01.11.2025, 01:14 ✶
Astoria uniosła na niego wzrok, wciąż z trudem łapiąc powietrze, ale już nieco spokojniejsza. Czuła, jak jego ramię podtrzymuje ją pewnie - stabilny punkt w świecie, który właśnie płonął i chwiał się w posadach. Miała świadomość, że jego eleganckie ubranie zapewne nie przetrwa tego spotkania w idealnym stanie, że pył, sadza i popiół zostawią na nim ślady, tak jak zostawiały na wszystkim wokół. A jednak nie odsunął się. Nie zaprotestował. Tylko trwał obok niej, dając oparcie, którego naprawdę potrzebowała. Zaskoczył ją, bo przecież dbał o dobra materialne ponad wszystko inne. W normalnych okolicznościach nie podejrzewałaby go o podobny sentyment, ale teraz nie miała nawet siły, żeby wchodzić w jakiekolwiek dyskusje.
Jej spojrzenie zatrzymało się na nim, gdy wspomniał o krześle - absurdalnie, w tej chwili, wydało jej się to prawie komiczne. Na krótką chwilę, mimo bólu w klatce piersiowej, w kąciku jej ust pojawił się cień uśmiechu. W tej chwili wydawało się to drobiazgiem, błahostką pośród popiołów Londynu, a jednak coś w jej instynkcie kazało jej zapamiętać ten szczegół i w najbliższej przyszłości dokładnie wypyta, jak do tego doszło i co zamierza z nim zrobić. Nie chciała myśleć o własnym mieszkaniu. O ubraniach, które przesiąkły dymem, o księgach pokrytych sadzą, o zasłonach, które nigdy nie odzyskają dawnego koloru. W tej jednej chwili próbowała szukać w tym wszystkim czegokolwiek pozytywnego - choćby tego, że jej dom nie płonął. Że mury wciąż stały. To musiało wystarczyć.
Zanim chwyciła jego dłoń, uniosła do twarzy wilgotną chustkę, którą wcześniej zawiązała wokół ust. Materiał był chłodny i przesiąknięty zapachem kurzu oraz popiołu, ale wciąż lepszy niż duszące powietrze wokół. Przymknęła oczy, skupiając się na rytmie oddechu: wdech przez tkaninę, wydech przez nos, znowu wdech. Powoli serce przestawało bić jak oszalałe, zawroty głowy słabły, choć dreszcze nie ustępowały.
Nie ma co zwlekać. Jej palce, chłodne i lekko drżące, złączyły się z jego pewnym uściskiem. Myśl o galerii i o ojcu przebiła się przez zmęczenie niczym iskra. Zamknęła oczy, a w tej samej chwili powietrze wokół nich zatrzeszczało, skręciło, i świat rozpadł się w szarpnięciu teleportacji. Zrobiło jej się niedobrze, gdy wylądowała z powrotem przed galerią.
- W-wejdę tylnym wejściem - wychrypiała blisko jego ucha, żeby jak najmniej obciążać gardło. Zresztą jej głos i tak nie zdołałby się przebić przez hałasy ulicy pogrążonej w chaosie. - Powinieneś iść.
Czuła ciepło jego ramienia, ciężar dłoni, który dawał jej oparcie, choć nie powinna była go potrzebować. Z bliska dostrzegła drobiny sadzy na jego policzku i własnym płaszczu, wszystko w tej chwili wyglądało jak z innego świata. Przede wszystkim nie chciała, żeby widział, jak bardzo jest osłabiona, jak bardzo jej ciało odmawiało posłuszeństwa. Gdzieś w oddali wybrzmiał huk kolejnego zaklęcia, a ona wiedziała już, że dłużej nie mogą tu stać.
- Idź - powtórzyła. W oczach miała to charakterystyczne zacięcie, którego nie sposób było zignorować - błysk twardej determinacji, podszyty dumą i uporem, tak dla niej typowym.
Jej spojrzenie zatrzymało się na nim, gdy wspomniał o krześle - absurdalnie, w tej chwili, wydało jej się to prawie komiczne. Na krótką chwilę, mimo bólu w klatce piersiowej, w kąciku jej ust pojawił się cień uśmiechu. W tej chwili wydawało się to drobiazgiem, błahostką pośród popiołów Londynu, a jednak coś w jej instynkcie kazało jej zapamiętać ten szczegół i w najbliższej przyszłości dokładnie wypyta, jak do tego doszło i co zamierza z nim zrobić. Nie chciała myśleć o własnym mieszkaniu. O ubraniach, które przesiąkły dymem, o księgach pokrytych sadzą, o zasłonach, które nigdy nie odzyskają dawnego koloru. W tej jednej chwili próbowała szukać w tym wszystkim czegokolwiek pozytywnego - choćby tego, że jej dom nie płonął. Że mury wciąż stały. To musiało wystarczyć.
Zanim chwyciła jego dłoń, uniosła do twarzy wilgotną chustkę, którą wcześniej zawiązała wokół ust. Materiał był chłodny i przesiąknięty zapachem kurzu oraz popiołu, ale wciąż lepszy niż duszące powietrze wokół. Przymknęła oczy, skupiając się na rytmie oddechu: wdech przez tkaninę, wydech przez nos, znowu wdech. Powoli serce przestawało bić jak oszalałe, zawroty głowy słabły, choć dreszcze nie ustępowały.
Nie ma co zwlekać. Jej palce, chłodne i lekko drżące, złączyły się z jego pewnym uściskiem. Myśl o galerii i o ojcu przebiła się przez zmęczenie niczym iskra. Zamknęła oczy, a w tej samej chwili powietrze wokół nich zatrzeszczało, skręciło, i świat rozpadł się w szarpnięciu teleportacji. Zrobiło jej się niedobrze, gdy wylądowała z powrotem przed galerią.
- W-wejdę tylnym wejściem - wychrypiała blisko jego ucha, żeby jak najmniej obciążać gardło. Zresztą jej głos i tak nie zdołałby się przebić przez hałasy ulicy pogrążonej w chaosie. - Powinieneś iść.
Czuła ciepło jego ramienia, ciężar dłoni, który dawał jej oparcie, choć nie powinna była go potrzebować. Z bliska dostrzegła drobiny sadzy na jego policzku i własnym płaszczu, wszystko w tej chwili wyglądało jak z innego świata. Przede wszystkim nie chciała, żeby widział, jak bardzo jest osłabiona, jak bardzo jej ciało odmawiało posłuszeństwa. Gdzieś w oddali wybrzmiał huk kolejnego zaklęcia, a ona wiedziała już, że dłużej nie mogą tu stać.
- Idź - powtórzyła. W oczach miała to charakterystyczne zacięcie, którego nie sposób było zignorować - błysk twardej determinacji, podszyty dumą i uporem, tak dla niej typowym.