02.11.2025, 19:26 ✶
Z Geraldine. Patrzę z zazdrością Morpehusa i Lorien.
Aaron Moody zmarszczył brwi. Uzgodnili wcześniej, że Lorien da mu znak, jeżeli będzie zbyt znużona przedłużającą się uroczystością. Uprzedził ją, że gdyby nie czuła się wystarczająco na siłach, aby zatańczyć z dobranym drogą losowania partnerem, zwyczajnie się stąd ulotnią. Spodziewał się jednak, że zostaną aż do końca. Sędzina poważnie traktowała obowiązki wynikające z przynależności do londyńskiej śmietanki towarzyskiej... A on poważnie traktował złożone jej obietnice.
Może dlatego aż zadrgała mu szczęka, gdy zobaczył, jak staje u boku Morpheusa Longbottoma.
Przez lata pracy jak auror nawykł do skrywania swych prawdziwych odczuć pod maską niewzruszonego opanowania, a jednak, widząc Lorien w ramionach Morpheusa... Nie potrafił tak po prostu stłumić poirytowania. Chociaż wciąż widział w osobie Morpheusa przyjaciela, zbyt wiele narosło między nimi nieporozumień, aby w ogóle chciał go widzieć. Nawet myśl o tym, że dzięki darowi jasnowidzenia Morpheus będzie w stanie uprzedzić potrzeby Lorien, przewidzieć, gdyby coś miało się stać... Wystarczyło powiedzieć, że Morpheus stał się w tym momencie najmniej lubianym przez niego Longbottomem. A biorąc pod uwagę, że w rankingu brał również udział Godryk Longbottom, to było jak powiedzieć wszystko.
– Pani Geraldine – przywitał się na pół formalnie, na pół swojsko z dziewczyną, która przypadła mu w tanecznym losowaniu, darując sobie łamanie języka na podwójnym nazwisku młodej mężatki. Niespecjalnie przejął się tym, że była od niego wyższa niemal o głowę. Jego własny syn przerósł go przecież zanim jeszcze opuścił szkolne pielesze, a tak na oko szacując, Geraldine musiała być mniej więcej w wieku Alastora. A może i Millie. Czyli miała ile lat...?
Aaron zdusił w sobie westchnienie.
Z odliczaniem zatrzymał się mniej więcej na siedemnastu, a teraz nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Niewątpliwie mógłby być jednak ojcem Geraldine, a jaka młoda dziewczyna chciałaby tańczyć na balu z takim starym pierdzielem, jak on? Aaron zamierzał grzecznie dać dziewczynie możliwość dyskretnego wyboru: czy życzy sobie zatańczyć, czy nie. Jemu było to przecież obojętne. Chociaż serce mu się trochę krajało w piersi, bo, szczerze mówiąc, ostatnio tańczył chyba ze zmarłą przed laty żoną. Nie myślał o tym przed pójściem na Ekstazę, odsuwając od siebie tę myśl nawet wtedy, gdy wpłacał datek na artystów uciepiałych w trakcie pożarów. Czym innym byłoby bowiem zatańczyć z Lorien, która ostatnimi czasy stała mu się tak bliską, a czym innym obracać w ramionach obcą kobietę. Nie traktował tego bynajmniej jako afrontu wobec pamięci Madeline, a jednak... Sfrustrował się sam sobą, że poświęcił temu tyle myśli. Ale Aaron Moody był w gruncie rzeczy bardzo prostym facetem. Nie należał do bywalców salonów, więc czy można było go winić, że wspominał teraz, jak bujali się wspólnie z Maddie na domówce u Woody'ego i Tessy?
Odsunął jednak na bok tamte wspomnienia. Zamierzał zachować się jak najbardziej stosownie wobec blondynki, której skinął głową na powitanie.
– Czy nie kojarzę przypadkiem pani ojca? – zagadnął cicho. – Gerard Yaxley, prawda? Chwalił się dokonaniami swojej córki. Przypuszczam, że i w tańcu, w przeciwieństwie do mnie, celujesz, więc nie obrażę się, jeżeli zechcesz odpuścić. Nie jestem najlepszym tancerzem. – Kąciki ust zadrgały mu lekko.
Aaron Moody zmarszczył brwi. Uzgodnili wcześniej, że Lorien da mu znak, jeżeli będzie zbyt znużona przedłużającą się uroczystością. Uprzedził ją, że gdyby nie czuła się wystarczająco na siłach, aby zatańczyć z dobranym drogą losowania partnerem, zwyczajnie się stąd ulotnią. Spodziewał się jednak, że zostaną aż do końca. Sędzina poważnie traktowała obowiązki wynikające z przynależności do londyńskiej śmietanki towarzyskiej... A on poważnie traktował złożone jej obietnice.
Może dlatego aż zadrgała mu szczęka, gdy zobaczył, jak staje u boku Morpheusa Longbottoma.
Przez lata pracy jak auror nawykł do skrywania swych prawdziwych odczuć pod maską niewzruszonego opanowania, a jednak, widząc Lorien w ramionach Morpheusa... Nie potrafił tak po prostu stłumić poirytowania. Chociaż wciąż widział w osobie Morpheusa przyjaciela, zbyt wiele narosło między nimi nieporozumień, aby w ogóle chciał go widzieć. Nawet myśl o tym, że dzięki darowi jasnowidzenia Morpheus będzie w stanie uprzedzić potrzeby Lorien, przewidzieć, gdyby coś miało się stać... Wystarczyło powiedzieć, że Morpheus stał się w tym momencie najmniej lubianym przez niego Longbottomem. A biorąc pod uwagę, że w rankingu brał również udział Godryk Longbottom, to było jak powiedzieć wszystko.
– Pani Geraldine – przywitał się na pół formalnie, na pół swojsko z dziewczyną, która przypadła mu w tanecznym losowaniu, darując sobie łamanie języka na podwójnym nazwisku młodej mężatki. Niespecjalnie przejął się tym, że była od niego wyższa niemal o głowę. Jego własny syn przerósł go przecież zanim jeszcze opuścił szkolne pielesze, a tak na oko szacując, Geraldine musiała być mniej więcej w wieku Alastora. A może i Millie. Czyli miała ile lat...?
Aaron zdusił w sobie westchnienie.
Z odliczaniem zatrzymał się mniej więcej na siedemnastu, a teraz nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Niewątpliwie mógłby być jednak ojcem Geraldine, a jaka młoda dziewczyna chciałaby tańczyć na balu z takim starym pierdzielem, jak on? Aaron zamierzał grzecznie dać dziewczynie możliwość dyskretnego wyboru: czy życzy sobie zatańczyć, czy nie. Jemu było to przecież obojętne. Chociaż serce mu się trochę krajało w piersi, bo, szczerze mówiąc, ostatnio tańczył chyba ze zmarłą przed laty żoną. Nie myślał o tym przed pójściem na Ekstazę, odsuwając od siebie tę myśl nawet wtedy, gdy wpłacał datek na artystów uciepiałych w trakcie pożarów. Czym innym byłoby bowiem zatańczyć z Lorien, która ostatnimi czasy stała mu się tak bliską, a czym innym obracać w ramionach obcą kobietę. Nie traktował tego bynajmniej jako afrontu wobec pamięci Madeline, a jednak... Sfrustrował się sam sobą, że poświęcił temu tyle myśli. Ale Aaron Moody był w gruncie rzeczy bardzo prostym facetem. Nie należał do bywalców salonów, więc czy można było go winić, że wspominał teraz, jak bujali się wspólnie z Maddie na domówce u Woody'ego i Tessy?
Odsunął jednak na bok tamte wspomnienia. Zamierzał zachować się jak najbardziej stosownie wobec blondynki, której skinął głową na powitanie.
– Czy nie kojarzę przypadkiem pani ojca? – zagadnął cicho. – Gerard Yaxley, prawda? Chwalił się dokonaniami swojej córki. Przypuszczam, że i w tańcu, w przeciwieństwie do mnie, celujesz, więc nie obrażę się, jeżeli zechcesz odpuścić. Nie jestem najlepszym tancerzem. – Kąciki ust zadrgały mu lekko.
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.