03.11.2025, 18:05 ✶
Słuchałem ich uważnie, dostrzegając ich wątpliwości w tym, jak marszczyli brwi, mrużyli oczy i starali się ogarnąć mój plan - lub raczej jego pozorną niemożliwość, było w tym coś znajomego, ludzie patrzący na mnie jak na kogoś, kto zbyt pewnie mówił o rzeczach, które dla nich wydawały się mało przekonujące. Czasem sam nie wiedziałem, czy to była moja własna pewność siebie, czy raczej rutyna, bo sprawdzenie wszystkiego, każdego kąta, każdego zakamarka tego dworu, wymagało czasu, dokładności i cierpliwości. Moje własne bezpieczeństwo? To był luksus, na który dawno sobie pozwolić nie mogłem, a może nigdy nie chciałem.
Przyjąłem wypowiedziane słowa z tą samą spokojną pewnością, z jaką wcześniej powiedziałem, że sprawdzę wszystko. Nie potrzebowałem, by ktoś wierzył w możliwość - wystarczało, że wiedziałem, jak to zrobić. Dla nich mogło się to wydawać nierealne - ogromny dworek, rozległe tereny, tyle pomieszczeń, miejsc, w których coś mogło czaić się tuż pod progiem rzeczywistości, ale dla mnie to był tylko układ sił, schemat, który wystarczyło rozłożyć na części i rozbroić - metodycznie, po kolei. Czasem wszystko sprowadzało się do tego, by postawić nogę we właściwym miejscu i nie dać się rozproszyć.
Uśmiechnąłem się lekko, ale bez ciepła, bardziej w geście rejestracji faktu niż emocji. Nie chodziło o mnie, nigdy nie chodziło, bo nigdy nie miałem nikogo, kto by po mnie dłużej zapłakał, z całym szacunkiem do naszej przyjaźni, komu zostawiłbym pustkę w domu, gdybym zniknął. A mimo to ostatnio czułem coś dziwnego, zamiast tej gorzkiej, ale błogiej świadomości niezależności, coś, co przypominało odpowiedzialność - ale, za co? - która ciążyła mi ciężej niż każdy zaklęty kamień, który kiedykolwiek musiałem poruszyć.
Spojrzałem na Geraldine, kiedy mówiła o czujności.
- Wieszę. - Odpowiedziałem krótko, i nawet się uśmiechnąłem, chociaż bez wesołości. Wiedziałem, że potrafiła reagować szybko, może aż za szybko, nie tak dawno praktycznie to odczułem na własnej skórze. Nie miałem powodu, by kwestionować jej refleksy.
Rozważałem usłyszane słowa przez ułamek sekundy, chociaż w moich myślach była to cała wieczność - każdy argument, cień niepokoju, który przemknął przez oczy jednego z dwojga, wprawiał mnie w stan, w którym trudno mi było zachować całkowicie zimną kalkulację. To, że dworek był ogromny i że teren sięgał daleko poza same budynki, nie robiło na mnie wrażenia w sensie przeszkody. Oczywiście, wiedziałem, że nie jestem w stanie sprawdzić absolutnie wszystkiego naraz, a każda przestrzeń mogła kryć coś, czego nie przewidziałem, ale nie chodziło o mnie. Chodziło o nich - o to, by żaden z moich towarzyszy nie znalazł się w niebezpieczeństwie, dopóki ja mogłem działać. Dworek był ogromny, teren rozciągał się poza zasięg wzroku, pełen zakamarków i potencjalnych pułapek, a ja i tak wiedziałem, że pierwsze kroki zawsze pójdą ode mnie. Nie dlatego, że byłem bohaterem, ale dlatego, że ktoś musiał wziąć na siebie ryzyko, zanim ktokolwiek inny znalazłby się w niebezpieczeństwie.
Wcześniej jakoś nie myślałem o tym, że mogę wpaść w kłopoty, coś może mnie zranić - to było oczywiste i w tym momencie niemal nieistotne. Ważne było to, że oni mogliby, mogłoby im się coś stać, gdybym nie był wystarczająco szybki. Taka branża - zanim zrobiłem krok, wiedziałem już, dokąd on prowadził, a jeśli miał prowadzić w coś, z czego nie wyjdę, to trudno. Lepiej ja niż oni. Chociaż raczej wątpiłem, byśmy tu mieli aż taki problem.
- Nie musicie staś besczynnie, jeśli coś pójdzie źle. Wiecie, sze doceniam, kiedy ktoś ma odwagę mnie spoliczkowaś albo szuciś we mnie zaklęciem. To znacznie pszyspiesza moje tempo plasy. - Nie lubiłem tłumaczyć swoich decyzji. Jeszcze mniej - słuchać, jak ktoś próbuje mnie od nich odwieść. Miałem swoje metody, wypracowane przez lata, przez zbyt wiele nocy spędzonych w miejscach, z których inni już nie wracali. Wiedziałem, że jeśli będę myślał o sobie, jeśli zacznę się asekurować, to przegapię coś ważnego, a tak jak to stwierdziła Geraldine - mieli tu wychowywać dzieci. A dzieci nie powinny dorastać w miejscach, które w dalszym ciągu aktywnie karmiły się cudzym nieszczęściem.
„Musisz wyjść z nami”, prawie się zaśmiałem, ale w porę zdusiłem uśmiech. Nie było sensu roztrząsać nieistniejących relacji. Lepiej było przyjąć rolę, którą od dawna znałem - być tarczą, być tym, kto wchodzi pierwszy i bada grunt, póki reszta stoi w bezpiecznym dystansie. To było proste, to było uczciwe wobec nich. Zbyt często słyszałem te słowa - i zbyt często kończyły się źle. W teorii brzmiały pięknie, w praktyce, w razie rzeczywistego niebezpieczeństwa, ktoś zazwyczaj zostawał, żeby reszta mogła wyjść. W tym wypadku tym kimś byłem ja. Nie dlatego, że chciałem - po prostu tak było łatwiej. Ktoś musiał pilnować, żeby odwrócić zaklęcia, zneutralizować to, czego inni nie widzieli. Nie oczekiwałem, że zrozumieją. Zresztą, nie chciałem, żeby rozumieli.
- To tylko zachowawcze ustalenia, nie wygląda na to, by były potszebne, ale w lasie czego, nie chcę, szebyście pchali się tam, gdzie nie tszeba. - Odpowiedziałem. - Jeśli coś pójdzie nie tak, to będzie moja splawa, bo to ja decyduję, sze moszemy wchodziś, wy musicie mieś miejsce, do któlego się wycofacie, jakby co. Nie musicie się maltwiś o mnie. - Powiedziałem, tym razem już patrząc im prosto w oczy, jednej osobie po drugiej. - Zajmę się sobą w mialę moszliwości. To wszystko, co się liczy. - Nie było w tym melodramatu, nie potrzebowałem poklasku, potrzebowałem, by ktoś rozumiał priorytety. Ja tylko robiłem robotę, wchodziłem w miejsca, których nikt nie chciał tknąć, dotykałem rzeczy, których dotknięcie mogło skończyć się tym, że przestaniesz istnieć w jednej sekundzie. Wiedziałem, co się dzieje, kiedy klątwa się cofa, i że jeśli coś pójdzie nie tak, nikt nie powinien się wtedy zbliżać.
- Nie zamieszam niepotszebnie lyzykowaś, jeśli o to chodzi. - Dodałem po chwili, lekko wzruszając ramionami. - Ale jeśli coś się stanie, nie pakujcie się za mną. Lepiej, szebym się s tym bujał sam. - Wiedziałem, że to zabrzmi źle, ale już dawno nie miałem, komu tłumaczyć, dlaczego pewne rzeczy trzeba robić w pojedynkę. Moje życie mieściło się w torbie, a większość ludzi, którzy kiedykolwiek wiedzieli, gdzie się podziewam, dawno przestało o to pytać. Może i dobrze. Kiedyś powiedziałem jednemu ze starych znajomych, że moja śmierć byłaby logistycznie łatwa - nikt nie musiałby się martwić o pogrzeb. Myślał, że żartuję. Ostatnio to wrażenie znikło tylko po to, by wróciło ze zdwojoną siłą. To były naprawdę paskudne dni, bardzo trudne.
Przyjąłem wypowiedziane słowa z tą samą spokojną pewnością, z jaką wcześniej powiedziałem, że sprawdzę wszystko. Nie potrzebowałem, by ktoś wierzył w możliwość - wystarczało, że wiedziałem, jak to zrobić. Dla nich mogło się to wydawać nierealne - ogromny dworek, rozległe tereny, tyle pomieszczeń, miejsc, w których coś mogło czaić się tuż pod progiem rzeczywistości, ale dla mnie to był tylko układ sił, schemat, który wystarczyło rozłożyć na części i rozbroić - metodycznie, po kolei. Czasem wszystko sprowadzało się do tego, by postawić nogę we właściwym miejscu i nie dać się rozproszyć.
Uśmiechnąłem się lekko, ale bez ciepła, bardziej w geście rejestracji faktu niż emocji. Nie chodziło o mnie, nigdy nie chodziło, bo nigdy nie miałem nikogo, kto by po mnie dłużej zapłakał, z całym szacunkiem do naszej przyjaźni, komu zostawiłbym pustkę w domu, gdybym zniknął. A mimo to ostatnio czułem coś dziwnego, zamiast tej gorzkiej, ale błogiej świadomości niezależności, coś, co przypominało odpowiedzialność - ale, za co? - która ciążyła mi ciężej niż każdy zaklęty kamień, który kiedykolwiek musiałem poruszyć.
Spojrzałem na Geraldine, kiedy mówiła o czujności.
- Wieszę. - Odpowiedziałem krótko, i nawet się uśmiechnąłem, chociaż bez wesołości. Wiedziałem, że potrafiła reagować szybko, może aż za szybko, nie tak dawno praktycznie to odczułem na własnej skórze. Nie miałem powodu, by kwestionować jej refleksy.
Rozważałem usłyszane słowa przez ułamek sekundy, chociaż w moich myślach była to cała wieczność - każdy argument, cień niepokoju, który przemknął przez oczy jednego z dwojga, wprawiał mnie w stan, w którym trudno mi było zachować całkowicie zimną kalkulację. To, że dworek był ogromny i że teren sięgał daleko poza same budynki, nie robiło na mnie wrażenia w sensie przeszkody. Oczywiście, wiedziałem, że nie jestem w stanie sprawdzić absolutnie wszystkiego naraz, a każda przestrzeń mogła kryć coś, czego nie przewidziałem, ale nie chodziło o mnie. Chodziło o nich - o to, by żaden z moich towarzyszy nie znalazł się w niebezpieczeństwie, dopóki ja mogłem działać. Dworek był ogromny, teren rozciągał się poza zasięg wzroku, pełen zakamarków i potencjalnych pułapek, a ja i tak wiedziałem, że pierwsze kroki zawsze pójdą ode mnie. Nie dlatego, że byłem bohaterem, ale dlatego, że ktoś musiał wziąć na siebie ryzyko, zanim ktokolwiek inny znalazłby się w niebezpieczeństwie.
Wcześniej jakoś nie myślałem o tym, że mogę wpaść w kłopoty, coś może mnie zranić - to było oczywiste i w tym momencie niemal nieistotne. Ważne było to, że oni mogliby, mogłoby im się coś stać, gdybym nie był wystarczająco szybki. Taka branża - zanim zrobiłem krok, wiedziałem już, dokąd on prowadził, a jeśli miał prowadzić w coś, z czego nie wyjdę, to trudno. Lepiej ja niż oni. Chociaż raczej wątpiłem, byśmy tu mieli aż taki problem.
- Nie musicie staś besczynnie, jeśli coś pójdzie źle. Wiecie, sze doceniam, kiedy ktoś ma odwagę mnie spoliczkowaś albo szuciś we mnie zaklęciem. To znacznie pszyspiesza moje tempo plasy. - Nie lubiłem tłumaczyć swoich decyzji. Jeszcze mniej - słuchać, jak ktoś próbuje mnie od nich odwieść. Miałem swoje metody, wypracowane przez lata, przez zbyt wiele nocy spędzonych w miejscach, z których inni już nie wracali. Wiedziałem, że jeśli będę myślał o sobie, jeśli zacznę się asekurować, to przegapię coś ważnego, a tak jak to stwierdziła Geraldine - mieli tu wychowywać dzieci. A dzieci nie powinny dorastać w miejscach, które w dalszym ciągu aktywnie karmiły się cudzym nieszczęściem.
„Musisz wyjść z nami”, prawie się zaśmiałem, ale w porę zdusiłem uśmiech. Nie było sensu roztrząsać nieistniejących relacji. Lepiej było przyjąć rolę, którą od dawna znałem - być tarczą, być tym, kto wchodzi pierwszy i bada grunt, póki reszta stoi w bezpiecznym dystansie. To było proste, to było uczciwe wobec nich. Zbyt często słyszałem te słowa - i zbyt często kończyły się źle. W teorii brzmiały pięknie, w praktyce, w razie rzeczywistego niebezpieczeństwa, ktoś zazwyczaj zostawał, żeby reszta mogła wyjść. W tym wypadku tym kimś byłem ja. Nie dlatego, że chciałem - po prostu tak było łatwiej. Ktoś musiał pilnować, żeby odwrócić zaklęcia, zneutralizować to, czego inni nie widzieli. Nie oczekiwałem, że zrozumieją. Zresztą, nie chciałem, żeby rozumieli.
- To tylko zachowawcze ustalenia, nie wygląda na to, by były potszebne, ale w lasie czego, nie chcę, szebyście pchali się tam, gdzie nie tszeba. - Odpowiedziałem. - Jeśli coś pójdzie nie tak, to będzie moja splawa, bo to ja decyduję, sze moszemy wchodziś, wy musicie mieś miejsce, do któlego się wycofacie, jakby co. Nie musicie się maltwiś o mnie. - Powiedziałem, tym razem już patrząc im prosto w oczy, jednej osobie po drugiej. - Zajmę się sobą w mialę moszliwości. To wszystko, co się liczy. - Nie było w tym melodramatu, nie potrzebowałem poklasku, potrzebowałem, by ktoś rozumiał priorytety. Ja tylko robiłem robotę, wchodziłem w miejsca, których nikt nie chciał tknąć, dotykałem rzeczy, których dotknięcie mogło skończyć się tym, że przestaniesz istnieć w jednej sekundzie. Wiedziałem, co się dzieje, kiedy klątwa się cofa, i że jeśli coś pójdzie nie tak, nikt nie powinien się wtedy zbliżać.
- Nie zamieszam niepotszebnie lyzykowaś, jeśli o to chodzi. - Dodałem po chwili, lekko wzruszając ramionami. - Ale jeśli coś się stanie, nie pakujcie się za mną. Lepiej, szebym się s tym bujał sam. - Wiedziałem, że to zabrzmi źle, ale już dawno nie miałem, komu tłumaczyć, dlaczego pewne rzeczy trzeba robić w pojedynkę. Moje życie mieściło się w torbie, a większość ludzi, którzy kiedykolwiek wiedzieli, gdzie się podziewam, dawno przestało o to pytać. Może i dobrze. Kiedyś powiedziałem jednemu ze starych znajomych, że moja śmierć byłaby logistycznie łatwa - nikt nie musiałby się martwić o pogrzeb. Myślał, że żartuję. Ostatnio to wrażenie znikło tylko po to, by wróciło ze zdwojoną siłą. To były naprawdę paskudne dni, bardzo trudne.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)