03.11.2025, 19:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.11.2025, 20:00 przez Benjy Fenwick.)
Nachyliłem się lekko do przodu, wciąż siedząc, tak że między nami została tylko ta wąska przestrzeń, w której mieszał się zapach jej włosów i ciepło z kuchni. Kiedy mówiła, miałem ochotę się uśmiechnąć, ale nie do końca w ten sposób, w jaki powinienem, idąc z nią zaraz do rodziców. Zerknąłem na nią spod rzęs, lekko przekrzywiając głowę, bo nie powinna wyglądać dobrze, stojąc w półmroku między kuchnią a korytarzem, z włosami jeszcze rozczochranymi po zdjęciu płaszcza, a wyglądała - a ja, jak idiota, łapałem się na tym, że patrzyłem dłużej, niż wypadało komuś, kto próbował zachować pozory opanowania.
Uśmiechnąłem się szerzej, niż zamierzałem, kiedy odparła, że nie mogę być jej kuzynem.
- Widzisz, ploblem polega na tym, sze ty ciągle jesteś dla nich ich małą dziewczynką, a dla mnie… - Pozwoliłem, by słowa zawisły w powietrzu, niedopowiedziane, z cieniem uśmiechu, który nie był już do końca żartem. Zawsze wszystko rozkładała na części, aż nabierało sensu. Ja z kolei… Byłem dokładnym przeciwieństwem sensu.
- Czyli szadnych welsji, szadnych opowieści o pszypadkowych spotkaniach w bibliotekach? Córeczka tatusia zwyczajnie pszychodzi do domu s facetem, któly wygląda, jakby miał odstlaszaś wieszycieli, a nie pszynosiś kwiaty. - Zerknąłem na nią, świadomie, trochę zbyt długo. - Bo wiesz, nawet dla mnie, to w sumie dość tludne do połączenia, ta idealna, poukładana pani antlopolog i kobieta, któla potlafi człowiekowi pszewróciś w głowie tak, sze ten nie wie, gdzie się kończy wieczól, a zaczyna lanek. - Nie zdołałem powstrzymać uśmiechu, gdy wypowiadałem ostatnie słowa. Ironia była moim ratunkiem, zawsze, w rzeczywistości wcale nie chodziło o to, że chciałem być zabawny. To zgrzytało, a może to ja zgrzytałem w tej układance.
- No, mosze i nie było konieczne. - Odpowiedziałem spokojnie, choć w środku aż mnie ścisnęło, że znowu coś zrobiłem nie tak, przesadziłem, że wyszło sztucznie. - Ale wiesz… Uznałem, sze dobrze mieś plan awalyjny, gdyby ciasto okazało się niesmaczne. - Zamilkłem. Zanim wyszła, jeszcze przez moment patrzyłem na nią, tak po prostu, bez słów, bo coś we mnie wiedziało, że to, co udajemy, może się w końcu rozpaść, a dzisiejszy wieczór był zbyt spokojny, żeby nie zwiastował właśnie tego. Oparłem łokieć o kolano, przyglądając się jej z ukosa.
Odetchnąłem, gdy wyszła. Dopiero wtedy maska mogła lekko opaść, choćby na sekundę. Oparłem łokieć o oparcie kanapy, kiedy znikała w łazience, i przez chwilę po prostu słuchałem szumu wody, stuknięcia flakonu z perfumami, przesunięcia prowadnic od szuflady. Wszystko brzmiało zaskakująco domowo, nienaturalnie domowo, jakby ktoś wziął cudze życie i wsadził mnie w nie na próbę. Na stoliku przede mną stała butelka wina, dwa bukiety i zapiekanka, której zapach wciąż unosił się w powietrzu - idealny obraz przygotowań do rodzinnej kolacji, niczego nie brakowało, oprócz jednej drobnej rzeczy - poczucia, że naprawdę pasuję do tej sceny. Przez chwilę, gdy drzwi za nią się zatrzasnęły, siedziałem bez ruchu, w mieszkaniu znów zapanowała cisza - taka, która powinna uspokajać, a we mnie tylko pogłębiała napięcie. Złapałem się na tym, że bawiłem się korkiem od butelki wina, tocząc go po stole. Przesunąłem palcami po karku - tam, gdzie jeszcze niedawno czułem ten obcy chłód, tę obecność, teraz było pusto. Tylko moje odbicie w oknie naprzeciwko - znów zbyt ciemne oczy, za poważna twarz. Spróbowałem się uśmiechnąć, nawet ćwiczyłem to przez moment, jak idiota. Prue zasługiwała na faceta, który potrafił się po prostu uśmiechać. Jej słowa sprzed chwili wciąż krążyły mi w głowie - o tym, że nie potrzebujemy żadnej wersji dla rodziców, mamy się zachowywać normalnie. Normalnie - ciekawe, jak wygląda „normalność” w wykonaniu kogoś, kto jeszcze godzinę temu szorował sobie język mydłem.
Kiedy wróciła, na moment zapomniałem, co chciałem powiedzieć. Jej zapach dotarł do mnie, zanim jeszcze się odezwała - truskawki, coś ciepłego, miękkiego, zupełnie innego niż chłód, który zawsze przynosiła ze sobą po pracy. Pierwszym, co zrobiłem, było uniesienie głowy. Złapałem jej wzrok, próbując utrzymać go dłużej, niż było mi wygodnie. W tych oczach było coś, co uspokajało, i jednocześnie przypominało mi, jak cienka jest granica między tym, kim chciałem być, a tym, kim byłem naprawdę. Nie powiedziałem od razu nic, musiałem ugryźć się w język, żeby nie przyznać, że wyglądała tak, że przez moment zapomniałem o całym tym przedstawieniu, o rodzicach, o Mabon i o tym, że od kilku dni coś we mnie pulsowało - coś z szaleństwa, paranoicznego zachowania, którego nie potrafiłem przerwać. Zamiast tego zrobiłem coś prostszego - podniosłem się z kanapy, poprawiłem mankiet, jakby to było najważniejsze, i w końcu skinąłem głową w stronę drzwi, odzywając się tonem, który miał zabrzmieć lekko:
- Tak, chodźmy jusz. - Powiedziałem. - Zanim uznam, sze jednak powinienem zostaś i oszczędziś twojemu ojcu zawału. - Uniósłem lekko brew, udając lekki, ironiczny dystans, w środku jednak wszystko we mnie było napięte. Przecież to był tylko obiad.
Tylko obiad.
Tylko rodzice.
Tylko…
Ale w środku wiedziałem, że ta gra w normalność zaczynała mnie przerastać.
Uśmiechnąłem się szerzej, niż zamierzałem, kiedy odparła, że nie mogę być jej kuzynem.
- Widzisz, ploblem polega na tym, sze ty ciągle jesteś dla nich ich małą dziewczynką, a dla mnie… - Pozwoliłem, by słowa zawisły w powietrzu, niedopowiedziane, z cieniem uśmiechu, który nie był już do końca żartem. Zawsze wszystko rozkładała na części, aż nabierało sensu. Ja z kolei… Byłem dokładnym przeciwieństwem sensu.
- Czyli szadnych welsji, szadnych opowieści o pszypadkowych spotkaniach w bibliotekach? Córeczka tatusia zwyczajnie pszychodzi do domu s facetem, któly wygląda, jakby miał odstlaszaś wieszycieli, a nie pszynosiś kwiaty. - Zerknąłem na nią, świadomie, trochę zbyt długo. - Bo wiesz, nawet dla mnie, to w sumie dość tludne do połączenia, ta idealna, poukładana pani antlopolog i kobieta, któla potlafi człowiekowi pszewróciś w głowie tak, sze ten nie wie, gdzie się kończy wieczól, a zaczyna lanek. - Nie zdołałem powstrzymać uśmiechu, gdy wypowiadałem ostatnie słowa. Ironia była moim ratunkiem, zawsze, w rzeczywistości wcale nie chodziło o to, że chciałem być zabawny. To zgrzytało, a może to ja zgrzytałem w tej układance.
- No, mosze i nie było konieczne. - Odpowiedziałem spokojnie, choć w środku aż mnie ścisnęło, że znowu coś zrobiłem nie tak, przesadziłem, że wyszło sztucznie. - Ale wiesz… Uznałem, sze dobrze mieś plan awalyjny, gdyby ciasto okazało się niesmaczne. - Zamilkłem. Zanim wyszła, jeszcze przez moment patrzyłem na nią, tak po prostu, bez słów, bo coś we mnie wiedziało, że to, co udajemy, może się w końcu rozpaść, a dzisiejszy wieczór był zbyt spokojny, żeby nie zwiastował właśnie tego. Oparłem łokieć o kolano, przyglądając się jej z ukosa.
Odetchnąłem, gdy wyszła. Dopiero wtedy maska mogła lekko opaść, choćby na sekundę. Oparłem łokieć o oparcie kanapy, kiedy znikała w łazience, i przez chwilę po prostu słuchałem szumu wody, stuknięcia flakonu z perfumami, przesunięcia prowadnic od szuflady. Wszystko brzmiało zaskakująco domowo, nienaturalnie domowo, jakby ktoś wziął cudze życie i wsadził mnie w nie na próbę. Na stoliku przede mną stała butelka wina, dwa bukiety i zapiekanka, której zapach wciąż unosił się w powietrzu - idealny obraz przygotowań do rodzinnej kolacji, niczego nie brakowało, oprócz jednej drobnej rzeczy - poczucia, że naprawdę pasuję do tej sceny. Przez chwilę, gdy drzwi za nią się zatrzasnęły, siedziałem bez ruchu, w mieszkaniu znów zapanowała cisza - taka, która powinna uspokajać, a we mnie tylko pogłębiała napięcie. Złapałem się na tym, że bawiłem się korkiem od butelki wina, tocząc go po stole. Przesunąłem palcami po karku - tam, gdzie jeszcze niedawno czułem ten obcy chłód, tę obecność, teraz było pusto. Tylko moje odbicie w oknie naprzeciwko - znów zbyt ciemne oczy, za poważna twarz. Spróbowałem się uśmiechnąć, nawet ćwiczyłem to przez moment, jak idiota. Prue zasługiwała na faceta, który potrafił się po prostu uśmiechać. Jej słowa sprzed chwili wciąż krążyły mi w głowie - o tym, że nie potrzebujemy żadnej wersji dla rodziców, mamy się zachowywać normalnie. Normalnie - ciekawe, jak wygląda „normalność” w wykonaniu kogoś, kto jeszcze godzinę temu szorował sobie język mydłem.
Kiedy wróciła, na moment zapomniałem, co chciałem powiedzieć. Jej zapach dotarł do mnie, zanim jeszcze się odezwała - truskawki, coś ciepłego, miękkiego, zupełnie innego niż chłód, który zawsze przynosiła ze sobą po pracy. Pierwszym, co zrobiłem, było uniesienie głowy. Złapałem jej wzrok, próbując utrzymać go dłużej, niż było mi wygodnie. W tych oczach było coś, co uspokajało, i jednocześnie przypominało mi, jak cienka jest granica między tym, kim chciałem być, a tym, kim byłem naprawdę. Nie powiedziałem od razu nic, musiałem ugryźć się w język, żeby nie przyznać, że wyglądała tak, że przez moment zapomniałem o całym tym przedstawieniu, o rodzicach, o Mabon i o tym, że od kilku dni coś we mnie pulsowało - coś z szaleństwa, paranoicznego zachowania, którego nie potrafiłem przerwać. Zamiast tego zrobiłem coś prostszego - podniosłem się z kanapy, poprawiłem mankiet, jakby to było najważniejsze, i w końcu skinąłem głową w stronę drzwi, odzywając się tonem, który miał zabrzmieć lekko:
- Tak, chodźmy jusz. - Powiedziałem. - Zanim uznam, sze jednak powinienem zostaś i oszczędziś twojemu ojcu zawału. - Uniósłem lekko brew, udając lekki, ironiczny dystans, w środku jednak wszystko we mnie było napięte. Przecież to był tylko obiad.
Tylko obiad.
Tylko rodzice.
Tylko…
Ale w środku wiedziałem, że ta gra w normalność zaczynała mnie przerastać.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)