02.11.2025, 00:04 ✶
Z początku to było tylko napięcie w karku - to samo, które czułem od kilku dni, jakby ktoś wbił mi w skórę niewidzialny hak i ciągnął, delikatnie, ale nieustannie, w tył. Nie słyszałem nic, żadnego głosu, żadnego szeptu, żadnego imienia wypowiadanego zza pleców, a mimo to, gdy wyłączyłem prysznic i otworzyłem oczy, miałem wrażenie, że w łazience powietrze zrobiło się gęstsze. Może to było tylko zmęczenie, może zbyt dużo czarnej magii w zbyt krótkim czasie, może… Woda jeszcze spływała mi z karku, kiedy otworzyłem drzwi łazienki, para buchnęła w korytarz, rozlewając się po nim jak mgła na cmentarzu - gęsta, lepka. Światło w kuchni drżało lekko, a ja pomyślałem, że to tylko para, tylko różnica temperatur, nic więcej. W piecu coś syczało - danie zaczynało łapać złocistą skórkę, pachniało tak, że aż ścisnęło mnie w żołądku. Przeszedłem kilka kroków, bose stopy przyklejały się do zimnych kafli, a cisza wokół zaczęła być zbyt doskonała, tak idealnie nienaruszona, że aż bolało.
Wziąłem oddech, chciałem coś powiedzieć, sam do siebie, dla rozładowania napięcia, ale język jakby mi zdrętwiał - nie potrafiłem. Zerknąłem na zegar - jeszcze godzina, może trochę mniej, Prue powinna niedługo wrócić. Wino w otwartej butelce pachniało cierpko, obiecująco, ale ręka mi nie drgnęła, zamiast tego oparłem się o blat, próbując wsłuchać się w to, co nie istniało. Nie było żadnych głosów, żadnych kroków, żadnego szeptu zza pleców, a jednak serce waliło mi jakby ktoś stał tuż obok.
- Weś się w galść. - Mruknąłem sam do siebie, głos miałem zachrypnięty. - To tylko pszemęczenie. - Ale wtedy… Coś się urwało - moja myśl, mój oddech, jakby ktoś wcisnął we mnie cudze słowa, zbyt ciężkie, żeby je zatrzymać, zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, poczułem, że usta same mi się otwierają.
- Kiedy znów przyjdzie dzień sądu. - Powiedziałem, obcym, niskim tonem, który nie należał do mnie. - Klęknijcie przede mną, albowiem jestem początkiem lepszej drogi. - Echo odbiło się od ścian, głos nie brzmiał jak mój, ani trochę. Stałem chwilę w bezruchu, wpatrując się w lustro w korytarzu - patrzył na mnie ktoś, kogo znałem, ale nie do końca, oczy miałem za ciemne, źrenice zbyt rozszerzone. Mrugnąłem - to wystarczyło, żeby poczuć, jak fala mdłości rusza z brzucha w górę.
Ledwo zdążyłem dopaść do łazienki, woda w muszli chlupnęła, dźwięk był ostry, brutalny, żołądek skręcał mi się, a w ustach czułem metaliczny smak. Otarłem usta wierzchem dłoni, spojrzałem na siebie w lustrze ponownie - twarz miałem bladą, włosy w nieładzie, oczy rozszerzone jak u kogoś, kto widział coś, czego nie powinien. Bezmyślnie, porywczo, sięgnąłem po kostkę mydła i, jak idiota, zacząłem szorować język. Nie mogłem znieść tego smaku, ale bardziej słów, które wciąż we mnie brzmiały, jak echo po wybuchu. Oparłem dłonie o umywalkę i policzyłem do dziesięciu, na głos, cicho, niemal szeptem, jakbym próbował przekonać siebie, że to zaklęcie - jeśli wypowiem je dokładnie, wszystko wróci do porządku.
Woda z kranu była lodowata, kiedy przemyłem nią twarz. Piekła, ale to dobrze. Chciałem czuć coś rzeczywistego, cokolwiek, co nie brzmiało, jak czyjś głos wewnątrz mojej głowy, który zaraz znowu przejmie nade mną kontrolę. Zacisnąłem palce na brzegu porcelany, aż pobielały mi knykcie.
- Weś się w galść. - Gdybym mógł, pewnie sprzedałbym sobie plaskacza, ale w tym momencie byłby zbyt widoczny, a Prudence nie mogła niczego dostrzec. Nie dlatego, że by się przestraszyła - miała w sobie więcej spokoju wobec braku normy niż większość mężczyzn, których znałem. Miała tę chłodną cierpliwość, która sprawiała, że potrafiła patrzeć na szaleństwo z dystansem, ale nawet ona miała swoje granice.
To… To było już poza nimi.
Wytarłem twarz ręcznikiem, porządnie, dokładnie, zgarnąłem włosy palcami do tyłu, jakbym przygotowywał się do roli - w zasadzie tak było. Z kuchni dobiegł mnie zapach przypiekanego rozmarynu, wyszedłem z łazienki, uważnie, powoli, jak ktoś, kto testował, czy podłoga nie zniknie mu spod stóp. Wszystko wyglądało zwyczajnie - kuchnia, naczynia, które sam umyłem, pół butelki wina, ciasto, dwa bukiety - te cholerne kwiaty, które miały sprawić, że będzie miło. Nie było. Zerknąłem w stronę drzwi, wiedziałem, że zaraz usłyszę jej klucz w zamku - wiedziałem też, że muszę wyglądać normalnie. Nie zgrywać się, nie udawać wesołego, ponad miarę - ona by to od razu wyczuła, ale po prostu być sobą. Tym, kim byłem przed tym… Czymkolwiek to było.
Przyłożyłem dłoń do karku, poprawiając ręcznik na biodrach i kierując się, by wyjąć danie z pieca, zaczynając szykować się do wyjścia.
Oddychaj.
Uśmiechnij się.
Prue nic nie zauważy.
Jesteś dla niej zbyt nienormalny - to akurat zobaczy, prędzej niż później, prawda?
Wziąłem oddech, chciałem coś powiedzieć, sam do siebie, dla rozładowania napięcia, ale język jakby mi zdrętwiał - nie potrafiłem. Zerknąłem na zegar - jeszcze godzina, może trochę mniej, Prue powinna niedługo wrócić. Wino w otwartej butelce pachniało cierpko, obiecująco, ale ręka mi nie drgnęła, zamiast tego oparłem się o blat, próbując wsłuchać się w to, co nie istniało. Nie było żadnych głosów, żadnych kroków, żadnego szeptu zza pleców, a jednak serce waliło mi jakby ktoś stał tuż obok.
- Weś się w galść. - Mruknąłem sam do siebie, głos miałem zachrypnięty. - To tylko pszemęczenie. - Ale wtedy… Coś się urwało - moja myśl, mój oddech, jakby ktoś wcisnął we mnie cudze słowa, zbyt ciężkie, żeby je zatrzymać, zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, poczułem, że usta same mi się otwierają.
- Kiedy znów przyjdzie dzień sądu. - Powiedziałem, obcym, niskim tonem, który nie należał do mnie. - Klęknijcie przede mną, albowiem jestem początkiem lepszej drogi. - Echo odbiło się od ścian, głos nie brzmiał jak mój, ani trochę. Stałem chwilę w bezruchu, wpatrując się w lustro w korytarzu - patrzył na mnie ktoś, kogo znałem, ale nie do końca, oczy miałem za ciemne, źrenice zbyt rozszerzone. Mrugnąłem - to wystarczyło, żeby poczuć, jak fala mdłości rusza z brzucha w górę.
Ledwo zdążyłem dopaść do łazienki, woda w muszli chlupnęła, dźwięk był ostry, brutalny, żołądek skręcał mi się, a w ustach czułem metaliczny smak. Otarłem usta wierzchem dłoni, spojrzałem na siebie w lustrze ponownie - twarz miałem bladą, włosy w nieładzie, oczy rozszerzone jak u kogoś, kto widział coś, czego nie powinien. Bezmyślnie, porywczo, sięgnąłem po kostkę mydła i, jak idiota, zacząłem szorować język. Nie mogłem znieść tego smaku, ale bardziej słów, które wciąż we mnie brzmiały, jak echo po wybuchu. Oparłem dłonie o umywalkę i policzyłem do dziesięciu, na głos, cicho, niemal szeptem, jakbym próbował przekonać siebie, że to zaklęcie - jeśli wypowiem je dokładnie, wszystko wróci do porządku.
Woda z kranu była lodowata, kiedy przemyłem nią twarz. Piekła, ale to dobrze. Chciałem czuć coś rzeczywistego, cokolwiek, co nie brzmiało, jak czyjś głos wewnątrz mojej głowy, który zaraz znowu przejmie nade mną kontrolę. Zacisnąłem palce na brzegu porcelany, aż pobielały mi knykcie.
- Weś się w galść. - Gdybym mógł, pewnie sprzedałbym sobie plaskacza, ale w tym momencie byłby zbyt widoczny, a Prudence nie mogła niczego dostrzec. Nie dlatego, że by się przestraszyła - miała w sobie więcej spokoju wobec braku normy niż większość mężczyzn, których znałem. Miała tę chłodną cierpliwość, która sprawiała, że potrafiła patrzeć na szaleństwo z dystansem, ale nawet ona miała swoje granice.
To… To było już poza nimi.
Wytarłem twarz ręcznikiem, porządnie, dokładnie, zgarnąłem włosy palcami do tyłu, jakbym przygotowywał się do roli - w zasadzie tak było. Z kuchni dobiegł mnie zapach przypiekanego rozmarynu, wyszedłem z łazienki, uważnie, powoli, jak ktoś, kto testował, czy podłoga nie zniknie mu spod stóp. Wszystko wyglądało zwyczajnie - kuchnia, naczynia, które sam umyłem, pół butelki wina, ciasto, dwa bukiety - te cholerne kwiaty, które miały sprawić, że będzie miło. Nie było. Zerknąłem w stronę drzwi, wiedziałem, że zaraz usłyszę jej klucz w zamku - wiedziałem też, że muszę wyglądać normalnie. Nie zgrywać się, nie udawać wesołego, ponad miarę - ona by to od razu wyczuła, ale po prostu być sobą. Tym, kim byłem przed tym… Czymkolwiek to było.
Przyłożyłem dłoń do karku, poprawiając ręcznik na biodrach i kierując się, by wyjąć danie z pieca, zaczynając szykować się do wyjścia.
Oddychaj.
Uśmiechnij się.
Prue nic nie zauważy.
Jesteś dla niej zbyt nienormalny - to akurat zobaczy, prędzej niż później, prawda?
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)