01.11.2025, 13:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.11.2025, 17:23 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Nawet słysząc odpowiedź, nie miał zielonego pojęcia, kogo tak naprawdę szukali. To znaczy, może inaczej. Imię Yaskhier po prostu nic mu nie mówiło, choć jednocześnie musiał przyznać, że było dosyć oryginalne. Kiedy jednak cofał się pamięcią do tych wszystkich poprzednich wizyt w Snowdonii, nie był w stanie skojarzyć twarzy legendarnego poszukiwacza smoka z konkretnymi ze wspomnień. Doszedł zatem do najprostszego z możliwych wniosków, że nigdy nie poznał ich wesołej zguby. W innym wypadku, nie wątpił w to, że była to raczej na tyle barwna postać, iż nie dałoby się jej zapomnieć.
Być może niezbyt uważnie śledził przebieg całej rozmowy pomiędzy paniami, wychodząc raczej z założenia, że dopóki nie padło nic, co konkretnie wskazywałoby na sugestię włączenia się do dyskusji, chyba nie powinien im przerywać (obie i tak znajdowały się znacząco z przodu), jednakże gdy do jego uszu dotarły te niezmiernie pewne swego słowa Geraldine. Cóż, odruchowo kaszlnął, tłumiąc parsknięcie i w efekcie krztusząc się kropelkami śliny zgromadzonej w ustach.
Nietrudno było domyślić się, że nie był to zwykły napad kaszelku po zbyt długim przebywaniu na świeżym powietrzu. Ba, mimo tego, że nijak nie skomentował wymiany zdań na temat sukni ślubnej, nawet nie starał się ukryć rozbawienia, jakie towarzyszyło posłaniu znaczącego spojrzenia spod uniesionych brwi w kierunku przyjaciela. Mhm. Nie to, żeby nie wierzył w zdolności, przewagi i wpływ małżonki, ale w tym wypadku nie sądził, by miało jej się powieść. A przynajmniej nie tak łatwo i gładko jak usiłowała to przedstawiać.
Z jednej strony wyjątkowo mocno chciałby to zobaczyć. Z drugiej? Chyba lepiej byłoby, żeby żadna suknia nie została dziś zniszczona. Był jednak realistą i nawet jeśli mógł trzymać za to mentalne kciuki, jakoś nie wydawało mu się to zbyt prawdopodobne. Szli w końcu do lasu, mimo pełni księżyca, prowadząc poszukiwania w niemalże całkowitej ciemności, częściowo już teraz brudząc sobie buty w mokrej trawie i w błocie, którego nad brzegiem jeziora miało być jeszcze więcej. Do tego te wszystkie małe krzaki... Ba, nawet liście paproci, w które weszli, a które najwyraźniej skrywały w sobie nieprzewidziane atrakcje.
Całe szczęście, Brenna zdążyła zauważyć pułapkę, dzięki czemu mogli ominąć dziurę, przechodząc wokół niej na tyle ostrożnie, na ile to tylko było możliwe w tych warunkach.
Zatrzymał się, unosząc dłoń w górę, by dać znak reszcie, że coś zwróciło jego uwagę. Pochylił się nieco, przyglądając się odciskom butów w miękkiej ziemi. Zmarszczył brwi, rozpoznając również charakterystyczne wgniecenia wśród paproci. Ktoś tędy przeszedł i to niedawno. Ślady były świeże, zbyt wyraźne, by pochodziły sprzed dnia czy dwóch.
- Tutaj - rzucił krótko, po czym ruszył w stronę krzaków, stawiając jak najostrożniejsze kroki, aby nie wpaść przypadkiem w jakiś kolejny ukryty dół.
Nie spodziewał się zupełnie tego, co rozegrało się w kolejnej sekundzie. Rozległ się nagły, przenikliwy pisk, a zaraz potem z gęstwiny wypadła jakaś para. Kobieta z liśćmi we włosach i rumieńcem na policzkach wyglądała na kogoś, kto wolałby znaleźć się w dowolnym innym miejscu. Towarzyszący jej mężczyzna, z rozchełstanym kołnierzem, częściowo rozpiętymi spodniami i wyraźnymi śladami pocałunków na szyi, próbował zachować resztki godności, choć efekt był marny.
Roise zatrzymał się gwałtownie, niemalże sięgając już po różdżkę, ale w ostatniej chwili rezygnując z tego pomysłu. Zamiast tego, odruchowo cofnął się o pół kroku, unosząc brew z lekkim niedowierzaniem. Przez moment wpatrywał się w poruszające się chaotycznie krzaki, nawet nie mrugając. Aż wreszcie ludzie, którzy się z nich wyłonili rzucili się do panicznej ucieczki w przeciwną stronę.
Kobieta potykała się o spódnicę własnej sukni, co chwilę błyszcząc halką. Miała naprawdę dużą pajęczynę zaczepioną na rudych, mocno zwichrzonych włosach, które w tym świetle i zważywszy na okoliczności wyglądały przez to niczym przykryte welonem. Jej z pewnością świeży małżonek (wersja kaznodzieja friendly) prezentował się trochę mniej dramatycznie, ale także potykał się o własne nogi. Rozpięty pasek bujał się przy jego udach, wydając z siebie metaliczne dzyń za każdym razem, gdy klamra uderzała o coś w kieszeni mężczyzny, zapewne o zapalniczkę. I to małą.
Zaczerwienione twarze rozmyły się w pośpiechu, gdy para aktorów wykonała swój taktyczny odwrót. Zażenowane lica ledwie błysnęły w półcieniu, zanim oboje zniknęli w kierunku zabudowań, niczym sarenki kopytkując w stronę namiotów.
Z ustami wykrzywionymi w czymś pomiędzy rozbawieniem a niedowierzaniem, Ambroise odprowadził ich wzrokiem. Dopiero moment później opuścił rękę, którą prawie sięgnął po różdżkę, odchrząknął i powoli wypuścił powietrze przez nos.
- Cóż - odezwał się w końcu, unosząc brew. - Wygląda na to, że ktoś inny też wpadł na pomysł dogłębnej eksploracji terenu - spojrzał po towarzyszach, a kąciki jego ust drgnęły w uśmiechu.
Nie próbował ukryć rozbawienia. Sytuacja była trochę zbyt absurdalna, by mógł zachować powagę.
- Przynajmniej wiemy, że wesele było udane - dodał z udawaną powagą, poprawiając mankiet.
Zatrzymał spojrzenie na krzakach, które wciąż jeszcze poruszały się pod wpływem wcześniejszego zamieszania. Nie wyglądał na szczególnie zgorszonego, odchrząkując raz jeszcze, jakby nic się nie stało, choć na jego twarzy wciąż czaił się cień uśmiechu. Niby nie Noc Świętojańska, a paprocie kwitły aż miło.
Być może niezbyt uważnie śledził przebieg całej rozmowy pomiędzy paniami, wychodząc raczej z założenia, że dopóki nie padło nic, co konkretnie wskazywałoby na sugestię włączenia się do dyskusji, chyba nie powinien im przerywać (obie i tak znajdowały się znacząco z przodu), jednakże gdy do jego uszu dotarły te niezmiernie pewne swego słowa Geraldine. Cóż, odruchowo kaszlnął, tłumiąc parsknięcie i w efekcie krztusząc się kropelkami śliny zgromadzonej w ustach.
Nietrudno było domyślić się, że nie był to zwykły napad kaszelku po zbyt długim przebywaniu na świeżym powietrzu. Ba, mimo tego, że nijak nie skomentował wymiany zdań na temat sukni ślubnej, nawet nie starał się ukryć rozbawienia, jakie towarzyszyło posłaniu znaczącego spojrzenia spod uniesionych brwi w kierunku przyjaciela. Mhm. Nie to, żeby nie wierzył w zdolności, przewagi i wpływ małżonki, ale w tym wypadku nie sądził, by miało jej się powieść. A przynajmniej nie tak łatwo i gładko jak usiłowała to przedstawiać.
Z jednej strony wyjątkowo mocno chciałby to zobaczyć. Z drugiej? Chyba lepiej byłoby, żeby żadna suknia nie została dziś zniszczona. Był jednak realistą i nawet jeśli mógł trzymać za to mentalne kciuki, jakoś nie wydawało mu się to zbyt prawdopodobne. Szli w końcu do lasu, mimo pełni księżyca, prowadząc poszukiwania w niemalże całkowitej ciemności, częściowo już teraz brudząc sobie buty w mokrej trawie i w błocie, którego nad brzegiem jeziora miało być jeszcze więcej. Do tego te wszystkie małe krzaki... Ba, nawet liście paproci, w które weszli, a które najwyraźniej skrywały w sobie nieprzewidziane atrakcje.
Całe szczęście, Brenna zdążyła zauważyć pułapkę, dzięki czemu mogli ominąć dziurę, przechodząc wokół niej na tyle ostrożnie, na ile to tylko było możliwe w tych warunkach.
Rzut 1d5 - 1
Zatrzymał się, unosząc dłoń w górę, by dać znak reszcie, że coś zwróciło jego uwagę. Pochylił się nieco, przyglądając się odciskom butów w miękkiej ziemi. Zmarszczył brwi, rozpoznając również charakterystyczne wgniecenia wśród paproci. Ktoś tędy przeszedł i to niedawno. Ślady były świeże, zbyt wyraźne, by pochodziły sprzed dnia czy dwóch.
- Tutaj - rzucił krótko, po czym ruszył w stronę krzaków, stawiając jak najostrożniejsze kroki, aby nie wpaść przypadkiem w jakiś kolejny ukryty dół.
Nie spodziewał się zupełnie tego, co rozegrało się w kolejnej sekundzie. Rozległ się nagły, przenikliwy pisk, a zaraz potem z gęstwiny wypadła jakaś para. Kobieta z liśćmi we włosach i rumieńcem na policzkach wyglądała na kogoś, kto wolałby znaleźć się w dowolnym innym miejscu. Towarzyszący jej mężczyzna, z rozchełstanym kołnierzem, częściowo rozpiętymi spodniami i wyraźnymi śladami pocałunków na szyi, próbował zachować resztki godności, choć efekt był marny.
Roise zatrzymał się gwałtownie, niemalże sięgając już po różdżkę, ale w ostatniej chwili rezygnując z tego pomysłu. Zamiast tego, odruchowo cofnął się o pół kroku, unosząc brew z lekkim niedowierzaniem. Przez moment wpatrywał się w poruszające się chaotycznie krzaki, nawet nie mrugając. Aż wreszcie ludzie, którzy się z nich wyłonili rzucili się do panicznej ucieczki w przeciwną stronę.
Kobieta potykała się o spódnicę własnej sukni, co chwilę błyszcząc halką. Miała naprawdę dużą pajęczynę zaczepioną na rudych, mocno zwichrzonych włosach, które w tym świetle i zważywszy na okoliczności wyglądały przez to niczym przykryte welonem. Jej z pewnością świeży małżonek (wersja kaznodzieja friendly) prezentował się trochę mniej dramatycznie, ale także potykał się o własne nogi. Rozpięty pasek bujał się przy jego udach, wydając z siebie metaliczne dzyń za każdym razem, gdy klamra uderzała o coś w kieszeni mężczyzny, zapewne o zapalniczkę. I to małą.
Zaczerwienione twarze rozmyły się w pośpiechu, gdy para aktorów wykonała swój taktyczny odwrót. Zażenowane lica ledwie błysnęły w półcieniu, zanim oboje zniknęli w kierunku zabudowań, niczym sarenki kopytkując w stronę namiotów.
Z ustami wykrzywionymi w czymś pomiędzy rozbawieniem a niedowierzaniem, Ambroise odprowadził ich wzrokiem. Dopiero moment później opuścił rękę, którą prawie sięgnął po różdżkę, odchrząknął i powoli wypuścił powietrze przez nos.
- Cóż - odezwał się w końcu, unosząc brew. - Wygląda na to, że ktoś inny też wpadł na pomysł dogłębnej eksploracji terenu - spojrzał po towarzyszach, a kąciki jego ust drgnęły w uśmiechu.
Nie próbował ukryć rozbawienia. Sytuacja była trochę zbyt absurdalna, by mógł zachować powagę.
- Przynajmniej wiemy, że wesele było udane - dodał z udawaną powagą, poprawiając mankiet.
Zatrzymał spojrzenie na krzakach, które wciąż jeszcze poruszały się pod wpływem wcześniejszego zamieszania. Nie wyglądał na szczególnie zgorszonego, odchrząkując raz jeszcze, jakby nic się nie stało, choć na jego twarzy wciąż czaił się cień uśmiechu. Niby nie Noc Świętojańska, a paprocie kwitły aż miło.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
Spoiler