03.11.2025, 00:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.11.2025, 00:24 przez Benjy Fenwick.)
Siedziałem na kanapie, z łokciami opartymi o kolana, starając się wyglądać… Normalnie, cokolwiek to znaczyło, koszula na mnie leżała dobrze, może nawet za dobrze, jakby usiłowała mnie upchnąć w roli, która też nie była dla mnie szyta. Na dłoniach wciąż czułem resztki ciepła po naczyniu, które przed chwilą wyciągnąłem z piekarnika, ale wewnątrz czułem się zmarznięty, zupełnie niepasujący do tego mieszkania i atmosfery. Dynia, rozmaryn, wołowina - brzmiało rozsądnie, wyglądało przyzwoicie, pachniało domem, chociaż to nie był mój dom. Zapach jedzenia był gęsty, wyrazisty, ciepły, rozchodził się po mieszkaniu, jak fałszywe poczucie spokoju. Rozmaryn, pieczona dynia, wino, mięso - idealnie, prawie. W rzeczywistości patrzyłem w pustkę, próbując nie wyglądać, jakbym czekał na egzekucję. Patrzyłem na naczynie z zapiekanką, na ciasto, na kwiaty, które wyglądały za ładnie w tym obcym świetle. Wszystko było na swoim miejscu, wszystko wyglądało dobrze, tylko ja nie pasowałem do żadnego z tych kadrów - to, że tak bardzo starałem się wyglądać normalnie, tylko jeszcze bardziej to podkreślało.
Kiedy usłyszałem dźwięk przekręcanego klucza w zamku, coś we mnie drgnęło - niby ulga, w zasadzie odruch, jakby dźwięk ten przywracał wszystko do jakiegoś rytmu, normalności, w którą wciąż próbowałem wierzyć. Gdy Prue weszła głębiej, uśmiechnąłem się, krótko, trochę za bardzo z wysiłkiem. Odpowiedziałem dopiero po chwili, zbyt długiej, żeby brzmiało to naturalnie.
- Hej. - Jej usta musnęły mój policzek. Zamarłem na moment, nie dlatego, że to było niespodziewane, tylko dlatego, że od środka byłem już zbyt napięty, żeby poczuć coś tak prostego bez tego odruchowego lęku, że zaraz coś pęknie, ale zaraz się zreflektowałem.
- Ej, ej, nie uciekaj tak. - Mruknąłem, łapiąc ją lekko za nadgarstek i obracając twarz tak, by nasze usta się spotkały. Pocałunek był krótki, miękki, wystarczający, żeby chociaż na moment złapać grunt pod nogami. Pachniała chłodnym powietrzem i medykamentami z kostnicy, jak zawsze po pracy. Odwróciłem głowę w jej stronę, zanim jeszcze zdążyła się odsunąć, tak że pocałunek w policzek przerodził się w coś o pół sekundy dłuższego, bardziej prawdziwego, muskając jej usta, na moment pozwoliłem sobie zapomnieć, że za chwilę będę musiał znów założyć tę cholerną maskę. - Wiesz, zaczynam się zastanawiaś. - Powiedziałem z lekkim przekąsem, kiedy się odsunęła. - Czy powinniśmy jusz telas ćwiczyś tę welsję dla lodziców? Wiesz, tę ocenzulowaną. Taką, gdzie widujemy się tylko na kolacjach w większym glonie, poznaliśmy się w jakimś szalenie molalnym miejscu… Mose w kowenie, a całowanie oglanicza się do kuzynowskich buziaków w policzek. - Uniosłem brew, udając powagę. - Aczkolwiek, jeśli mam byś twoim kuzynem, to chyba powinienem pszestaś patsześ na ciebie w ten sposób. - Uśmiech, który jej posłałem, był prawdziwy, mimo że wymagał ode mnie więcej wysiłku, niż powinien. - Szeby nie zgolszyś posządnych ludzi. - Chciałem, żeby to brzmiało lekko - i chyba brzmiało. Tylko w środku wiedziałem, że to wszystko jest grą — maską, którą trzymałem na miejscu, póki mogłem.
Więc uśmiechnąłem się jeszcze raz, poprawiłem mankiet i dodałem:
- Gotowałem. Mówiłem ci, umiem gotowaś. - Przyznałem, chociaż to było oczywiste. Nie potrafiłem nawet żartobliwie skomentować tego, jak bardzo starałem się, żeby wyglądało to wszystko na zwyczajne.
Podniosła na mnie wzrok, ten spokojny, analityczny - jakby jednym spojrzeniem potrafiła ocenić temperaturę wina, stopień przyrumienienia mięsa i to, ile godzin przespałem tej nocy. Nie skomentowała wina, chociaż wiedziałem, że je wyczuła. Prudence nigdy nie potrzebowała słów, żeby coś zauważyć, właśnie to mnie najbardziej rozbrajało - tym razem w dziwnie ściskającym żołądek sensie - ten jej spokój, który mógł być równie dobrze aktem czułości, jak i aktem braku złudzeń.
„Wszystko w porządku.” Wszystko. W porządku. Słowa, które trzeba było wypowiedzieć bez zawahania - to zdanie zawsze brzmiało jak test, a ja nigdy nie wiedziałem, jaką odpowiedź chciała usłyszeć. Uśmiechnąłem się tak, żeby nie wyglądało to na wymuszone, uniosłem wzrok. Spojrzałem na nią i, przez ułamek sekundy, chciałem powiedzieć prawdę - nie wiem, co się dzieje ze mną od kilku dni, w mojej głowie jest echo cudzych słów, mam wrażenie, jakby ktoś we mnie oddychał, czekając, aż znowu otworzę usta, ale… Tylko się uśmiechnąłem. Ten uśmiech wyszedł mi zbyt gładko, był zdecydowanie zbyt wyćwiczony.
- Tak, jasne. - Powiedziałem, i nawet zabrzmiało to wiarygodnie. - Wszystko gotowe, nic szię nie pali. Idź, ogalnij się. - Uśmiechnąłem się jeszcze raz, tym samym uśmiechem, którego przed laty, z kimś innym - to było nagorsze, używałem jak narzędzia. Chciałem wypaść dobrze, naprawdę.
Tylko że w praktyce wyglądało to tak, jakbym siedział tu nie, jako jej chłopak, ale ktoś zatrudniony, żeby dopilnować, by nic jej się nie stało w drodze na rodzinny obiad. Z tą różnicą, że nie miałem pojęcia, czy jestem ochroniarzem przed światem, czy przed samym sobą.
Kiedy usłyszałem dźwięk przekręcanego klucza w zamku, coś we mnie drgnęło - niby ulga, w zasadzie odruch, jakby dźwięk ten przywracał wszystko do jakiegoś rytmu, normalności, w którą wciąż próbowałem wierzyć. Gdy Prue weszła głębiej, uśmiechnąłem się, krótko, trochę za bardzo z wysiłkiem. Odpowiedziałem dopiero po chwili, zbyt długiej, żeby brzmiało to naturalnie.
- Hej. - Jej usta musnęły mój policzek. Zamarłem na moment, nie dlatego, że to było niespodziewane, tylko dlatego, że od środka byłem już zbyt napięty, żeby poczuć coś tak prostego bez tego odruchowego lęku, że zaraz coś pęknie, ale zaraz się zreflektowałem.
- Ej, ej, nie uciekaj tak. - Mruknąłem, łapiąc ją lekko za nadgarstek i obracając twarz tak, by nasze usta się spotkały. Pocałunek był krótki, miękki, wystarczający, żeby chociaż na moment złapać grunt pod nogami. Pachniała chłodnym powietrzem i medykamentami z kostnicy, jak zawsze po pracy. Odwróciłem głowę w jej stronę, zanim jeszcze zdążyła się odsunąć, tak że pocałunek w policzek przerodził się w coś o pół sekundy dłuższego, bardziej prawdziwego, muskając jej usta, na moment pozwoliłem sobie zapomnieć, że za chwilę będę musiał znów założyć tę cholerną maskę. - Wiesz, zaczynam się zastanawiaś. - Powiedziałem z lekkim przekąsem, kiedy się odsunęła. - Czy powinniśmy jusz telas ćwiczyś tę welsję dla lodziców? Wiesz, tę ocenzulowaną. Taką, gdzie widujemy się tylko na kolacjach w większym glonie, poznaliśmy się w jakimś szalenie molalnym miejscu… Mose w kowenie, a całowanie oglanicza się do kuzynowskich buziaków w policzek. - Uniosłem brew, udając powagę. - Aczkolwiek, jeśli mam byś twoim kuzynem, to chyba powinienem pszestaś patsześ na ciebie w ten sposób. - Uśmiech, który jej posłałem, był prawdziwy, mimo że wymagał ode mnie więcej wysiłku, niż powinien. - Szeby nie zgolszyś posządnych ludzi. - Chciałem, żeby to brzmiało lekko - i chyba brzmiało. Tylko w środku wiedziałem, że to wszystko jest grą — maską, którą trzymałem na miejscu, póki mogłem.
Więc uśmiechnąłem się jeszcze raz, poprawiłem mankiet i dodałem:
- Gotowałem. Mówiłem ci, umiem gotowaś. - Przyznałem, chociaż to było oczywiste. Nie potrafiłem nawet żartobliwie skomentować tego, jak bardzo starałem się, żeby wyglądało to wszystko na zwyczajne.
Podniosła na mnie wzrok, ten spokojny, analityczny - jakby jednym spojrzeniem potrafiła ocenić temperaturę wina, stopień przyrumienienia mięsa i to, ile godzin przespałem tej nocy. Nie skomentowała wina, chociaż wiedziałem, że je wyczuła. Prudence nigdy nie potrzebowała słów, żeby coś zauważyć, właśnie to mnie najbardziej rozbrajało - tym razem w dziwnie ściskającym żołądek sensie - ten jej spokój, który mógł być równie dobrze aktem czułości, jak i aktem braku złudzeń.
„Wszystko w porządku.” Wszystko. W porządku. Słowa, które trzeba było wypowiedzieć bez zawahania - to zdanie zawsze brzmiało jak test, a ja nigdy nie wiedziałem, jaką odpowiedź chciała usłyszeć. Uśmiechnąłem się tak, żeby nie wyglądało to na wymuszone, uniosłem wzrok. Spojrzałem na nią i, przez ułamek sekundy, chciałem powiedzieć prawdę - nie wiem, co się dzieje ze mną od kilku dni, w mojej głowie jest echo cudzych słów, mam wrażenie, jakby ktoś we mnie oddychał, czekając, aż znowu otworzę usta, ale… Tylko się uśmiechnąłem. Ten uśmiech wyszedł mi zbyt gładko, był zdecydowanie zbyt wyćwiczony.
- Tak, jasne. - Powiedziałem, i nawet zabrzmiało to wiarygodnie. - Wszystko gotowe, nic szię nie pali. Idź, ogalnij się. - Uśmiechnąłem się jeszcze raz, tym samym uśmiechem, którego przed laty, z kimś innym - to było nagorsze, używałem jak narzędzia. Chciałem wypaść dobrze, naprawdę.
Tylko że w praktyce wyglądało to tak, jakbym siedział tu nie, jako jej chłopak, ale ktoś zatrudniony, żeby dopilnować, by nic jej się nie stało w drodze na rodzinny obiad. Z tą różnicą, że nie miałem pojęcia, czy jestem ochroniarzem przed światem, czy przed samym sobą.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)