03.11.2025, 15:23 ✶
Jonathan poprosił.
Anthony skinął głową i pojawił się we wskazanym miejscu, we wskazanym czasie.
W przeciwieństwie do młodszego Selwyna nie był ubrany krzykliwie. Wręcz przeciwnie, jego mugolski kostium czynił z niego nikogo więcej nad nudnego, nieco smutnego swoim szarym życiem księgowego. Czarne oprawki okularów dalekie były od złotych, finezyjnie grawerowanych cudeniek, dzięki którym wieczorami zatapiał się w lekturze. Czarny garnitur nijak miał się do ekstrawaganckich, wyszywanych w smoki szat. Było jednak coś co pozostało w Anthonym niezmienne. Nie musiał zbytnio udawać melancholijnie nastawionego do życia urzędnika, którego godziny spędzane w ostatnim czasie w biurze zdawały się zaduszać resztki jego kreatywności. Ale może to nie biurko, nie krzesło przy nim, a wszelkie okoliczności, które czyniły z wykonywania obowiązków najsroższą karę.
To wyjście miało pewien kolor i posmak, którego nie potrafił jeszcze do końca doprecyzować. Percepowanie Hannibala wahało się między przyjemnością obserwowania młodzieńczej buty, a irytacją wynikającą z tegoż samego. Był jednak wystarczająco głośny, wystarczająco zwracający na siebie uwagę, a oni? Jak dwie niańki kroczące za nim. Dorośli pilnujący, by nikt nie zagroził młodemu paniczowi. Anthony był przekonany, że Jonathan zaprosił go do uczestnictwa w tej szopce, ze względy na magię bezróżdżkową, którą szybko można było ugasić kilka pożarów. Nie.. nie pożarów, Spalona Noc bardzo łatwo czyniła tę metaforę zbyt dosłowną.
Westchnął, palcami poprawiając okulary na nosie i rozejrzał się po biurze, stalowe oczy jednak skutecznie omijały twarze pracowników, ciekaw bardziej był miejsca i tego czemuż akurat to biuro odwiedzili. Może powinni to zlecić Lazarusowi? Byłoby o wiele prościej i najprawdopodobniej skutecznie, Shafiq był przekonany, że do południa na jego biurku dostarczony był klucz, a do kalendarza wpisane niezbędne spotkania z pieczętownikami zabezpieczeń niezbędnych w niemagicznym Londynie do funkcjonowania.
– Date, et dábitur vobis Hannibal – mruknął cicho, nieco karcąco, ale nie przejmował inicjatywy. Był gościem na tej scenie, drugim planem wobec osób w których żyłach płynął teatr. Jego występy ograniczały się do amatorskich wydarzeń, nie zamierzał więc wychodzić bardziej przed szereg niż kilka słów studzących młodzika. To, czy owy młodzi w ogóle zrozumiał jego uwagę, było rzeczą absolutnie drugorzędną.
Anthony skinął głową i pojawił się we wskazanym miejscu, we wskazanym czasie.
W przeciwieństwie do młodszego Selwyna nie był ubrany krzykliwie. Wręcz przeciwnie, jego mugolski kostium czynił z niego nikogo więcej nad nudnego, nieco smutnego swoim szarym życiem księgowego. Czarne oprawki okularów dalekie były od złotych, finezyjnie grawerowanych cudeniek, dzięki którym wieczorami zatapiał się w lekturze. Czarny garnitur nijak miał się do ekstrawaganckich, wyszywanych w smoki szat. Było jednak coś co pozostało w Anthonym niezmienne. Nie musiał zbytnio udawać melancholijnie nastawionego do życia urzędnika, którego godziny spędzane w ostatnim czasie w biurze zdawały się zaduszać resztki jego kreatywności. Ale może to nie biurko, nie krzesło przy nim, a wszelkie okoliczności, które czyniły z wykonywania obowiązków najsroższą karę.
To wyjście miało pewien kolor i posmak, którego nie potrafił jeszcze do końca doprecyzować. Percepowanie Hannibala wahało się między przyjemnością obserwowania młodzieńczej buty, a irytacją wynikającą z tegoż samego. Był jednak wystarczająco głośny, wystarczająco zwracający na siebie uwagę, a oni? Jak dwie niańki kroczące za nim. Dorośli pilnujący, by nikt nie zagroził młodemu paniczowi. Anthony był przekonany, że Jonathan zaprosił go do uczestnictwa w tej szopce, ze względy na magię bezróżdżkową, którą szybko można było ugasić kilka pożarów. Nie.. nie pożarów, Spalona Noc bardzo łatwo czyniła tę metaforę zbyt dosłowną.
Westchnął, palcami poprawiając okulary na nosie i rozejrzał się po biurze, stalowe oczy jednak skutecznie omijały twarze pracowników, ciekaw bardziej był miejsca i tego czemuż akurat to biuro odwiedzili. Może powinni to zlecić Lazarusowi? Byłoby o wiele prościej i najprawdopodobniej skutecznie, Shafiq był przekonany, że do południa na jego biurku dostarczony był klucz, a do kalendarza wpisane niezbędne spotkania z pieczętownikami zabezpieczeń niezbędnych w niemagicznym Londynie do funkcjonowania.
– Date, et dábitur vobis Hannibal – mruknął cicho, nieco karcąco, ale nie przejmował inicjatywy. Był gościem na tej scenie, drugim planem wobec osób w których żyłach płynął teatr. Jego występy ograniczały się do amatorskich wydarzeń, nie zamierzał więc wychodzić bardziej przed szereg niż kilka słów studzących młodzika. To, czy owy młodzi w ogóle zrozumiał jego uwagę, było rzeczą absolutnie drugorzędną.