01.11.2025, 22:59 ✶
Gdyby ktoś streścił mu wydarzenia mające miejsce w przeciągu kilku ostatnich miesięcy, Ambroise niechybnie poradziłby tę osobę o mitomanię i o skłonność do przesady, być może także o brak starań w formułowaniu przekonujących zeznań. Bez wątpienia zarzuciłby tej osobie, że piła zbyt wiele wysokoprocentowych trunków, być może wspomagając się przy tym narkotycznymi kadzidełkami, grzybkami albo czymś podobnym. A jednak wszystko, co powinno wzbudzać uniesienie brwi i lekko rozgoryczony śmiech Greengrassa (no, bo przecież zaprzepaścił swoje szanse na względnie normalne życie i na szczęśliwą historię), okazywało się szczerą prawdą.
Tak, sam był cholernie zaskoczony tym, w jaki sposób wszystko zaczęło się układać. Być może, gdyby był trochę bardziej religijny, stwierdziłby, że nieba zdarzyły porę. A jednak nie analizował tego w ten sposób. Owszem, w dalszym ciągu myślał zarówno o przeszłości, jak i o przyszłości, ale przede wszystkim cieszył się teraźniejszością. Naprawdę stał się znacznie bardziej pozytywny, co było niemalże zmianą o sto osiemdziesiąt stopni względem wcześniejszych miesięcy.
- Możemy kupić kilka na potem - stwierdził luźno, obdarzając dziewczynę spojrzeniem. - Nie zmarnują się. Zimą wciąż będą dobre do herbaty. Bez też - podkreślił, bo obie opcje były równie właściwe.
Niby mieli jeszcze kilka sabatów po drodze, ale podczas Mabon można było zakupić produkty, które nie miały być dostępne w kolejnych miesiącach. Na przykład jarzębinówka z pobliskiego stoiska, przeróżne alkohole z głogu i innych roślin zebranych w poprzednim sezonie i poddanych długiemu leżakowaniu aż do jesieni. Zimowe smaki wciąż były dobre, ale inne. W końcu zazwyczaj liczyła się różnorodność, czyż nie?
Chociaż w tym roku na straganach brakowało jej bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Ale cóż się dziwić. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia w nieszczęściu, co oni dwoje.
- O dziwo, zdarzyło jej się przyjmować podobne prezenty. Tyle tylko, że mieliśmy wtedy po trzynaście, góra czternaście lat. I pewnie wszystkie chwilę później trafiły na strych albo do piwnicy - parsknął pod nosem, podsumowując tym samym, jak bardzo był wtedy naiwny, wierząc w to, że ciotka naprawdę cieszy się z bazarowego badziewia, jakie kupili jej za stanowczo zbyt dużo pieniędzy.
W znacznej mierze wziętych od niej, od ojca Ambroisa i od pozostałych ludzi obdarzonych zaszczytem otrzymania czegoś, co w dziecięcych bądź nastoletnich oczach wyglądało na najlepszy prezent pod słońcem.
- Więc fakt, wypadałoby kupić jej coś, co będzie trochę bardziej wyszukane - kiwnął głową, przesuwając spojrzeniem po najbliższym otoczeniu, w którym niestety nie zmaterializował się po drodze żaden stragan z przedmiotami o podobnej kategorii. - Zdążymy wstąpić gdzieś w drodze powrotnej? - Spytał, tym razem tak naprawdę nie do końca wiedząc, ile właściwie mają czasu.
Jasne, nigdzie się chwilowo nie spieszyli, ale mieli jeszcze kilka miejsc do odwiedzenia, w tym kowen, który mógł zająć im całkiem sporo czasu. Tego dnia bywały tam prawdziwe tłumy, składając dary dla Matki, więc mogli władować się w sam środek dzikiego tłumu. Co prawda, dziś na Pokątnej było znacznie mniej osób niż zazwyczaj przy podobnych okazjach, ale wiadomo: jak trwoga, to do sił wyższych, czyż nie? W Whitecroft pewnie mieli zastać ludzi, których wcześniej nigdy tam nie widywali. Nie to, żeby sami bywali tam jakoś szczególnie często, czego nie omieszkał im wytknąć kapłan mający prowadzić jutrzejsze obrzędy. No cóż.
Najważniejsze, że na te dwa dni postanowili się nawrócić prawda? No, może raczej na kilka godzin z przerwami. Szczegóły.
- Miodową? Jarzębinową? Z głogu? Pędów sosny? - Spojrzał na najbliższe stoisko, starając się rozczytać umieszczone tam napisy. - Skomponowałbym raczej własne zestawy prezentowe, fakt. Kupowanie wszystkim jednych rzeczy jest leniwe - i zupełnie pozbawione klasy, ale tego już nie dodał, bo nie musiał tego robić, Geraldine znała jego podejście równie dobrze, co on wiedział o tym jej. - Broszki mogłyby być... ...niezłe - a jednak w jego głosie dało się wyczuć dokładnie ten sam brak przekonania, co w tonie dziewczyny. - Chociaż może lepsze byłyby już runiczne zawieszki? Coś ochronnego, co można schować pod ubraniem? - Zasugerował, z drugiej strony nie do końca wierząc w działanie tak kupionych przedmiotów. - Jeśli streścimy ruchy i nie będziemy za dużo krążyć, pewnie uda nam się odwiedzić wszystkie stragany i kowen - a potrafili być skuteczni, nieprawdaż?
Ostatnio dosyć mocno to udowadniali.
Tak, sam był cholernie zaskoczony tym, w jaki sposób wszystko zaczęło się układać. Być może, gdyby był trochę bardziej religijny, stwierdziłby, że nieba zdarzyły porę. A jednak nie analizował tego w ten sposób. Owszem, w dalszym ciągu myślał zarówno o przeszłości, jak i o przyszłości, ale przede wszystkim cieszył się teraźniejszością. Naprawdę stał się znacznie bardziej pozytywny, co było niemalże zmianą o sto osiemdziesiąt stopni względem wcześniejszych miesięcy.
- Możemy kupić kilka na potem - stwierdził luźno, obdarzając dziewczynę spojrzeniem. - Nie zmarnują się. Zimą wciąż będą dobre do herbaty. Bez też - podkreślił, bo obie opcje były równie właściwe.
Niby mieli jeszcze kilka sabatów po drodze, ale podczas Mabon można było zakupić produkty, które nie miały być dostępne w kolejnych miesiącach. Na przykład jarzębinówka z pobliskiego stoiska, przeróżne alkohole z głogu i innych roślin zebranych w poprzednim sezonie i poddanych długiemu leżakowaniu aż do jesieni. Zimowe smaki wciąż były dobre, ale inne. W końcu zazwyczaj liczyła się różnorodność, czyż nie?
Chociaż w tym roku na straganach brakowało jej bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Ale cóż się dziwić. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia w nieszczęściu, co oni dwoje.
- O dziwo, zdarzyło jej się przyjmować podobne prezenty. Tyle tylko, że mieliśmy wtedy po trzynaście, góra czternaście lat. I pewnie wszystkie chwilę później trafiły na strych albo do piwnicy - parsknął pod nosem, podsumowując tym samym, jak bardzo był wtedy naiwny, wierząc w to, że ciotka naprawdę cieszy się z bazarowego badziewia, jakie kupili jej za stanowczo zbyt dużo pieniędzy.
W znacznej mierze wziętych od niej, od ojca Ambroisa i od pozostałych ludzi obdarzonych zaszczytem otrzymania czegoś, co w dziecięcych bądź nastoletnich oczach wyglądało na najlepszy prezent pod słońcem.
- Więc fakt, wypadałoby kupić jej coś, co będzie trochę bardziej wyszukane - kiwnął głową, przesuwając spojrzeniem po najbliższym otoczeniu, w którym niestety nie zmaterializował się po drodze żaden stragan z przedmiotami o podobnej kategorii. - Zdążymy wstąpić gdzieś w drodze powrotnej? - Spytał, tym razem tak naprawdę nie do końca wiedząc, ile właściwie mają czasu.
Jasne, nigdzie się chwilowo nie spieszyli, ale mieli jeszcze kilka miejsc do odwiedzenia, w tym kowen, który mógł zająć im całkiem sporo czasu. Tego dnia bywały tam prawdziwe tłumy, składając dary dla Matki, więc mogli władować się w sam środek dzikiego tłumu. Co prawda, dziś na Pokątnej było znacznie mniej osób niż zazwyczaj przy podobnych okazjach, ale wiadomo: jak trwoga, to do sił wyższych, czyż nie? W Whitecroft pewnie mieli zastać ludzi, których wcześniej nigdy tam nie widywali. Nie to, żeby sami bywali tam jakoś szczególnie często, czego nie omieszkał im wytknąć kapłan mający prowadzić jutrzejsze obrzędy. No cóż.
Najważniejsze, że na te dwa dni postanowili się nawrócić prawda? No, może raczej na kilka godzin z przerwami. Szczegóły.
- Miodową? Jarzębinową? Z głogu? Pędów sosny? - Spojrzał na najbliższe stoisko, starając się rozczytać umieszczone tam napisy. - Skomponowałbym raczej własne zestawy prezentowe, fakt. Kupowanie wszystkim jednych rzeczy jest leniwe - i zupełnie pozbawione klasy, ale tego już nie dodał, bo nie musiał tego robić, Geraldine znała jego podejście równie dobrze, co on wiedział o tym jej. - Broszki mogłyby być... ...niezłe - a jednak w jego głosie dało się wyczuć dokładnie ten sam brak przekonania, co w tonie dziewczyny. - Chociaż może lepsze byłyby już runiczne zawieszki? Coś ochronnego, co można schować pod ubraniem? - Zasugerował, z drugiej strony nie do końca wierząc w działanie tak kupionych przedmiotów. - Jeśli streścimy ruchy i nie będziemy za dużo krążyć, pewnie uda nam się odwiedzić wszystkie stragany i kowen - a potrafili być skuteczni, nieprawdaż?
Ostatnio dosyć mocno to udowadniali.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down