03.11.2025, 21:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.11.2025, 21:41 przez Icarus Prewett.)
Uśmiechnął się lekko.
– Jestem taki, na jakiego pani zasługuje, panno Rowle – mruknął nisko, czym sam siebie rozśmieszył.
Dał jej się wtulić w swoją szyję, wciąż łagodnie głaszcząc ją po ramieniu. Wszystko w tym, co robili, gdzie się znajdowali, było... ciepłe. Ogień przyjemnie trzaskał w kominku, a wtulali się w siebie w ten sposób... ostatnio chyba w Hogwarcie, choć tak naprawdę... nigdy nie leżeli razem w łóżku. Icarus zdał sobie z tego sprawę i wydało mu się, że ominęło ich coś ważnego w nastoletnim związku, który kiedyś tworzyli.
Wysłuchał jej słów, kiwając co jakiś czas głową, przytakując. Wiedział, że cierpiała, gdy tylko po raz pierwszy zobaczył ją po wizycie Śmierciożercy. Nawet już wcześniej ten cień malował się nad nią, zastępował utraconą w wypadku rękę. Smoki były przecież jej życiem, pasją, czym, co każdy z nią kojarzył. Kochała je, więc i kochał je Icarus, jakby za jej pośrednictwem. Żałował, że wcześniej nie dawał jej o tym znać, że koncentrował się na sobie samym i zatracał we własnym cierpieniu. Musiał teraz to zmienić.
Podniósł łagodnym gestem jej podbródek, by na niego spojrzała. Miała przepiękne oczy, odbijał się w nich blask ognia.
– Spalona Noc była druzgocąca, ale... wierzę, że to przetrwamy. Że wyjdziemy na prostą i znowu podążymy za marzeniami. Może... potrzebujemy takich momentów, gdy wszystko się sypie. Możemy wtedy poukładać się na nowo. Bez niczyich oczekiwań. Razem – jego wzrok mimowolnie osunął się na jej usta. Przez chwilę miał problem z koncentracją. – Powrócisz kiedyś do smoków, wymyślimy coś. Obiecałaś mi wycieczkę do Walii, prawda?
Wystarczyłoby się leciutko pochylić, by ich usta się zetknęły. Ari czuł serce walące w jego klatce piersiowej, ciepło wstępujące na policzki. Było prawie tak, jak dawniej, ale... lepiej. Tak jakby ta świadomość, ta droga, którą przeszli bez siebie i do siebie, coś mu uświadomiła. Wcześniej kochał Monę miłością młodzieńczą, narwaną i nierozsądną. Teraz oboje byli dorośli, podobnie jak ich uczucie.
– Jestem taki, na jakiego pani zasługuje, panno Rowle – mruknął nisko, czym sam siebie rozśmieszył.
Dał jej się wtulić w swoją szyję, wciąż łagodnie głaszcząc ją po ramieniu. Wszystko w tym, co robili, gdzie się znajdowali, było... ciepłe. Ogień przyjemnie trzaskał w kominku, a wtulali się w siebie w ten sposób... ostatnio chyba w Hogwarcie, choć tak naprawdę... nigdy nie leżeli razem w łóżku. Icarus zdał sobie z tego sprawę i wydało mu się, że ominęło ich coś ważnego w nastoletnim związku, który kiedyś tworzyli.
Wysłuchał jej słów, kiwając co jakiś czas głową, przytakując. Wiedział, że cierpiała, gdy tylko po raz pierwszy zobaczył ją po wizycie Śmierciożercy. Nawet już wcześniej ten cień malował się nad nią, zastępował utraconą w wypadku rękę. Smoki były przecież jej życiem, pasją, czym, co każdy z nią kojarzył. Kochała je, więc i kochał je Icarus, jakby za jej pośrednictwem. Żałował, że wcześniej nie dawał jej o tym znać, że koncentrował się na sobie samym i zatracał we własnym cierpieniu. Musiał teraz to zmienić.
Podniósł łagodnym gestem jej podbródek, by na niego spojrzała. Miała przepiękne oczy, odbijał się w nich blask ognia.
– Spalona Noc była druzgocąca, ale... wierzę, że to przetrwamy. Że wyjdziemy na prostą i znowu podążymy za marzeniami. Może... potrzebujemy takich momentów, gdy wszystko się sypie. Możemy wtedy poukładać się na nowo. Bez niczyich oczekiwań. Razem – jego wzrok mimowolnie osunął się na jej usta. Przez chwilę miał problem z koncentracją. – Powrócisz kiedyś do smoków, wymyślimy coś. Obiecałaś mi wycieczkę do Walii, prawda?
Wystarczyłoby się leciutko pochylić, by ich usta się zetknęły. Ari czuł serce walące w jego klatce piersiowej, ciepło wstępujące na policzki. Było prawie tak, jak dawniej, ale... lepiej. Tak jakby ta świadomość, ta droga, którą przeszli bez siebie i do siebie, coś mu uświadomiła. Wcześniej kochał Monę miłością młodzieńczą, narwaną i nierozsądną. Teraz oboje byli dorośli, podobnie jak ich uczucie.