03.11.2025, 17:15 ✶
Po prawdzie mówiąc, nie mógł spodziewać się inaczej brzmiącej odpowiedzi, więc zdecydowanie nie był zaskoczony, gdy ją usłyszał. Mimo to, przekornie obrócił głowę w kierunku Riny, posyłając jej bardzo wymowne spojrzenie i teatralnie przy tym odchrząkując.
- Mogłaś skłamać, wiesz? Dla naszego wspólnego dobra - rzucił, mimo wszystko, wewnętrznie zazwyczaj raczej doceniając szczerość, jaką starali się utrzymywać w ich relacji.
Nic zresztą specjalnie dziwnego. Ambroise odnosił wrażenie, że za każdym razem, gdy tylko próbował zachowywać coś dla siebie albo nawet częściowo przeinaczać fakty, aby nie złościć lub nie martwić dziewczyny, prawda gryzła go w dupę jakieś cztery bądź pięć razy mocniej niż w wypadku, w którym od razu by się do niej przyznał. Ich sekrety miały wyjątkowo malowniczą tendencję do wysypywania się spod dywanu, pod który usiłowali je zamiatać albo do wypadania na nich z szafy w najgorszym możliwym momencie.
Nie musiał sięgać po konkretne przykłady, czyż nie? To, że w ogóle byli tu i teraz, w tym miejscu, w tej formie zakrawało o cud. O opatrzność Matki, która prawdopodobnie była zmęczona obserwacją ich kotłowania się w stworzonym przez siebie bagnie i postanowiła zainterweniować. W sposób brutalny, wyjątkowo bolesny, ale jakoś to wyszło, prawda?
No cóż. Jeśli Bogini rzeczywiście istniała i spoglądała na nich z góry, prawdopodobnie w tym momencie kręciła głową z niedowierzaniem, przyglądając się ich próbom wybrania sobie jednej z najbardziej absurdalnych nieruchomości. Kto inny sięgnąłby bowiem po wsparcie klątwołamacza, stwierdzając uprzednio, że tu, właśnie tu chcieli mieszkać, wychowując dzieci? Tu. W tej nawiedzonej (choć może już nie?) posiadłości, która nie bez powodu stała pusta przez naprawdę wiele lat.
Mimo wszystko, była dla nich jednak całkiem naturalną opcją do rozważenia. Spełniała wszystkie potencjalne wymagania, a nawet jeszcze kilka innych, potencjalnie mogła kosztować ułamek budżetu, jaki posiadali. Poza tym opuścili ją jako bliscy sobie ludzie. Mimo wszystko, nie przyniosła im praktycznie żadnej szkody, jeśli nie liczyć blizny na jego nodze, o której starał się nie pamiętać. To było trudne, ale nie niemożliwe.
- Ja tam pamiętam tamten poranek jako całkiem malowniczy - wzruszył ramionami, przecząc jej chyba wyłącznie dla samej zasady.
Ot, jako pewien element powrotu do przeszłości. Odrobiny dawnej atmosfery, chociaż wcale nie chciał wracać do całości tego, w jaki sposób podchodzili wtedy do siebie nawzajem. Ot, mógł ją trochę pozaczepiać, zanim dojdą na miejsce i atmosfera przybierze bardziej poważny, czujny klimat. Już wkrótce musieli bowiem zacząć uważać i na słowa, i na kroki, stosując się do zaleceń kogoś, kto znał się na rzeczy bardziej od nich.
Chociaż trudno byłoby powiedzieć, że Ambroise zamierzał ślepo wykonywać wszystkie rozkazy. Nie planował wchodzić przyjacielowi w paradę, to fakt, ale on również zwrócił uwagę na dobór słów używanych przez Fenwicka. I on także nie był nimi szczególnie zachwycony.
- Teoretycznie - podkreślił, bo mimo wszystko miał świadomość własnego braku obeznania z tematem - wiemy, z czym mamy do czynienia. Tak, to zawsze będzie ten sam dom. Nie musi być nowy. Chyba w większości takich posiadłości działy się... ...różne rzeczy - skrzywił się lekko, obserwując ruch różdżki Benjy'ego i starając się wyczytać coś z miny przyjaciela. - Najważniejsze, żeby był bezpieczny. Pozbawiony klątwy. Z całą resztą raczej sobie poradzimy, co nie? - Nie pytał nikogo konkretnego, po prostu stwierdzał fakty.
Moment przed tym, gdy z ust jego żony padły te konkretne słowa, a on mocno kiwnął głową, wbijając spojrzenie w oboje towarzyszy.
- Nie ma mowy, żeby ktoś został tam sam. Jeśli istnieje chociaż cień prawdopodobieństwa, że wchodzenie do domu to aż taki zły pomysł, że będziemy zmuszeni dokonywać podobnych wyborów, po prostu tam nie wchodźmy - miał swoje zdanie na ten temat i nie zamierzał tego ukrywać.
To był tylko dworek. Ludzie byli ważniejsi.
- Mogłaś skłamać, wiesz? Dla naszego wspólnego dobra - rzucił, mimo wszystko, wewnętrznie zazwyczaj raczej doceniając szczerość, jaką starali się utrzymywać w ich relacji.
Nic zresztą specjalnie dziwnego. Ambroise odnosił wrażenie, że za każdym razem, gdy tylko próbował zachowywać coś dla siebie albo nawet częściowo przeinaczać fakty, aby nie złościć lub nie martwić dziewczyny, prawda gryzła go w dupę jakieś cztery bądź pięć razy mocniej niż w wypadku, w którym od razu by się do niej przyznał. Ich sekrety miały wyjątkowo malowniczą tendencję do wysypywania się spod dywanu, pod który usiłowali je zamiatać albo do wypadania na nich z szafy w najgorszym możliwym momencie.
Nie musiał sięgać po konkretne przykłady, czyż nie? To, że w ogóle byli tu i teraz, w tym miejscu, w tej formie zakrawało o cud. O opatrzność Matki, która prawdopodobnie była zmęczona obserwacją ich kotłowania się w stworzonym przez siebie bagnie i postanowiła zainterweniować. W sposób brutalny, wyjątkowo bolesny, ale jakoś to wyszło, prawda?
No cóż. Jeśli Bogini rzeczywiście istniała i spoglądała na nich z góry, prawdopodobnie w tym momencie kręciła głową z niedowierzaniem, przyglądając się ich próbom wybrania sobie jednej z najbardziej absurdalnych nieruchomości. Kto inny sięgnąłby bowiem po wsparcie klątwołamacza, stwierdzając uprzednio, że tu, właśnie tu chcieli mieszkać, wychowując dzieci? Tu. W tej nawiedzonej (choć może już nie?) posiadłości, która nie bez powodu stała pusta przez naprawdę wiele lat.
Mimo wszystko, była dla nich jednak całkiem naturalną opcją do rozważenia. Spełniała wszystkie potencjalne wymagania, a nawet jeszcze kilka innych, potencjalnie mogła kosztować ułamek budżetu, jaki posiadali. Poza tym opuścili ją jako bliscy sobie ludzie. Mimo wszystko, nie przyniosła im praktycznie żadnej szkody, jeśli nie liczyć blizny na jego nodze, o której starał się nie pamiętać. To było trudne, ale nie niemożliwe.
- Ja tam pamiętam tamten poranek jako całkiem malowniczy - wzruszył ramionami, przecząc jej chyba wyłącznie dla samej zasady.
Ot, jako pewien element powrotu do przeszłości. Odrobiny dawnej atmosfery, chociaż wcale nie chciał wracać do całości tego, w jaki sposób podchodzili wtedy do siebie nawzajem. Ot, mógł ją trochę pozaczepiać, zanim dojdą na miejsce i atmosfera przybierze bardziej poważny, czujny klimat. Już wkrótce musieli bowiem zacząć uważać i na słowa, i na kroki, stosując się do zaleceń kogoś, kto znał się na rzeczy bardziej od nich.
Chociaż trudno byłoby powiedzieć, że Ambroise zamierzał ślepo wykonywać wszystkie rozkazy. Nie planował wchodzić przyjacielowi w paradę, to fakt, ale on również zwrócił uwagę na dobór słów używanych przez Fenwicka. I on także nie był nimi szczególnie zachwycony.
- Teoretycznie - podkreślił, bo mimo wszystko miał świadomość własnego braku obeznania z tematem - wiemy, z czym mamy do czynienia. Tak, to zawsze będzie ten sam dom. Nie musi być nowy. Chyba w większości takich posiadłości działy się... ...różne rzeczy - skrzywił się lekko, obserwując ruch różdżki Benjy'ego i starając się wyczytać coś z miny przyjaciela. - Najważniejsze, żeby był bezpieczny. Pozbawiony klątwy. Z całą resztą raczej sobie poradzimy, co nie? - Nie pytał nikogo konkretnego, po prostu stwierdzał fakty.
Moment przed tym, gdy z ust jego żony padły te konkretne słowa, a on mocno kiwnął głową, wbijając spojrzenie w oboje towarzyszy.
- Nie ma mowy, żeby ktoś został tam sam. Jeśli istnieje chociaż cień prawdopodobieństwa, że wchodzenie do domu to aż taki zły pomysł, że będziemy zmuszeni dokonywać podobnych wyborów, po prostu tam nie wchodźmy - miał swoje zdanie na ten temat i nie zamierzał tego ukrywać.
To był tylko dworek. Ludzie byli ważniejsi.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down