02.11.2025, 02:24 ✶
22/09/1972 wczesnym wieczorem, dom państwa Bletchley, obiadokolacja
Elias, Prudence, Benjy
Powietrze było cięższe, im dalej od centrum, pachniało mokrą ziemią, dymem z kominków i wilgocią, która wsiąkała w ubranie, jak wstyd i niepokój, którym zdążyłem dziś przesiąknąć. Mgła snuła się nisko nad ulicą, nie poprawiając atmosfery, tylko wzmagając to, co i tak było u mnie wystrzelone gdzieś poza orbitę - w kosmos. Tak, czułem się, jak kosmita. Szedłem krok w krok za Prudence, niosąc w jednej ręce bukiet dla jej matki, w drugiej koszyk z alkoholem i zapiekanką. Ciasto - zabezpieczone, owinięte, jakby od tego zależał przebieg całego wieczoru - miało miejsce honorowe w rękach Prue, która szła przede mną, trochę za szybko, jakby chciała mieć to spotkanie jak najszybciej za sobą. Jej płaszcz falował lekko przy każdym kroku, a ja nie mogłem oderwać wzroku od tego, jak naturalnie się poruszała. Była spokojna, pewna, nic w niej nie drżało, w moich oczach, wyglądała jak ktoś, kto wraca do miejsca, które zna od zawsze. Ja - jak ktoś, kto przypadkiem tam trafił.Elias, Prudence, Benjy
Nie tak, żeby to było aż tak bardzo widać, na zewnątrz wyglądałem pewnie - prosty kręgosłup, dłonie pewnie trzymające pakunki, krok równy, postawa jak u kogoś, kto zaraz będzie sprawdzał perymetr. Problem w tym, że przypominałem ochroniarza, nie chłopaka, a już na pewno nie kogoś, kogo chciałoby się przedstawić rodzicom. Każdy, kto by nas minął, pomyślałby, że to ja pilnuję jej bezpieczeństwa, jestem jednym z tych ponurych typów, którzy nie spuszczają z oczu swoich zleceniodawców. W zasadzie - może tak było, czułem, że tak właśnie wyglądam, jak wynajęty człowiek, który nie wie, co zrobić z samym sobą, kiedy ktoś mu powie - „Usiądź, Benjy, poczęstuj się zapiekanką, chcesz osobny talerzyk na ogóreczka?”. Na to nie ma szkolenia.
Ścisnąłem bukiet mocniej, aż łodygi zatrzeszczały mi pod palcami. Kwiaty, wrzosy i astry, zostały przewiązane eleganckim sznurkiem. Pachniały ładnie, może nawet zbyt intensywnie, jakby chciały zagłuszyć to, co czułem w środku. W rękach miałem prezenty, starannie wyważone, jak kontrabanda - coś dla matki, coś dla ojca, coś, co miało udowodnić, że jestem człowiekiem, który wie, jak się zachować. Habazie, jesienne, ładne, dobry trunek, nie tani, nie przesadny. Ciasto owinięte w papier, u Prue, a u mnie w koszyku zapiekanka, jeszcze ciepła, z dynią, rozmarynem i wołowiną, pachniała jak coś, co powinno przywoływać wspomnienia domu, którego nigdy nie miałem. W głowie miałem gotową listę - mówić spokojnie, patrzeć w oczy, byleby nie za długo, nie używać sarkazmu, nie wspominać Nokturnu, nie przeklinać. Uśmiechać się. Chociaż wiedziałem, że ten mój uśmiech wyglądał dziś raczej, jak ostrzeżenie o możliwości ugryzienia i potencjalnej wściekliźnie.
Szedłem dalej, milcząc, słuchając jej cichych kroków, celowego mocnego stukotu własnych butów i tego, jak echo tego dźwięku rozchodziło się w pustce między nami. Kiwałem głową w odpowiednich momentach, odzywałem się półsłówkami, tak jak trzeba - nie chciałem, żeby zauważyła, że coś jest nie tak. Kiedy w oddali zamajaczyły światła domu, i poczułem, jak ścisnęło mnie w żołądku, zatrzymałem się na moment, niby żeby poprawić kołnierz, chociaż bardziej po to, żeby uspokoić puls. Czułem się jak ktoś, kto dostał rolę nie dla siebie, jakby wystarczyło jedno zdanie - jedna nieostrożna myśl, by zdemaskować fakt, że wcale tu nie pasowałem.
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)