31.10.2025, 17:29 ✶
Przesunąłem wzrokiem po murach, które majaczyły już w pełni, kiedy przekroczyliśmy granicę posiadłości - z bliska wyglądały gorzej, niż się spodziewałem, ale w tej ruinie było coś… Znajomego.
- Splawdzę wszystko. - Obiecałem, chociaż „wszystko” w takich przypadkach było pojęciem dość elastycznym. Przeciągnąłem spojrzeniem po fasadzie dworu, jakbym próbował z niej coś wyczytać, ale tak to już bywało - przekleństwo i wilgoć rzadko się starzeją ładnie.
- Gdyby mnie coś wciągnęło, to znaczy, sze naplawdę jest tu coś waltego zbadania. - Odpowiedziałem spokojnie, chociaż wiedziałem, że to brzmiało bardziej jak żart, i to nieśmieszny, niż zapewnienie. - Nie mam w zwyczaju ginąś w cudzych dlamatach. Zawodowa defolmacja, jak się zbyt często gszebie w takich tematach s pszeszłości, zaczynasz mieś alelgię na powtólki. - Dodałem po chwili, luźniej, odwracając głowę w stronę Gerdy. - Ale jeśli mnie coś „wciągnie w histolię”, to masz moje błogosławieństwo, szeby mnie spoliczkowaś. Albo rzucić we mnie pielwszym zaklęciem s bszegu. Nie ma sentymentów. Mosze pomosze. Mosze nie. Tylko nie stszelaj. - Zawiesiłem głos na chwilę, po czym dodałem. - Choś szczesze, jak mnie coś zacznie wciągaś, to pewnie już nie będziecie mieli szansy na leakcję. Te szeszy są szybkie. - Nie chciałem ich straszyć, ale udawanie, że to wycieczka krajoznawcza, też nie miało sensu. Uśmiechnąłem się krótko, chociaż pod spodem czułem coś bardziej napiętego. Nie lubiłem tego pytania, bo odpowiedź była prosta - jeśli coś mnie złapie, to prawdopodobnie długo się z tym nie poszarpie, takie rzeczy nie przepuszczają ludzi, którzy wiedzą i przez to widzą zbyt wiele. Wsunąłem rękę do rękawa płaszcza i wyciągnąłem różdżkę, drewno było chłodne, ciężkie, znajome, przesunąłem palcem po runach na rękojeści.
- Wiesz, Ambloise, splawdziś się da, ale bes wchodzenia w ślodek to trochę jak badanie lany pszes bandasz. - Wyciągnąłem różdżkę przed siebie, celując nią w przestrzeń trawnika tuż nad ziemią. - Dlatego wchodzimy lasem, a jak tylko coś się niepokojąco luszy, jak tylko zobaczycie cokolwiek, co wygląda zbyt znajomo, odwlacacie się i wychodzicie. Nie ma heloizmu, nie ma ciekawości. Ta ludela nie jest tego walta, nawet jeśli mogłaby byś miłym gniasdkiem. - Zrobiłem krótki, półokrągły gest, a powietrze rozwarstwiło się na moment, jak smuga ciepła nad kamieniem. Widać było tylko lekki błysk, taki, który większość ludzi uznałaby za złudzenie, za zakrzywienie światła. Dla mnie to był ślad - cienki, drżący, ledwo widoczny, nieaktywny.
- No, ploszę… - Mruknąłem pod nosem. - Coś tu się kiedyś spaliło, faktycznie, nie fizycznie, laczej w sensie enelgetysznym. Pętla mogła się domknąś, ale echo zostało. - Przesunąłem spojrzeniem po ogrodzie - tych wszystkich zarośniętych ścieżkach, które prowadziły donikąd.
- Słuchajcie, ja wiem, sze chcecie mieś pewność, sze to miejsce jest bezpieczne, zanim w ogóle złoszycie ofeltę i podpiszecie papiely, ale… - Zrobiłem krótką pauzę, wznawiając kroki. Nie miałem serca mówić, że żadne nawiedzone miejsce nie przestaje być nawiedzone, tylko dlatego, że ktoś tego chce, ale to chyba powinno paść. - Nie istnieje coś takiego, jak w stu plocentach czysty dom po takim zdaszeniu. To tak, jakbyście kupili dom po poszasze i liczyli, sze nie będzie pachniał dymem.
Liście kleiły się do butów, powietrze było ciężkie, ale w tym wszystkim kryła się pewna znajoma nuta.
- Zlóbmy tak. - Powiedziałem po chwili. - Wejdę pielwszy, jeśli coś się zacznie dziaś i nie da lady spieldoliś, to ja się s tym bawię, a wy, w mialę moszliwości, stoicie z tyłu i nie luszacie się, dopóki nie powiem. Nie dlatego, sze nie dacie lady, tylko dlatego, sze takiej magii nie intelesuje wasza odwaga. Intelesuje ją wasza obecność i zaangaszowanie, kapicie? - Tak, byłem gotowy na protesty i westchnienia, gdy to powiedziałem.
- Splawdzę wszystko. - Obiecałem, chociaż „wszystko” w takich przypadkach było pojęciem dość elastycznym. Przeciągnąłem spojrzeniem po fasadzie dworu, jakbym próbował z niej coś wyczytać, ale tak to już bywało - przekleństwo i wilgoć rzadko się starzeją ładnie.
- Gdyby mnie coś wciągnęło, to znaczy, sze naplawdę jest tu coś waltego zbadania. - Odpowiedziałem spokojnie, chociaż wiedziałem, że to brzmiało bardziej jak żart, i to nieśmieszny, niż zapewnienie. - Nie mam w zwyczaju ginąś w cudzych dlamatach. Zawodowa defolmacja, jak się zbyt często gszebie w takich tematach s pszeszłości, zaczynasz mieś alelgię na powtólki. - Dodałem po chwili, luźniej, odwracając głowę w stronę Gerdy. - Ale jeśli mnie coś „wciągnie w histolię”, to masz moje błogosławieństwo, szeby mnie spoliczkowaś. Albo rzucić we mnie pielwszym zaklęciem s bszegu. Nie ma sentymentów. Mosze pomosze. Mosze nie. Tylko nie stszelaj. - Zawiesiłem głos na chwilę, po czym dodałem. - Choś szczesze, jak mnie coś zacznie wciągaś, to pewnie już nie będziecie mieli szansy na leakcję. Te szeszy są szybkie. - Nie chciałem ich straszyć, ale udawanie, że to wycieczka krajoznawcza, też nie miało sensu. Uśmiechnąłem się krótko, chociaż pod spodem czułem coś bardziej napiętego. Nie lubiłem tego pytania, bo odpowiedź była prosta - jeśli coś mnie złapie, to prawdopodobnie długo się z tym nie poszarpie, takie rzeczy nie przepuszczają ludzi, którzy wiedzą i przez to widzą zbyt wiele. Wsunąłem rękę do rękawa płaszcza i wyciągnąłem różdżkę, drewno było chłodne, ciężkie, znajome, przesunąłem palcem po runach na rękojeści.
- Wiesz, Ambloise, splawdziś się da, ale bes wchodzenia w ślodek to trochę jak badanie lany pszes bandasz. - Wyciągnąłem różdżkę przed siebie, celując nią w przestrzeń trawnika tuż nad ziemią. - Dlatego wchodzimy lasem, a jak tylko coś się niepokojąco luszy, jak tylko zobaczycie cokolwiek, co wygląda zbyt znajomo, odwlacacie się i wychodzicie. Nie ma heloizmu, nie ma ciekawości. Ta ludela nie jest tego walta, nawet jeśli mogłaby byś miłym gniasdkiem. - Zrobiłem krótki, półokrągły gest, a powietrze rozwarstwiło się na moment, jak smuga ciepła nad kamieniem. Widać było tylko lekki błysk, taki, który większość ludzi uznałaby za złudzenie, za zakrzywienie światła. Dla mnie to był ślad - cienki, drżący, ledwo widoczny, nieaktywny.
- No, ploszę… - Mruknąłem pod nosem. - Coś tu się kiedyś spaliło, faktycznie, nie fizycznie, laczej w sensie enelgetysznym. Pętla mogła się domknąś, ale echo zostało. - Przesunąłem spojrzeniem po ogrodzie - tych wszystkich zarośniętych ścieżkach, które prowadziły donikąd.
- Słuchajcie, ja wiem, sze chcecie mieś pewność, sze to miejsce jest bezpieczne, zanim w ogóle złoszycie ofeltę i podpiszecie papiely, ale… - Zrobiłem krótką pauzę, wznawiając kroki. Nie miałem serca mówić, że żadne nawiedzone miejsce nie przestaje być nawiedzone, tylko dlatego, że ktoś tego chce, ale to chyba powinno paść. - Nie istnieje coś takiego, jak w stu plocentach czysty dom po takim zdaszeniu. To tak, jakbyście kupili dom po poszasze i liczyli, sze nie będzie pachniał dymem.
Liście kleiły się do butów, powietrze było ciężkie, ale w tym wszystkim kryła się pewna znajoma nuta.
- Zlóbmy tak. - Powiedziałem po chwili. - Wejdę pielwszy, jeśli coś się zacznie dziaś i nie da lady spieldoliś, to ja się s tym bawię, a wy, w mialę moszliwości, stoicie z tyłu i nie luszacie się, dopóki nie powiem. Nie dlatego, sze nie dacie lady, tylko dlatego, sze takiej magii nie intelesuje wasza odwaga. Intelesuje ją wasza obecność i zaangaszowanie, kapicie? - Tak, byłem gotowy na protesty i westchnienia, gdy to powiedziałem.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)