03.11.2025, 15:06 ✶
— Chwasty? — zapytała bardziej niż odpowiedziała, niewygodnie dognieciona tym pytaniem, które niosło za sobą coś niewłaściwego. Wierzyła we właściwość przemijania, wierzyła w ulatujące wspomnienia porywane przez ptaki. One to potrafią, znają wzór, pisała mu o snach, a czy daleko od nich padało wspomnienie? Nie budź się sam, pisała mu, pozwól im się zbudzić. — Nie wyrzucaj sam. Pozwól im je kraść. Miejsce po wyrzuconym wspomnieniu jest na łasce wiatru: co wiatr zniesie, to urośnie. — Wzruszyła bezradnie ramionami.
Nie szukała odpowiedzi na pytanie, co wyrzucił. Wątpiła, czy on sam ją znał. Nie szukała odpowiedzi, dlaczego wyrzucił. Tej nie chciała poznawać.
Chętnie Helloise zniknęłaby z nim w lesie — zbierała wszystkie te jesienne dary walijskiego gaju, wędrowała, słuchała go. To była droga w jedną stronę: gdy raz wejdą w las, nie wrócą już na teren wesela. Wiedziała to, więc chciała mieć pewność, że wszystko, co Alexander chciał na weselu czynić — wróżby, uprzejmości, tańce — wszystko to uczyni, zanim ona zabierze go i znikną w ciemnym lesie, w cichym mroku legend jej dzieciństwa.
Gdy dosuwał jej krzesło, podążyła za tym gestem naturalnie, bez zgrzytu zaskoczenia. Najbardziej zaskakującym nie był bowiem jego gest, lecz ta płynność, z jaką weszła w zardzewiałą rolę damy, której ktoś robi podobną uprzejmość.
— I tak bym go nie jadła. — Rozbawienie zawsze łatwo odnajdywało drogę na twarz Helloise, więc uśmiechała się i teraz, gdy Mulciber przedstawiał jej swoją konstrukcję. — Dzik zawsze miał być dla ciebie. Zamień różdżkę na kostur, proroku. Może kostura wystarczy ci, żeby go przebić — pociągnęła lekko żart.
Czarownica cierpliwie dała Alexandrowi czas, aby poprawiał kwiat w jej włosach, dopóki nie będzie usatysfakcjonowany. Podobała jej się dbałość, z jaką do tego podszedł, i nie próbowała ukrywać, że robi jej tym przyjemność.
Ani nie rozmyło się to jej zadowolenie, ani nie zdziwiła się, gdy przedstawił się jako nikt. Przytaknęła mu skinieniem głowy, wpatrzona z odległym uśmiechem wprost przed siebie, gdzieś między weselników. Nic i nikt było wdzięcznym płótnem. Nikt i nic nie miało granic, których sama tak bardzo próbowała się wyzbyć, aby bez przeszkód rozpłynąć się w świecie.
— Ja chciałabym być wszystkim. — Łonem ziemi, z której rodzi się wszystka roślina. — Wszędzie. — Jak szeroko i głęboko sięgały najrozleglejsze korzenie. — Zawsze. — Odradzać się i umierać w niegasnących cyklach. — A jednak jestem bardziej nikim niż Alexander Mulciber. Ironiczne? — zapytała przewrotnie, spoglądając na niego z ukosa. — Mogłabym powtórzyć za tobą. Chodziłam z Geraldine do szkoły? Całkiem możliwe, skoro chodziłam tam z tobą. Łączą mnie jakieś więzy pokrewieństwa z Ambroise’em, od strony mojej matki, lecz i ja nigdy ich nie ustalałam. Moja siostra jest jego macochą. — Helloise obejrzała się przez ramię, jakby sprawdzała, czy wypatrzy gdzieś w tłumie Evelyn. — A ja zdecydowałam się wymazać — powiedziała to z tańczącym w kąciku ust zaczepnym drgnięciem, jakby parafrazowanie słów, które powiedziała mu w Ataraxii, miało wywlec przed oczy weselników całość ich sekretu. — Dla takich jak my nie ma, zdaje się, drogi pełnego zniknienia. — Przymknęła oczy, nasłuchując, czy z przestworzy nie dochodzi aby i teraz bicie smoczych skrzydeł. Teraz, gdy była tak blisko, że niemal czuła w nosie woń pozostającą tam, gdzie powietrze wypalał smoczy ogień. — Straciłeś przywilej bycia młodszym i zbędnym, prawda? — Była prawie… prowokująca, jakby pyszniła się nad nim, że przed nią jest cały długi rząd kandydatów dziedziczenia, więc przekleństwo odpowiedzialności nigdy do niej nie dotrze. Usta mówiły zaczepki, lecz oczy pozostały spokojne, zaciekawione, wyczekujące odpowiedzi.
Chciałem tutaj przyjść z tobą padło między nich, dopełniając w głowie Helloise pewnego obrazu. Czegoś, co zakrawało na dawno niewidzianą przyziemną normalność. Byli tutaj, bo dobrze spędzało im się obok siebie czas: od początku ceremonii opowiadali sobie żarty i historie, które bawiły zapewne tylko ich. Choć nie znali się długo, mieli swoje małe sekrety, swój kod zaszyty w niepozornych słowach. Tak miało wyglądać jej życie, gdyby podjęła inne decyzje? Miała szwendać się po przyjęciach z jakimś ładnym czystokrwistym chłopcem u boku i kokietować go z manierą próżnej panienki?
— Cieszę się, że zapytałeś. Chyba tego potrzebowałam.
Spojrzała na karteczkę, która robiła miejsce przy stole dla Helloise Rowle. Potrzebowała tego, bo było tak odległe od osoby, którą była na co dzień.
Helloise Rowle, która opuszczała Snowdonię, była w rozsypce. Teraz to wiedźma z chaty pod Knieją zaczynała się chwiać — pod ciężarem widm, surrealistycznego koszmaru Spalonej Nocy, ciągnącego się za nią cienia Śmierciożerców. Czy robiła dokładnie to samo, co zrobiła przed laty, tylko w odwrotnym kierunku? Uciekała tam, gdzie życie wydawało się łatwiejsze?
Nie spodobało jej się to odkrycie. Wyciągnęła rękę, żeby przewrócić wizytówkę panny Rowle, a na ten moment to jej dłonie zajęło drżenie. Niedorzeczność.
Nie szukała odpowiedzi na pytanie, co wyrzucił. Wątpiła, czy on sam ją znał. Nie szukała odpowiedzi, dlaczego wyrzucił. Tej nie chciała poznawać.
Chętnie Helloise zniknęłaby z nim w lesie — zbierała wszystkie te jesienne dary walijskiego gaju, wędrowała, słuchała go. To była droga w jedną stronę: gdy raz wejdą w las, nie wrócą już na teren wesela. Wiedziała to, więc chciała mieć pewność, że wszystko, co Alexander chciał na weselu czynić — wróżby, uprzejmości, tańce — wszystko to uczyni, zanim ona zabierze go i znikną w ciemnym lesie, w cichym mroku legend jej dzieciństwa.
Gdy dosuwał jej krzesło, podążyła za tym gestem naturalnie, bez zgrzytu zaskoczenia. Najbardziej zaskakującym nie był bowiem jego gest, lecz ta płynność, z jaką weszła w zardzewiałą rolę damy, której ktoś robi podobną uprzejmość.
— I tak bym go nie jadła. — Rozbawienie zawsze łatwo odnajdywało drogę na twarz Helloise, więc uśmiechała się i teraz, gdy Mulciber przedstawiał jej swoją konstrukcję. — Dzik zawsze miał być dla ciebie. Zamień różdżkę na kostur, proroku. Może kostura wystarczy ci, żeby go przebić — pociągnęła lekko żart.
Czarownica cierpliwie dała Alexandrowi czas, aby poprawiał kwiat w jej włosach, dopóki nie będzie usatysfakcjonowany. Podobała jej się dbałość, z jaką do tego podszedł, i nie próbowała ukrywać, że robi jej tym przyjemność.
Ani nie rozmyło się to jej zadowolenie, ani nie zdziwiła się, gdy przedstawił się jako nikt. Przytaknęła mu skinieniem głowy, wpatrzona z odległym uśmiechem wprost przed siebie, gdzieś między weselników. Nic i nikt było wdzięcznym płótnem. Nikt i nic nie miało granic, których sama tak bardzo próbowała się wyzbyć, aby bez przeszkód rozpłynąć się w świecie.
— Ja chciałabym być wszystkim. — Łonem ziemi, z której rodzi się wszystka roślina. — Wszędzie. — Jak szeroko i głęboko sięgały najrozleglejsze korzenie. — Zawsze. — Odradzać się i umierać w niegasnących cyklach. — A jednak jestem bardziej nikim niż Alexander Mulciber. Ironiczne? — zapytała przewrotnie, spoglądając na niego z ukosa. — Mogłabym powtórzyć za tobą. Chodziłam z Geraldine do szkoły? Całkiem możliwe, skoro chodziłam tam z tobą. Łączą mnie jakieś więzy pokrewieństwa z Ambroise’em, od strony mojej matki, lecz i ja nigdy ich nie ustalałam. Moja siostra jest jego macochą. — Helloise obejrzała się przez ramię, jakby sprawdzała, czy wypatrzy gdzieś w tłumie Evelyn. — A ja zdecydowałam się wymazać — powiedziała to z tańczącym w kąciku ust zaczepnym drgnięciem, jakby parafrazowanie słów, które powiedziała mu w Ataraxii, miało wywlec przed oczy weselników całość ich sekretu. — Dla takich jak my nie ma, zdaje się, drogi pełnego zniknienia. — Przymknęła oczy, nasłuchując, czy z przestworzy nie dochodzi aby i teraz bicie smoczych skrzydeł. Teraz, gdy była tak blisko, że niemal czuła w nosie woń pozostającą tam, gdzie powietrze wypalał smoczy ogień. — Straciłeś przywilej bycia młodszym i zbędnym, prawda? — Była prawie… prowokująca, jakby pyszniła się nad nim, że przed nią jest cały długi rząd kandydatów dziedziczenia, więc przekleństwo odpowiedzialności nigdy do niej nie dotrze. Usta mówiły zaczepki, lecz oczy pozostały spokojne, zaciekawione, wyczekujące odpowiedzi.
Chciałem tutaj przyjść z tobą padło między nich, dopełniając w głowie Helloise pewnego obrazu. Czegoś, co zakrawało na dawno niewidzianą przyziemną normalność. Byli tutaj, bo dobrze spędzało im się obok siebie czas: od początku ceremonii opowiadali sobie żarty i historie, które bawiły zapewne tylko ich. Choć nie znali się długo, mieli swoje małe sekrety, swój kod zaszyty w niepozornych słowach. Tak miało wyglądać jej życie, gdyby podjęła inne decyzje? Miała szwendać się po przyjęciach z jakimś ładnym czystokrwistym chłopcem u boku i kokietować go z manierą próżnej panienki?
— Cieszę się, że zapytałeś. Chyba tego potrzebowałam.
Spojrzała na karteczkę, która robiła miejsce przy stole dla Helloise Rowle. Potrzebowała tego, bo było tak odległe od osoby, którą była na co dzień.
Helloise Rowle, która opuszczała Snowdonię, była w rozsypce. Teraz to wiedźma z chaty pod Knieją zaczynała się chwiać — pod ciężarem widm, surrealistycznego koszmaru Spalonej Nocy, ciągnącego się za nią cienia Śmierciożerców. Czy robiła dokładnie to samo, co zrobiła przed laty, tylko w odwrotnym kierunku? Uciekała tam, gdzie życie wydawało się łatwiejsze?
Nie spodobało jej się to odkrycie. Wyciągnęła rękę, żeby przewrócić wizytówkę panny Rowle, a na ten moment to jej dłonie zajęło drżenie. Niedorzeczność.
dotknij trawy