01.11.2025, 19:06 ✶
Ruszyliśmy dalej, starając się wyłapać choćby najmniejszy szczegół, chociaż nikt nie miał większego pojęcia, w którą stronę właściwie iść. Wysokie paprocie sięgały niemal po pas, lampiony skończyły się na skraju polany, a dalej była już tylko noc - ciężka, ciemna i wilgotna. Woda szumiała gdzieś po lewej, w oddali słychać było śmiech i urywane dźwięki, jakby ktoś jeszcze próbował grać, ale struny i zapał zaczynały odmawiać posłuszeństwa. Rozejrzałem się, mrużąc oczy, światło księżyca odbijało się w trawie, w kroplach rosy i w odblaskach potłuczonego szkła - ktoś musiał tu wcześniej rozbić butelkę, błysk przypominał o znaku po ludzkiej obecności. Nachyliłem się, żeby się upewnić, ale to tylko szkło i paprocie, zgniecione jakby ktoś tu poruszał się w pośpiechu.
Zrobiliśmy parę kroków naprzód, starając się nie zgubić z oczu dziewczyn, ale one zwolniły. Jar, wąski, głęboki na kilka metrów, krył się tuż za pasmem paproci. Gdybym nie patrzył pod nogi, pewnie sam bym wpadł. Zatrzymałem się tuż przy krawędzi, odchylając się lekko do tyłu, żeby złapać równowagę.
- Pięknie. - Wymamrotałem. Z dna jaru wiało chłodem, a powietrze pachniało mchem i wodą. Słychać było kapanie - pojedyncze krople spadające gdzieś w głąb, jak echo w studni. Cofnąłem się pół kroku, stawiając stopę na wilgotnym mchu, który poddał się pod ciężarem.
Ambroise rozejrzał się, jego spojrzenie zatrzymało się na czymś, moment później usłyszałem słowa. Podążyłem za nim - faktycznie, kilka odciśniętych podeszw w miękkiej ziemi, rozmazanych, ale widocznych - ciężkie buty, chyba męskie, ślady skręcały w bok, w stronę krzaków, które gęstniały.
- Mosze i mamy szczęście. - Mruknąłem. - Chyba coś tu się lusa, ma— - zanim zdążyłem dokończyć, rozległ się pisk - ostry, przeszywający, jakby ktoś nadepnął na kota w nocy, wysoki i tak nagły, że obaj niemal jednocześnie cofnęliśmy się o krok. Krzaki zatrzęsły się gwałtownie, rozgarniane od środka, ktoś wyskoczył spomiędzy liści, ktoś inny zaraz za nim - para, na pewno młoda, sądząc po szybkości, z jaką dali dyla, ewidentnie nie spodziewała się, że ktoś ich przyłapie.
Para w panice rzuciła się do ucieczki, potykając się co krok - kobieta o spódnicę i halkę, mężczyzna o własne nogi. Nie zobaczyłem twarzy, jedynie błysk jasnej sukienki i coś ciemnego, może surdut, może marynarkę, a potem pozostał już tylko szelest liści i ucieczka w stronę pola. Zniknęli w stronę zabudowań, rozpływając się w cieniu, niczym płochliwe zwierzęta, pozostawiając za sobą echo chaosu.
- Tszeba pszyznaś, sze nie blak im inicjatywy. Wygląda na to, sze tempo mają imponujące. - Skwitowałem, po czym parsknąłem cicho i spojrzałem na Ambroise’a. - Cósz, pszynajmniej było widowiskowo.
W powietrzu pozostał zapach rozgniecionych paproci i coś jeszcze - słodkawy aromat perfum, który zniknął tak szybko, jak się pojawił.
Zrobiliśmy parę kroków naprzód, starając się nie zgubić z oczu dziewczyn, ale one zwolniły. Jar, wąski, głęboki na kilka metrów, krył się tuż za pasmem paproci. Gdybym nie patrzył pod nogi, pewnie sam bym wpadł. Zatrzymałem się tuż przy krawędzi, odchylając się lekko do tyłu, żeby złapać równowagę.
- Pięknie. - Wymamrotałem. Z dna jaru wiało chłodem, a powietrze pachniało mchem i wodą. Słychać było kapanie - pojedyncze krople spadające gdzieś w głąb, jak echo w studni. Cofnąłem się pół kroku, stawiając stopę na wilgotnym mchu, który poddał się pod ciężarem.
Ambroise rozejrzał się, jego spojrzenie zatrzymało się na czymś, moment później usłyszałem słowa. Podążyłem za nim - faktycznie, kilka odciśniętych podeszw w miękkiej ziemi, rozmazanych, ale widocznych - ciężkie buty, chyba męskie, ślady skręcały w bok, w stronę krzaków, które gęstniały.
- Mosze i mamy szczęście. - Mruknąłem. - Chyba coś tu się lusa, ma— - zanim zdążyłem dokończyć, rozległ się pisk - ostry, przeszywający, jakby ktoś nadepnął na kota w nocy, wysoki i tak nagły, że obaj niemal jednocześnie cofnęliśmy się o krok. Krzaki zatrzęsły się gwałtownie, rozgarniane od środka, ktoś wyskoczył spomiędzy liści, ktoś inny zaraz za nim - para, na pewno młoda, sądząc po szybkości, z jaką dali dyla, ewidentnie nie spodziewała się, że ktoś ich przyłapie.
Para w panice rzuciła się do ucieczki, potykając się co krok - kobieta o spódnicę i halkę, mężczyzna o własne nogi. Nie zobaczyłem twarzy, jedynie błysk jasnej sukienki i coś ciemnego, może surdut, może marynarkę, a potem pozostał już tylko szelest liści i ucieczka w stronę pola. Zniknęli w stronę zabudowań, rozpływając się w cieniu, niczym płochliwe zwierzęta, pozostawiając za sobą echo chaosu.
- Tszeba pszyznaś, sze nie blak im inicjatywy. Wygląda na to, sze tempo mają imponujące. - Skwitowałem, po czym parsknąłem cicho i spojrzałem na Ambroise’a. - Cósz, pszynajmniej było widowiskowo.
W powietrzu pozostał zapach rozgniecionych paproci i coś jeszcze - słodkawy aromat perfum, który zniknął tak szybko, jak się pojawił.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)