkie zakrwawione zęby - z dumą, jak ktoś, kto właśnie wygrał w magicznego totka, chociaż wiedział, że zaraz i tak wszystko przepije.
Jedna ręka powędrowała na ramię Hannibala, fundując mu solidne pat pat.
- Dawaj moja fryzjereczko.
Fiolka została odkorkowana. Zapach chemicznego czegoś rozlał się po kuchni.
Sam proces nie trwał jakoś szalenie długo, bo dla żadnego z nich nie było to pierwsze tego typu rodeo. Włosy zafarbowały się równomiernie, co było o tyle dziwne, bo nigdy nie robili tego porządnie.
O czym myślał? O niczym szczególnym. Skupił się na dźwiękach - na kapaniu wody z kranu, cichym syku eliksiru wżerającego się w jego jasne kosmyki i skalp, oddechu Selwyna. Wszystko miało swój rytm - spokojny, nudny, codzienny.
- Jak coś, nie powiem Scar, że ty mnie farbowałeś. Zamorduje kogoś innego.- Zaśmiał się, odpalając kolejnego papierosa. Znalazł go w kieszeni, zgniecionego i połamanego, ale z braku laku, dobre i to.
Podniósł się ciężko, gdy wreszcie podniósł się ze swojego krzesełka. Podszedł do potrzaskanej ramy okiennej. Dym z papierosa snuł się na zewnątrz, przypominając o szalejącej wczoraj pożodze.
- I znów, kurwa przeżylimy Hani.- Stwierdził bardziej do siebie niż do przyjaciela.
Farba z włosów jeszcze nie wyschła do końca, więc kilka kropel spłynęło ciemną smugą po karku. Wyglądało to jak krew. Pasowała mu.
Dopalił papierosa. Zgniótł niedopałek o parapet. Podumał jeszcze chwilę. Wziął z kanapy pierwszą lepszą szatę wierzchnią.
- Dobra, zbieraj dupsko Selwyn. Idziemy zobaczyć co z teatrem.
Machnął zachęcająco ręką, gestem „no już już, zbieramy się.” Jeszcze się uśmiechnął - krzywo, zmęczonym kącikiem ust. Gwizdnął na Rozalindę. A może na Hannibala. A może nie miało to żadnego znaczenia.
Koniec sesji